Start Zbliżenia To zależy, co ma się światu do powiedzenia

To zależy, co ma się światu do powiedzenia

O Związku Literatów Polskich i „Nadodrzu” z Januszem Koniuszem rozmawia Mirosława Szott

Mirosława Szott: Na Ziemię Lubuską przyjechałeś z Katowic, gdzie przez kilka lat należałeś do Koła Młodych Pisarzy przy tamtejszym Związku Literatów Polskich. Miałeś już pewne doświadczenie w działalności literackiej. Co Ci to dało?
Janusz Koniusz: Na zebrania koła przychodzili członkowie oddziału ZLP. Analizowali nasze utwory, odpowiadali na pytania, doradzali. W ten sposób poznałem niemal wszystkich aktywniejszych społecznie pisarzy śląskich – Jana Brzozę, Wilhelma Szewczyka, którego lubiłem słuchać, bo mówił bardzo ciekawie, Bolesława Lubosza, poetę i tłumacza z obu języków łużyckich, Jana Baranowicza, Andrzeja Wydrzyńskiego, Zdzisława Hierowskiego. Gustaw Morcinek, zamieszkały w Skoczowie, pojawiał się w Związku Literatów rzadko. Pisał. Na spotkania autorskie i z odczytami z różnych okazji do Związku przyjeżdżali pisarze z Warszawy, Krakowa, Wrocławia. Wtedy miałem zaszczyt po raz pierwszy dygnąć przed Wisławą Szymborską i zamienić z późniejszą noblistką kilka słów, posłuchać Mieczysława Jastruna, który mówił o Mickiewiczu, Wojciecha Żukrowskiego, Broniewskiego, którym po latach towarzyszyłem podczas ich pobytów na Ziemi Lubuskiej, Borowskiego, Putramenta. A moim niezapomnianym kolegą z koła młodych był niesamowity urwis Leszek Mech, wtedy jeszcze pisujący wiersze, a potem współscenarzysta Bolka i Lolka, ale to oddzielny temat. Z wszystkich tu wspomnianych nikt już nie żyje... 1 października 1954 r. z nakazem pracy, po ukończeniu Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Katowicach, znalazłem się w Zielonej Górze, która wtedy obchodziła zupełnie mi nieznane, bo skąd, święto Winobrania.
Dostać nakaz pracy – to wydaje się dziś absurdalne. Co w takiej sytuacji czuje dwudziestoletni Janusz? Czy był jakiś wybór?
Praca na Ziemiach Zachodnich w tamtych latach to była, przynajmniej dla mnie, misja, jakiś moralny, patriotyczny obowiązek. Oczywiście mając różne znajomości, np. w Związku Literatów Polskich, mogłem pozostać w Katowicach. Wspomniany tu mój przyjaciel, Bolesław Lubosz, rodem z Tarnowskich Gór, załatwił mi nawet pracę na trzy miesiące w dziale kulturalnym katowickiej „Trybuny Robotniczej”. Ponadto to miały być tylko trzy lata. Studia w Wyższej Szkole Pedagogicznej trwały wówczas trzy lata, podczas których otrzymywałem, inni także, stypendium, które należało odpracować. Ale życie ma swoje prawa. Po prostu tyle tu było pracy, a ja lubiłem się w różne rzeczy angażować. Ponadto ożeniłem się, urodziła mi się córka i to już nie byłby powrót z jedną walizką, tylko normalna przeprowadzka do Katowic, Sosnowca czy jakiegoś innego miasta na Śląsku czy w Zagłębiu Dąbrowskim. Inne miasta i regiony mniej mnie interesowały.
Kto jeszcze poza Tobą aktywizował zielonogórskie środowisko literackie?
Było nas kilkoro. Przede wszystkim Tadeusz Jasiński, prozaik, dziennikarz, od początku nasz lider. Roman Łoboda, starszy od Różewicza, Szymborskiej, lekarz dentysta, z grubym portfelem, zawsze elegancko, modnie, na czarno ubrany. Miłośnik sztuk plastycznych, teatru i pięknych kobiet. Niezłą organizatorką była Ingeborga Bieniek, białowłosa, żona Ignacego Bieńka, zawodowego plastyka. Niestety, nazbyt gadatliwa. Od razu zaprzyjaźniłem się z Tadkiem oraz Henrykiem Szylkinem, także jak ja, nauczycielem polonistą. On już mieszkał w Zielonej Górze, ja dojeżdżałem z Sulechowa, gdzie uczyłem przyszłe przedszkolanki. Piękne dziewczyny... Potem przeniesiono mnie do koedukacyjnego ogólniaka. Społecznie redagowałem „Głos Sulechowski” oraz audycje w miejscowym radiowęźle. W listopadzie w tamtejszym domu kultury przy pomocy uczniów zorganizowałem dużą wystawę związaną z setną rocznicą śmierci Mickiewicza. Niemal wymusiłem na tamtejszej władzy ufundowanie tablicy upamiętniającej pobyt Chopina w Sulechowie. Pierwszy wiersz, jaki napisałem w Sulechowie, zresztą bardzo słabiutki, po prostu przedszkolny, miał tytuł Chopin w Sulechowie i został opublikowany w „Nowej Kulturze”.
Wspominasz, że z prozaicznych powodów spotykaliście się w siedzibie Zarządu Wojewódzkiego Związku Młodzieży Polskiej przy ul. Chopina, gdzie dzisiaj znajduje się ośrodek zdrowia. Można było tam przychodzić w niedziele i – jak zaznaczasz – było ciepło. Czy wymagali od was aktywności ideologicznej? Jak wspominasz tamte spotkania?
Nie, nikt od nas niczego nie wymagał.
A gdyby jednak wymagali, wolelibyście działać w układzie? Lub inaczej: czy dla sztuki trzeba czasem pójść na kompromis ze sobą? Dopytuję, bo współczesność być może postawi niedługo przed takimi dylematami też moje pokolenie.
To zależy, co ma się światu do powiedzenia. Jeśli coś niesamowicie ważnego, co ten świat może o milimetr polepszyć, poprawić, uzdrowić i udoskonalić, wnieść do sztuki, literatury jakąś nową wartość, to nie wolno się poddawać. Jednym z przykładów jest często biedujący wielki poeta, artysta Norwid – a mógł przecież tworzyć pod publiczkę, pod gusta bogatych panów i bogatych pań. Cóż by jednak dzisiaj po nim pozostało? Nic. Ale iść w zaparte o rzeczy bzdurne, z których najczęściej składa się nasze życie, nie ma sensu. Szkoda czasu i energii.
A tamte spotkania wspominam z sentymentem. Brakowało mi wtedy kolegów, koleżanek o podobnych zainteresowaniach. Nagle przecież wypadłem z gniazda. Z Katowic. Z tamtego środowiska. Kto tego nie przeżył, trudno mu to zrozumieć. Najważniejsze stawały się pierwsze w nowym środowisku literackie przyjaźnie czy znajomości. Ale też czytanie własnych tekstów, dyskusje. Pamiętam Łobodę, który czytał swoje wiersze z namaszczeniem. Wysoko je cenił. Jeździł do Warszawy, aby je pokazać samemu Arturowi Sandauerowi.
Spotykaliście się, czytaliście swoje teksty. Chcieliście je drukować. Jest rok 1955. Setna rocznica śmierci Adama Mickiewicza. Opowiedz o okolicznościach wydania jednodniówki „Ziemia Lubuska” i pierwszych numerów „Nadodrza”.
Czytane na zebraniach najlepsze teksty gromadzono, żeby je mieć pod ręką, gdy tylko przytrafi się okazja druku. „Ziemia Lubuska” ukazała się latem 1955 r. zredagowana praktycznie przez Romana Łobodę, bo niemal wszyscy rozjechali się na urlopy, a mnie powołano na ćwiczenia wojskowe. Nikt się tej okazji tak szybko nie spodziewał. Wykorzystał ją Łoboda, za co mu wieczna sława, ale jednocześnie prawie pół numeru zapełnił swoimi utworami. Pod swoim nazwiskiem i pseudonimami opublikował poemat o Mickiewiczu, wiersze, fraszki, szkice krytyczne. Powracając z ćwiczeń, w kiosku na dworcu w Katowicach kupiłem „Nową Kulturę” z Poematem dla dorosłych Ważyka i co urasta do pewnego symbolu... „Ziemię Lubuską”. Na pierwszym, powakacyjnym zebraniu Łoboda straszliwie oberwał za pazerność, samolubstwo i nieliczenie się z nikim. Szylkin jednodniówkę nazwał „łobodówką” i omal nie doszło do rozłamu w kole. Powaśnione strony uspokoił zawsze flegmatyczny Tadek Jasiński. Po dwu latach, już po powstaniu Lubuskiego Towarzystwa Kultury wydaliśmy kolejną jednodniówkę pod nazwą „Nadodrze”, gdyż w nawiązaniu do katowickiej, tużpowojennej „Odry”, redagowanej przez Wilhelma Szewczyka, chcieliśmy obejmować zasięgiem tematycznym i kolporterskim całe Nadodrze, od Opolszczyzny po Szczecińskie. To był jednak pomysł ponad nasze możliwości. Władze odrzuciły go natychmiast. Ale tytuł pozostał.
Zapraszaliście do Zielonej Góry znanych pisarzy. Co wam dawały spotkania z Iwaszkiewiczem, Przybosiem, Ważykiem, Szymborską, Andrzejewskim, Wańkowiczem. I wieloma innymi. Z niektórymi kontaktowałeś się prywatnie, gościłeś we własnym mieszkaniu, gdy po popołudniowych spotkaniach autorskich czekali na nocny pociąg z Zielonej Góry do Warszawy?
To już było znacznie później. Po roku 1957, także po powstaniu Lubuskiego Towarzystwa Kultury, kiedy udawało się nam pozyskać nieco pieniędzy. Autorom płaciliśmy honoraria za spotkania, zwracaliśmy koszty podróży, hotele. Pobyty wybitnych pisarzy, organizowanie zjazdów pisarzy Ziem Zachodnich, a jak mawiał Przyboś – sympozjonów, to była mniej lub bardziej udana próba skrócenia ogromnego dystansu pomiędzy Warszawą, Krakowem, Wrocławiem, Poznaniem czy Łodzią a maleńką wobec tamtych miast, prowincjonalną, pozbawioną szkół wyższych, inteligencji humanistycznej Zieloną Górą. Do tych działań, co trzeba przypomnieć, włączały się także inne miasta – Gorzów Wlkp., Żary, Głogów, wtedy należący do województwa zielonogórskiego, czy Gubin utrwalony w słynnym reportażu Mariana Brandysa o tamtejszej grupie twórców i miłośników literatury. Na temat życia literackiego w naszym regionie napisano już kilkanaście książek. Pisze o tym Siatecki, Rudiak, także i ja, np. w Wiązaniach pamięci również wspominam kilku pisarzy, którym towarzyszyłem jako organizator ich spotkań z czytelnikami, a potem niektórych miałem zaszczyt gościć wraz z żoną w naszym mieszkaniu.
Podczas spotkań dyskusje, jak na owe czasy, były bardzo odważne. Bez cenzury. Autorzy, np. Andrzejewski, czytali fragmenty książek, których nie pozwalał drukować urząd kontroli prasy i wydawnictw. Na spotkaniu w zajętym do ostatniego krzesła klubie oficerskim w Kożuchowie Jan Izydor Sztaudynger powiedział fraszkę: „Moja ciotka miała dziecko / z Armią Radziecką”. Skończyło się na długim, głośnym śmiechu.
Współcześnie mityzujemy „Nadodrze”, być może przypisujemy mu zbyt wiele. Długo pracowałeś w redakcji. Jak patrzysz na to pismo dzisiaj?
Z „Nadodrzem” byłem związany od początku, od pierwszego numeru w 1957 r., a jeszcze wcześniej od jednodniówki „Ziemia Lubuska”. Najpierw na tzw. ryczałcie prowadziłem dział kulturalno-literacki, potem literacki, a w ostatnim dziesięcioleciu pełniłem funkcję naczelnego. Tak już w naszym życiu jest, że na przeszłość i to tę najdalszą, patrzymy z ogromnym sentymentem. Kilka stwierdzeń nie podlega, według mnie, dyskusji. Już samo powstanie pisma o charakterze społeczno-kulturalno-literackim w maleńkim środowisku, bez większego humanistycznego zaplecza było sporym sukcesem. Z konieczności „Nadodrze” stało się pismem debiutantów. Mieliśmy jakieś doświadczenia w redagowaniu pism, pisemek, ale minimalne. W różnych latach w „Nadodrzu” pracowali dziennikarze o ponadregionalnej renomie, autorzy samodzielnych książek – A.K. Waśkiewicz, Alfred Siatecki, Irena Kubicka, Ryszard Rowiński, Halina Ańska, Tadeusz Kajan, żeby do tych nazwisk się ograniczyć. „Nadodrze” współpracowało z niektórymi późniejszymi profesorami Uniwersytetu Zielonogórskiego. Z miejscowymi literatami. Na łamach pisma debiutowało kilku znanych później poetów i prozaików. Podejmowaliśmy problemy, których nikt wtedy nie podejmował. „Nadodrze” było pismem lubuskiego ruchu regionalnego, co w pewnym stopniu określało jego charakter, profil. Patrząc dzisiaj na moją pracę w „Nadodrzu”, oceniam ją krytycznie, wiele rzeczy zrobiłbym inaczej, wydaje mi się, że lepiej. Jedno nieco mnie usprawiedliwia. „Nadodrze” należało do tamtej epoki, szczególnie dla wielu młodych trudnej do zrozumienia, i jak inne tego typu pisma, z tamtą epoką upadło. Wypadło mi być nie tylko współakuszerem „Nadodrza”, ale także jego współgrabarzem. Próba wskrzeszenia pisma pod nazwą „Nowe Nadodrze” z nową, młodą redakcją też się nie powiodła. Po prostu tego rodzaju pisma odeszły bezpowrotnie do historii.
Marzy mi się, by ktoś napisał solidną, rzetelną, profesjonalną monografię „Nadodrza”. Sądzę, że pismo to na taką pracę sobie zasłużyło.
Oddział ZLP powstał w Zielonej Górze w 1961 r. Od początku byłeś członkiem jego zarządu. Pamiętasz wówczas stawiane przez was cele? Jak teraz, po latach, oceniasz wasze działania?
W oddziale pełniłem wszystkie funkcje, od prezesa do szeregowego członka zarządu. Teraz koleżanki i koledzy odesłali mnie na emeryturę honorowego prezesa. Pierwotnie było nas w oddziale sześciu członków. Staraliśmy się pomóc finansowo tym najsłabszym, najmniej zaradnym, chorym, np. Włodzimierzowi Korsakowi, Papuszy... A ZG ZLP w Warszawie dysponował wtedy pieniędzmi. Propagowaliśmy współczesną literaturę. To był ten specyficzny trójkąt – ZLP, LTK, „Nadodrze”. Ten maleńki oddział przyczynił się do zorganizowania dwu zjazdów pisarzy Ziem Zachodnich, kilku innych imprez o charakterze literackim. Zabiegaliśmy o przyjęcie do Związku Papuszy, której ta garstka wierszy wtedy nie była tak wychwalana jak dzisiaj. Utrzymywaliśmy kontakty z pisarzami z ościennych państw, w tym jako nieliczni w kraju z pisarzami łużyckimi. Alfred Siatecki, wtedy prezes naszego oddziału, wymyślił doroczną imprezę – konkurs pod nazwą Lubuski Wawrzyn Literacki. Pomysł spodobał się Marii Wasik, ówczesnej dyrektor WiMBP w Zielonej Górze. Dzisiaj do Wawrzynu Literackiego doszedł jeszcze Wawrzyn Naukowy i Wawrzyn Dziennikarski, co dla mnie przynajmniej stało się kontrowersyjne, bo w tym wawrzynowym wieńcu każdy z osobna stracił na znaczeniu. Aktualnie zaś urzędujący prezes Eugeniusz Kurzawa zaproponował nagrodę im. Andrzeja K. Waśkiewicza i promuje jego twórczość poświęconą naszemu regionowi i środowisku. Od lat współpracujemy z Miejską Biblioteką Publiczna im. Eugeniusza Paukszty w Kargowej w organizacji konkursów literackich inspirowanych twórczością tego pisarza. Pisarza kulturowego pogranicza. Współdziałamy na różnych polach z WiMBP w Zielonej Górze, z innymi bibliotekami, chociaż ta współpraca, według mnie, mogłaby być intensywniejsza.
Co masz konkretnie na myśli? W jakim kierunku mogłaby pójść ta współpraca?
Film fabularny o Papuszy, która od początku aż do swojej śmierci w Inowrocławiu należała do naszego oddziału, stał się artystycznym wydarzeniem. Pokazywany jest nie tylko w Polsce, w naszej telewizji, także np. w Afryce. Powstały o tej romskiej poetce i powstają prace naukowe, filmy dokumentalne. Wśród tych, co odeszli, jest kilka nazwisk, które także zasługują na szczególną pamięć. Kolega Robert Rudiak zamierza zorganizować objazdową wystawę poświęconą życiu i twórczości Michała Kaziowa. Z pomocą biblioteki wojewódzkiej zabiega o fundusze. Michał Kaziów to w dziejach naszej najnowszej literatury postać niepowtarzalna. Biblioteka w Świebodzinie nie może zapominać o Gustawie A. Łapszyńskim, poecie, dziennikarzu, który w tym mieście przez wiele lat żył i pracował. Nie mam wątpliwości, że dr Wiesław Sauter, pamiętnikarz, eseista, jeden z najwybitniejszych regionalistów, członek naszego oddziału zasłużył sobie, by miejscowa biblioteka nosiła jego imię. Podobnych inicjatyw można zgłosić wiele. Po prostu więcej kontaktów pisarzy z bibliotekami. Także tymi powiatowymi, miejskimi, gminnymi. Ze szkołami.
Czy Związek Literatów ma jakąś przyszłość, czy rację mają ci, którzy wróżą mu wygaśnięcie?
Z dawniejszej rangi, estymy członka ZLP pozostały jedynie wspomnienia. Literat, podobnie jak każdy Polak, dysponuje podczas wyborów tylko jednym głosem. Więc nikt się nami praktycznie nie interesuje, nie martwi. Podobnie zresztą jak innymi twórcami. Książka stała się towarem jak buty. Istnieje ogromny kryzys książki, niewielu ją czyta, czego dowodzą wyniki ostatnich badań, jeszcze mniej kupuje. Zamyka się księgarnie. Sadzę, że za parę lat oba związki literackie – ZLP i Stowarzyszenie Pisarzy Polskich – z biedy i w biedzie się połączą, może uda im się poprawić los wielu piszących. Środowiska pisarskie, niestety ciągle skłócone, potrzebują mecenasów, którymi powinny być samorządy, różne firmy, osoby prywatne, jak to jest na Zachodzie. O państwie nie wspominam, bo to oczywiste. Odpowiedź na to pytanie to temat na niejedną sesję literacko-naukową.
Pisarstwo, pisanie to praca jednoosobowa, samotna, osobnicza. Aby tworzyć, trzeba posiadać talent, dar bardzo rzadki, umiejętność widzenia samego siebie, najbliższych, rozumienia historii, świata, perfekcyjną znajomość języka, w którym się pisze. Plus, oczywiście, praca. A tych wszystkich cech żaden związek żadnemu swojemu członkowi nie przekaże. Zresztą historia literatury dowodzi, że wielu i to najwybitniejszych pisarzy, artystów do żadnego twórczego związku nie należało.