Start Zbliżenia Furman ante portas

Furman ante portas

Wokół twórczości i postaci Kazimierza Furmana narosło sporo obiegowych opinii, które z jego twórczością i jego osobą mają tyleż wspólnego, co dyskusyjnie obcego bądź obojętnego. Ale jednocześnie wszystkie te opinie mogą okazać się przynajmniej prawdopodobne. Więc z pozoru był i jest poetą łatwo się definiującym.

Zadbał o to sam zainteresowany, manipulując (twórczo?) swoim życiem i nierzadko „klucząc” w poezji. Efekt takiego życia i takiego pisania jest taki, że z jednej strony czytamy u L. Żulińskiego, jakoby konstytucją tej poezji jest „eskapizm i rezygnacja”. Gdzie indziej znajdziemy jakąś notę redakcyjną, podług której Kazimierza Furmana należy kojarzyć z Nową Falą. Kazimierz Furman „nowofalowiec”? Więc mocno zaangażowany społecznie, poeta agitujący, mówiący językiem gazety, używający pierwszej osoby liczby mnogiej, pastwiący się (między innymi, ale szczególnie) nad Różewiczem? I jednocześnie „eskapista” – uciekający od problematyki społecznej? A pomiędzy tymi „opiniami” wyłuszczone przez A.K. Waśkiewicza „dramatycznie akcentowane poczucie obcości” plus diagnoza socjopatyczna: „wszędzie obcy, i jakby nie na swoim miejscu”. Łatwo też jednocześnie „natknąć się” na wskazywane różewiczowskie powinowactwa tej poezji. Prawda: zdarzało się usłyszeć od Kazimierza Furmana coś o „metaforach łajdaczących się po wierszach Różewicza”. Gorzej z tymi „śladami” w samej twórczości gorzowianina. Zresztą całe generacje zaczynające publikować w latach 70. „korzystały” z tzw. zapisu różewiczowskiego, nierzadko nie mając o tym pojęcia. Podobnie wielu nie używało interpunkcji, ale nikt nie podejrzewał ich o czechowiczowskie antenacje. Wprawdzie jest taki wiersz Furmana Załącznik do autobiografii, rozpoczynający się od słów „Nazywam się Dowód Osobisty/ Seria AB”, który idealnie „koresponduje” z wierszem K. Karaska Co ja tu robię z incipitem „Opisany i policzony, przewidziany i statystyczny, nakłuty lancetem psychologa i strzykawką socjologa”, ale dla Karaska był to wiersz programowy, u Kazimierza Furmana zaś jego Załącznik to zaledwie incydent albo jakiś „postlekturowy” rodzynek.
Jeśli jednak już trzeba kogoś do Furmana przytulić, a mowa będzie o języku, będą to z całą pewnością poprzednicy J. Kornhausera czy A. Zagajewskiego. Bliżej Kazimierzowi Furmanowi do Z. Jerzyny, R. Śliwonika, a nawet K. Gąsiorowskiego. Wsłuchajmy się najpierw w takie oto frazy: „Nie bądźmy pismem/ A słowem z ust naszych/ Które nie powinno błąkać się po językach”, „Z blizną w oku po płakaniu pierwszym”, „Po bezdrożach uczuć każdego dnia stąpam” – a następnie, nie znając autora tych wyimków poetyckich, a znając na wyrywki twórczość hybrydowców, bez zająknięcia możemy się pomylić, przypisując te wiersze przywołanym poetom – wszak autorem tych cytacji jest Kazimierz Furman! Czy to znaczy, że był – nomen omen – w jakiś sposób wtórny? Niekoniecznie. Bo jeśli w którymś z wierszy pisze „uczyłem się słów prostych”, to jest to o tyle twórcza „kokieteria”, o ile uwierzymy, że Kazimierz Furman tych poetów nie czytał albo w charakterystyczny dla siebie sposób (jak powiadał) wolał się napić piwa niż rozmawiać o poezji – co można było odebrać jako osobliwą ignorancję albo deklarowaną „prostotę”, rozumianą jakoś tak opacznie (niby prostactwo?). Takoż nie „proste” albo nie prostą mową poetycką jest świadome „anachronizowanie” wiersza inwersjami („z ust naszych, po płakaniu pierwszym, każdego dnia stąpam”) – takie „formalności” obnażały tęsknotę Kazimierza Furmana do poezji „podniosłej”, omszałej, trącającej o „podręcznikową jakość”. Podobnie zresztą jak „stosowanie” nieco pordzewiałego słownictwa („Rąbkiem spódnicy odkrywasz jędrne łono”, „Bym nie uraził przypadkiem pryncypiów i wiary”, „Kołysaną kibić piersi”, „Ażeby słowom zabrakło języka”, „Bo aby miłować potrzebna jest wiara w człowieka”, „Ogień żądzy nie ogrzewa ciała”). Nie bez powodu Kazimierz
Furman, jakoś tak pod koniec życia, najchętniej „upubliczniał” się w czarnych marynarkach, z przerzuconym przez ramię białym szalem. Zgoła jedwabnym? Ten niby kloszard zatęsknił nagle za czymś kojarzonym obiegowo z pięknem? Takoż napisał o Kazimierzu Furmanie L. Żuliński: „był zawsze poeta natus, a nie poeta doctus, był zawsze za prawdą rzeczy, a nie za pięknem rzeczy”. Czytając wiersze Kazimierza Furmana, odnoszę zgoła przeciwne wrażenie: Kazimierz Furman od początku do końca, wręcz patologicznie brnął ku pięknu; piękno było naczelną prawdą Kazimierza Furmana; oczywiście piękno rozumiane po furmańsku, w tym również piękno rzeczy. Mało jest jednak wierszy, które wskazywałyby na zainteresowania poety owym „pięknem rzeczy”. A to dziwi, wszak Kazimierz Furman sporo nagadał się ze Z. Morawskim, jako
żywo poetą „reistą”, obracającym się wokół „materii rzeczy” jako istoty swojej twórczości poetyckiej. Ale i na taką wrażliwość Kazimierza Furmana są dowody, i znowu nie muszą to być dowody „wtórności”. Oto w wierszu pod znamiennym, jakby z krwią porodową wyjętym z twórczości Morawskiego, tytułem Podług mitologii czytamy: „Kobieta na druty czas nawleka”. Takiej frazy mógłby pozazdrościć sam Z. Morawski.
Najprawdopodobniej jednak najbardziej Kazimierzowi Furmanowi udało się „wczytać” w poezję R. Wojaczka. W wielu wierszach gorzowianina pojawia się wręcz idealnie przetworzona albo przedłużona aura wrocławskiego histriona. Przeczytajmy: „I będziemy grzech sławić/ Ja siebie złożę na twoim ołtarzu/ Ty się przytulisz mocno pożądaniem”, „Teraz mógłbym siebie powiesić na gałęzi/ Teraz gdy w oknie kobieta/ Gdy przestrzeń do dymu się tuli/ […] Mógłbym się sobą teraz aż przestraszyć/ Mógłbym swą myślą rozpalić ognisko/ Mógłbym sobą rozpłakać kobietę/ Teraz/ Gdy nad siebie unoszę garść bólu”, „Jej ołtarz kwiatami róży płonął”. Zaiste, wyczucie „pulsu” Wojaczka – niemal neurochirurgiczne.
I wydaje się, że z wytyczonych wyżej ścieżek poszukiwania „prawdy” interpretacyjnej w poezji Kazimierza Furmana ten trop jest najwłaściwszy. Zresztą Wojaczek mógł być dla Kazimierza Furmana jedną z kluczowych postaci, które go w jakiś niezidentyfikowany sposób inspirowały, choćby w tzw. życiopisaniu, aczkolwiek Stachura też mógłby pojawić się na tej orbicie. Niemniej w jednym z wierszy, przywołującym w tytule jakby nieistniejący dyskurs między Wojaczkiem a Bursą, Kazimierz Furman pointuje, że w odróżnieniu od Bursy, który „miał w dupie małe miasteczka”, jego podmiot liryczny „ma w dupie życie”. Co jest oczywistą prowokacją Kazimierza Furmana. Bo żył na całego i nie „przymulały go jakieś nawet największe deszcze genitalne”.
Chociaż przy okazji rodzi się, i równocześnie umiera, pytanie: na ile ów podmiot liryczny Kazimierza Furmana ma coś wspólnego z samym Kazimierzem Furmanem? To naprawdę najpoważniejsze pytanie, dotyczące całej prawdy o Kazimierzu Furmanie – człowieku i Kazimierzu Furmanie – poecie. Czy cały był prawdziwy, czy tylko w jakiejś połowie. Ponadto chyba trzeba Kazimierza Furmana „czytać” tak, jakby żył. Jakby „stał za drzwiami” i słuchał. Bo zwykle zawsze „reagował”. Wierszem, brzydkim słowem albo rękoczynem.
A teraz, gdy już przestał pisać na bieżąco, na takie „reagowanie interpretacyjne” Kazimierz Furman po prostu sobie zasłużył. Bez owijania w jedwab.

Czesław Markiewicz