Start Zbliżenia Czekając na barbarzyńcę, czyli kilka refleksji po Konkursie Literackim "Winiarka" 2016

Czekając na barbarzyńcę, czyli kilka refleksji po Konkursie Literackim "Winiarka" 2016

Tak naprawdę nie wiadomo, czy wypada po tylu latach pisać o tym, co się przeoczyło” – pisano w jedynej znanej mi recenzji debiutanckiego tomu Agnieszki Leśniewskiej Dwie rzeczy. To symptomatyczne, że recenzja książki ukazała się 6 lat po premierze wydawniczej (2005). Nazwisko Leśniewskiej na nowo powraca na zielonogórską niwę po kilkunastu latach od debiutu. Wszystko za sprawą jednego z literackich konkursów.

Na końcu ubiegłego roku Towarzystwo Miłośników Zielonej Góry „Winnica” po raz drugi przyznało statuetkę „Winiarki” za tekst literacki poświęcony tematyce miejskiej. Traf chciał, że przewodniczyłem kapitule jurorskiej. Nadesłane prace (na nadmiar zgłoszeń nie można było narzekać) przedstawiały szeroki wachlarz pisarski. Każdy inaczej rozczytywał tutaj miasto. Przyznam, że zawsze ograniczenie w stylu „wiersz na temat”, „wiersz o” wprawiało mnie w popłoch. Przypominało to pisane na zamówienie, na akademię czy w określonej intencji, utwory o mniej lub bardziej twórczym pochodzeniu. Na miejscu jest więc skojarzenie z pamiętnym wierszem winobraniowym, ocierającym się w znacznej mierze o pean czy laurkę. Zabawa zabawą, ale cel był jasny: wyłowić z odmętów piasku oryginalny kruszec. Pojawiły się nazwiska Haliny Bohuty-Stąpel, Alfreda Siateckiego (nominowani). W wyniku rozmów jury zwycięsko wyłoniła się jednak Leśniewska.
Konkursy rządzą się swoimi prawami. I tym razem nie brakło nużących lektur, prób nie zawsze czytelnych i przenikliwych. Obok nich pojawiły się i przebłyski udane. Bohuta-Stąpel umiejętnie odczytała Andabatę, prowadząc z nim korespondencyjny, wierszowany dialog. Siatecki udowodnił po raz kolejny, że zna z imienia każdą ulicę, a nawet jest w stanie wprawić w życiowy ruch chłopca z konikiem (rzeźba sprzed Palmiarni). Pośród nadesłanych prac pojawił się jednak zestaw, który niejako na przekór chciał pozostać w opozycji. Nie wpisywał się ani w radykalnie zielonogórski trop beletrystyki spod znaku „zachwytu nad”, ani nie rościł pretensji do bycia awangardowym odkryciem (przecież konkursy poetyckie opiewają w mniej lub bardziej trafione eksperymenty). Zestaw Leśniewskiej zainteresował, ponieważ był inny – nie przypominał żadnego z utartych, zielonogórskich szlaków literackich. Atrybut tej poezji zobaczyłem w naostrzonej jak nóż ironii, dystansie względem rzucania słów na wiatr rozwleczonych fraz. Z oporem i dystansem słychać tu miejski ton, ograniczony jedynie do przekornego czytania Winnego Grodu: „położona na siedmiu wzgórzach/ a Rzym tylko na dwóch,/ miasto i miastko, ciasno,/ tu wystarczy barbarzyńca jeden”. W laudacji wygłoszonej w Muzeum Ziemi Lubuskiej zaznaczyłem, że do literackiej Zielonej Góry powróciła Leśniewska niczym barbarzyńca (tak jak w tytule cytowanego wiersza: Zielona Góra czeka na barbarzyńcę). Taki musiał być chyba warunek nowego, poetyckiego otwarcia. Droga prowadzi tu przez kontrę, wejście pod prąd i trzeźwe napomnienie: „kolejny raz tłumaczę sąsiadowi: jeśli odejdą gołębie, koty/ przyjdą po nas, zjedzą nas szczury”. W obliczu obłędnej maniery pisania miejskich laurek taki rodzaj świadomości poetyckiej sprowadza na właściwe tory rolę i zasadność istnienia poezji lokalnej (choć chcę uniknąć rozróżnień o charakterze centrowo-peryferyjnym). Świadomość bycia „stąd” wcale nie musi iść w parze z popadaniem w mitomanię i kompleks niższości. Z drugiej strony, droga przez hiperbolę i symbolizację miejsca staje się również prostą drogą do klęski. Leśniewska omija znane wcześniej rozstrzygnięcia i ucieka od natrętnej topografii. Jeśli szukać motywacji regionalnych, wyczujemy tu jednak świadomość historycznych paradoksów, jakie kryje miasto: „na rudach żelaza, na planie niemieckim,/ przysadzisty ratusz w hełmie sowieckim”.
Ponad regionalną otoczkę tych tekstów, które ironicznie reagują w starciu z wymogami konkursowej „zielonogórskości”, wyziera tu aktualny lęk przed radykalizacją świata: „lądy leżą bezwstydnie/ odkryte,/ a nasza dusza częściej przypomina/ pięść niż ptaka”. Łamią się topograficzne prawidła, pulsuje tekst, umiera język: „dotarliśmy na brzeg piątego/ oceanu, tu nasze konie spienione padły,/ i zjedliśmy je, dłużej nie będą potrzebne,/ zjedliśmy nawet ich imiona”. Każdy tekst kończy się w momencie ryzykownym, otwierającym pole indywidualnej recepcji i odwagi czytelnika. Trudno wyczuć w tekstach laureatki nastroje bliskie jej poetyckim rówieśniczkom. Leśniewska, urodzona w latach 70., idzie inną drogą od zbliżonych do niej wiekiem Małgorzaty Stachowiak, Beaty Patrycji Klary czy Agnieszki Kopaczyńskiej-Moskaluk. Pojawiały się już przy okazji Dwóch rzeczy opinie o złożonej recepcji tych wierszy. Pisano, że poezja ta nie stanowi rzewnego wylewu łez („jeżeli podmiot liryczny płacze, to płacze do środka”), a kontakt z nią musi wiązać się z wyzbyciem swoich, czytelniczych przekonań i emocji1. Są autorzy, którzy cenzurują warstwę emocjonalną, zamykając się w obrębie konceptu, lingwistycznego wyrachowania. Utwory Leśniewskiej nie uciekają od bólu, nie próbują go sztucznie zasypać poprzez barokowy przesyt. Tak wytyczona ścieżka stwarza szanse na nowe otwarcie i przerwanie impasu w literackich poszukiwaniach pisarzy tego regionu, świadome wyjście poza kalki regionalne.
Miło było usłyszeć pozytywne reakcje na ten werdykt. Spotkałem się z wieloma opiniami, a pośród nich dominującą była ta o odważnym otwarciu nowego rozdziału, twórczym zaskoczeniu i odejściu od sztafety wyróżnianych notorycznie nazwisk. Konkurs na wiersz o tematyce zielonogórskiej okazał się więc jedynie przynętą do odnalezienia poetki, o której już kilka lat temu pisano „przeoczona”. Jury „Winiarki” nie mogło więc pozwolić sobie na powtórne pominięcie. Nie tym razem.
Nadesłane teksty to jedynie projekt większej całości. A ta już niebawem. Obok statuetki „Winiarki” Leśniewska wyda w ramach nagrody tom poetycki nakładem Towarzystwa Miłośników Zielonej Góry. Przed Leśniewską praca nad całym tomem, a to przecież droga niełatwa. Potrzebny tylko czas. Autorka, wywołując barbarzyńcę w tytule nadesłanego na konkurs wiersza, potwierdziła, że chce zaryzykować. Myślę, że takich prób potrzebujemy – by ciągle się konfrontować, ewoluować i pytać. Dziś zostawiam czytelników „Pro Libris” z dwoma wybranymi wierszami z zestawu, jaki nadesłała Leśniewska.

 


lekcja nauczania zintegrowanego

dawno minęły czasy świeżości,
już wszyscyśmy zrobili to pierwszy raz,
świadczą o tym mapy, plamy,
pamiętniki.
lądy leżą bezwstydnie
odkryte,
a nasza dusza częściej przypomina
pięść niż ptaka
dotarliśmy na brzeg piątego
oceanu, tu nasze konie spienione padły,
i zjedliśmy je, dłużej nie będą potrzebne,
zjedliśmy nawet ich imiona,
zabiliśmy wszystkich: buntowników
i dzieci, także tych, którzy przyjęli naszą religię
oni umierali najdłużej.


Zielona Góra czeka na barbarzyńcę

położona na siedmiu wzgórzach,
a Rzym tylko na dwóch,
miasto i miastko, ciasno,
tu wystarczy barbarzyńca jeden.
na rudach żelaza, na planie niemieckim,
przysadzisty ratusz w hełmie sowieckim,
fragmenty murów obronnych jak stendy
podtrzymujące krwi obieg, na wschód
i zachód, na południe kościoły
środkiem teatr – ich wspólne tabernakulum,
opodal Bachus, prawie goły.
kolejny raz tłumaczę sąsiadowi: jeśli odejdą gołębie, koty
przyjdą po nas, zjedzą nas szczury.
kilkoro ciągle tych samych,
ciągnących za sznurek, nasi
górą i chmury,
obojętne chmury.

 


1 Zob. M. Szott, Dwie rzeczy nie zdarzają się dwa razy, „Pro Libris” 2011, nr 3, s. 132-133; taż, „Dookoła łupiny orzecha, w której tkwimy”. Dom i miasto w wierszach Agnieszki Leśniewskiej, „Świat Tekstów. Rocznik Słupski” 2014, nr 12, s. 45-55; taż, „Mam dom na wyspie z gorącego kamienia”. Miasto i ekologia w wierszu Agnieszki Leśniewskiej „w którąkolwiek stronę”, „Refleksje. Zachodniopomorski Dwumiesięcznik Oświatowy” 2013, nr 4, s. 37-41.

 

Janusz Łastowiecki