Start Zbliżenia Jubileusz dwóch panów K., czyli z humorem i bardzo prywatnie o Koniuszu i Kurzawie

Jubileusz dwóch panów K., czyli z humorem i bardzo prywatnie o Koniuszu i Kurzawie

Już dziś nie potrafię powiedzieć, kiedy pierwszy raz usłyszałem o Januszu Koniuszu, ale wiem na pewno, że szybciej dowiedziałem się o jego żonie, autorce lubuskich legend i baśni. A było to w szkole podstawowej, kiedy omawialiśmy utwór o wbijaniu słupów granicznych przez Bolesława Chrobrego nad Odrą, autorstwa właśnie Pani Izabelli Koniusz. Będąc w szkole średniej, wiedziałem już, kim jest Pan Koniusz, jak pewnie każdy, kto miał w ręce „Nadodrze”. Osobiście z autorem Tempa krążenia zetknąłem się w trakcie studiów, kiedy należałem do Klubu Literackiego LTK oraz gdy zanosiłem wiersze do redakcji „Nadodrza” na deptaku i... kiedy spotykałem go na spacerze z psem, gdy dostojnie przechadzał się al. Niepodległości lub w Parku Tysiąclecia, w pobliżu którego wówczas mieszkałem. Nasze kontakty zacieśniały się, bowiem widywaliśmy się coraz częściej – na spotkaniach członków RSTK, w redakcji komercyjnego miesięcznika „Zachód”, w redakcji dwumiesięcznika „Serce i Troska” przy ZG PTWzK, na spotkaniach autorskich, na zebraniach literatów...

Pamiętam, że w 1991 roku prosiłem o recenzję mojego tomiku Taniec hipochondryczny i wówczas Koniusz zaproponował mi przystąpienie do ZLP, z którego w owym czasie w modzie było raczej odchodzić niż wstępować. W tym czasie z szeregów Związku odchodził właśnie Sobkowiak, niedługo potem także Szylkin i Kaziów. Ja jednak posłuchałem rad doświadczonego kolegi po piórze (jeśli mogę odważyć się na takie sformułowanie) i wstąpiłem do ZLP, mając wówczas 25 lat.
Drugą, cenną radę, jaką otrzymałem od mojego literackiego mentora w 1998 roku, było napisanie pracy doktorskiej. Wracaliśmy wówczas pociągiem z Warszawy po wyborach władz Związku, kiedy ponownie wybrany na prezesa Zarząd Głównego ZLP został Piotr Kuncewicz, którego z kolei miałem okazję poznać bliżej w 1999 roku w redakcji „Głosu Nauczycielskiego”. Pan Koniusz wiedział już o moim zamiarze wydania monografii o środowisku lubuskim, gdyż o środki na ten cel kilkakrotnie ubiegałem się w magistracie dowodzonym wówczas przez Z. Masternaka i M. Łapanowskiego. Publicznie skarżyłem się podczas winobraniowego Czwartku Lubuskiego, że zabiegam o fundusze na tak istotny cel, co niestety, zostało zlekceważone przez wiceprezydenta miasta.
Autor Ładu i chaosu zwykł mawiać, że „z władzą nie należy wojować, a raczej układać się w sferze kultury, bowiem niczego się wówczas od niej nie wywalczy. Ludzie władzy liczą na pochlebstwa, a nie na krytykę, a przecież w końcu oni przeminą, a my zostaniemy”... Szanse zatem pozyskania funduszy na wydanie monografii były wówczas żadne i wtedy padła rada z ust mojego literackiego koryfeusza, abym pracę tę obronił jako doktorat, a ewentualnie później poczekał z jej drukiem na sprzyjające wiatry.
Przyznaję, że posłuchałem jego rady i przy wydatnej pomocy kilku osób, zwłaszcza Alfreda Siateckiego, Zenona Łukaszewicza i samego Koniusza, którzy sięgając często do swoich domowych archiwów, łaskawie doradzali mi przy zbieraniu materiałów do pracy monograficznej, podjąłem starania o otwarcie przewodu doktorskiego. Pan Koniusz ubolewał nad tym, że sam napisał wiele prac monograficznych, będących często istotnymi przyczynkami naukowymi, jak chociażby pierwsza praca o zielonogórskim malarzu z czasów baroku Tadeuszu Koniczu (Taddeo Polacco vel Kuntze), którą mógł przecież ogłosić i bronić jako dysertację doktorską. Ostrzegał, abym nie popełnił tego samego błędu młodości. Stąd często powiadam, że ojcem chrzestnym mojego doktoratu jest jego pomysłodawca, czyli Janusz Koniusz. Jego pomysłowości i życiowym radom wiele zawdzięczam, bowiem przegadaliśmy u mnie i u niego na stryszku wiele, wiele godzin, o tyleż cennych, bo bardzo twórczych, także pod względem życiowym.
W trakcie ostatniego spotkania Zarządu Oddziału ZLP, połączonego z urodzinami Janusza Koniusza, które świętowaliśmy w Sali Zegarowej Muzeum Ziemi Lubuskiej, prezes Kurzawa zapytał dostojnego jubilata, czy czuje się człowiekiem spełnionym i co ewentualnie zmieniłby w swoim życiu. Jakież było zdziwienie zebranych, kiedy jubilat odparł, że niemal wszystko zmieniłby w swoim życiorysie, począwszy od wyboru studiów, po miejsce osiedlenia i wybór pracy zawodowej... Na bogate życie Koniusza z pewnością złożyły się jego liczne kontakty z wieloma tuzami literatury narodowej (m.in. Miłosz, Szymborska, Broniewski, Nałkowska, Iwaszkiewicz, Borowski, Przyboś, Andrzejewski, Wańkowicz, Hłasko i wielu, wielu innych), które to postacie opisał zielonogórski nestor w dwóch ważnych w jego dorobku pisarskim książkach – Kamień z serca (1994) i Wiązania pamięci (1998). Zwłaszcza w tej drugiej pracy znalazły się już opisy spotkań z kilkoma pisarzami lubuskimi, m.in. Papuszą, Dowgielewicz czy Korsakiem. Osobiście brakuje mi właśnie tego typu dokumentowania kolejnych spotkań Koniusza. Może właśnie czas na kolejny tom wspomnień poświęcony kontaktom z pisarzami i dziennikarzami lubuskimi, jak Morawski, Nowicki, Rowiński, Szylkin, Jasiński, Olczak, Malicki, Czerniawski, Suzanowicz, Waśkiewicz, Sobkowiak, Kaziów, a może pora teraz na książkę autobiograficzną, Panie Januszu, albo coś na wzór alfabetu lubuskich twórców literatury, jaki swego czasu pierwszy na „naszym lubuskim podwórku” skreślił Zenon Łukaszewicz, o którym jeszcze wspomnę poniżej?
Pan Koniusz, zodiakalny Wodnik, zawsze szedł swoimi własnymi ścieżkami (niczym egipski kot), które dla wielu postronnych mogłyby się wydawać co najmniej dziwne, na dodatek jest osobą myślącą niekonwencjonalnie, patrzącą na wiele spraw (nie tylko z gatunku literackich) nietuzinkowo – co znów jedni mogli postrzegać jako dziwactwo, a inni mieli za geniusz! I tak trzymać, Panie Januszu! – wołam, wznosząc toast za Pańskie zdrowie!
O drugim, młodszym jubilacie, Eugeniuszu Kurzawie dowiedziałem się, grzebiąc podczas studiów w archiwach „Faktora” i dowiadując się, że na zielonogórskiej WSP było już grono żaków wyrosłych pod znakiem Deads Poets Society, a określających się mianem Klubu 54, dla których takim Johnem Keatingiem był wówczas szef „Faktora” Andrzej Buck, pod którego wodzą jednodniówka trzykrotnie zdobyła laur „Czerwonej Róży” dla najlepszego pisma studenckiego w kraju. Zbierając materiały bioblibliograficzne do swojej pracy, siłą rzeczy siedziałem w wierszach Kurzawy i „grzebałem” w jego życiorysie. A ponieważ poezja i egzystencja u Kurzawy determinują i uzupełniają się wzajemnie, poniekąd jak u Stachury, stąd jego życiorys wydawał mi się (i pewnie taki był) pokrętny i tajemniczy. Kurzawa w latach 90. ubiegłego wieku miał niejako skłonności do bilokacji, bowiem egzystował niemal wszędzie – od Zielonej Góry po Suwałki i Białystok z międzylądowaniami w Zbąszyniu... Intrygująco, a momentami bardzo osobiście, o swoim życiu napisał autor rodem z Kościana w wydanej w 2014 roku pozycji autobiograficznej Obrazki prowincjonalne prozą, która ukazała się z okazji jubileuszu poety, redaktora i prezesa zielonogórskiego oddziału ZLP.
Nie znając się osobiście, mijaliśmy się najpierw w redakcji „Gazety Nowej”, potem po drugiej stronie al. Niepodległości, czyli w redakcji „Gazety Lubuskiej”, gdzie pracował wraz z redaktorami Zdzisławem Haczkiem i Leszkiem Kalinowskim, z którymi w okresie studiów na filologii polskiej w WSP redagowałem „Faktora”, a wcześniej współpracował z Robertem Gromadzkim i Krzysztofem Fedorowiczem, z którymi z kolei współtworzyłem grupę poetycką „Budowa II”.
Pamiętam, że jeszcze w okresie działania „Gazety Nowej”, w której Kurzawa prowadził dział kresowy i częściej bywał na Wschodzie niż w Zielonej Górze, wielką irytację ongiś z jego powodu przeżywał śp. Zenon Łukaszewicz, kiedy spotkałem go na ul. Bankowej. Żalił mi się, że kiedy telefonował do Kurzawy, aby ten przesłał pilny materiał, ktoś po drugiej stronie słuchawki zapytany o Gienka struchlałym głosem wyszeptał tylko: „nie żyje”. Łukaszewicz nie dopytywał o szczegóły, bowiem nie chciał nikogo niepokoić, a o swoich rewelacjach poinformował redaktora naczelnego. Kiedy już ukazał się nekrolog Kurzawy w gazecie, jakież było zdziwienie Łukaszewicza, gdy po kilku dniach zobaczył zmartwychwstałego Kurzawę. Poróżnili się ponoć wówczas okropnie, choć Łukaszewicz wychodził z założenia, że to szczęśliwy omen dla tego, kogo pochowa się za życia.
Inny incydent miał miejsce w 1995 roku, kiedy garstka dosłownie członków oddziału ZLP w Zielonej Górze spotkała się w gabinecie dyrektorki biblioteki, aby wybrać nowe władze, czyli Zarząd Oddziału. Ponieważ nie chcieli już piastować tej funkcji ani odchodzący prezes Siatecki, ani wielokrotny, były prezes Koniusz, przyszło z naszej grupki wybrać na prezesa całkiem nową osobę. I wtedy wszystkich zebranych zaskoczył Kurzawa, który de facto kilka lat wcześniej założył oddział w Białymstoku, bowiem w swoim nihilistycznym wystąpieniu uznał, że lepiej dla umierającego Związku będzie rozwiązać go zupełnie niż cucić trupa. To była woda na młyn skonfundowanych członków ZLP. Jednogłośnie bodaj uznali w głosowaniu, żeby nowym prezesem został Kurzawa. Jak mi wówczas powiedział ktoś w kuluarach, taki ruch był manewrem taktycznym, bowiem teraz przecież nowy prezes nie zlikwiduje sam siebie. Uknuta prędko intryga okazała się po latach doskonałym posunięciem, bowiem największy malkontent i kontestator ówczesnego walnego zebrania członków oddziału dokonał kilku rzeczy na tamte lata wydawałoby się niemożliwych, a przy tym pobił same rekordy! Pierwszy, że stał się najdłużej sprawującym funkcję prezesa, bo to już 20. rok urzędowania został właśnie rozpoczęty; drugi, że pobił rekord przyjęć członków do oddziału, nie tylko przebijając magiczną liczbę 13, ale kadrowo doprowadził nawet do stanu 39 członków i kandydatów! Trzeci rekord autora Wciąż nowej prywatności to spora liczba imprez, inicjatyw, konkursów i działań, oczywiście na skalę i skromne możliwości oddziału. I choć capo di tutti capi spośród wszystkich prezesów Związku często furczy, złorzeczy i zarzeka się, że dłużej nie będzie ciągnął tego wózeczka, to przyznać muszę, że Kurzawa po prostu nie ogląda się na innych i robi swoje, niekiedy w stylu partyzanckim, bo strasznie nienawidzi biurokracji, ale najważniejsze, że często skutecznie, bowiem jak mało kto osiąga zamierzony cel!
Kurzawa jest bowiem zodiakalnym Koziorożcem, a zatem to człek bardzo aktywny, energiczny i ambitny, tyleż przy tym uparty i konsekwentny, niekiedy do przesady akrybiczny, a co najistotniejsze życzliwy, gościnny i efektywny w działaniach. I tu chciałoby się znów przyklasnąć na wiwat i rzec równie donośnie: tak trzymać, Panie Eugeniuszu! Sto lat!

 

Robert Rudiak