Start Zbliżenia O Januszu Koniuszu nielaurkowo

O Januszu Koniuszu nielaurkowo

Kiedy człowiek dożywa późnego wieku, np. 80 lat, to – kolokwialnie ujmując – w ciemno można założyć, że wiele już za nim doświadczeń, przeżyć, uwikłań, potknięć, spotkań z ludźmi (niekoniecznie prostej proweniencji), no i dokonań, zwłaszcza jeśli to był ktoś przez cały czas aktywny, np. jako pisarz, działacz, artysta, polityk. Janusz Koniusz (ur. 1 lutego 1934 roku w Sosnowcu-Niwce) jest właśnie w takiej sytuacji.

Tak naprawdę, gdyby rzetelnie, szczerze i w miarę dokładnie swoje doświadczenia i przejścia spisał, to pewnie byłoby co czytać z zapartym tchem. Rozległy jest czas jego życia – lata przedwojenne i wojenne, czyli dzieciństwo w rodzinie górniczej. Wcześnie śmierć ojca-górnika pracującego w kopalni „Niwka”. Studia na WSP w Katowicach. Wyjazd z nakazem pracy na Ziemie Zachodnie (1954). Najpierw do Sulechowa, a potem pobyt już przez wszystkie lata, aż do dzisiaj, w Zielonej Górze. Pierwsze jego wiersze to utwory socrealistyczne (debiut w „Życiu Literackim” 1951, wiersz Droga) i trudno się dziwić, bo realnie patrząc, czy mógł w tamtym czasie młody człowiek pisać inaczej? Po kilku latach, okazało się konieczne na nowo określenie poetyki i świata poetyckiego. Ślad przelotu, niewielki zbiorek, wydany w 1958 roku, to wyraźnie pokazuje. Działo się to wszystko w czasie przemian polskiego Października, kiedy to do władzy doszedł Władysław Gomułka. Miały miejsce wystąpienia robotnicze w czerwcu 1956 roku w Poznaniu. Cała literatura polska wtedy się wyzwalała z narzuconych jej ograniczeń. Chyba – tak się zastanawiam – te perturbacje musiały jakoś się w Koniuszu odciskać. Zmuszać do przemyśleń. Bo nie wierzę, że nie. Dzieje PRL-u ciągle dostarczały, przypuszczam, nawet członkowi Partii, jakim Koniusz był do samego końca jej istnienia, różnych wstrząsów i dylematów wewnętrznych. Nie zakładam nawet, a może się mylę, że spokojnie i bezrefleksyjnie przyjmował np. zdjęcie przez cenzurę dejmkowskich Dziadów, co wywołało potem dramatyczne studenckie protesty w całej Polsce, a następnie, po wydarzeniach Marca 1968, rozpętaną przez prawicowy odłam (moczarowców) w PZPR antysemicką nagonkę, w wyniku której wyrzucono z Polski tysiące Żydów (ok. 20 tys.). Wtedy też przypuszczano ataki na pisarzy (Jasienicę, Kisielewskiego,Andrzejewskiego i innych), których objęły zakazy druku i inne szykany. Jak sobie Koniusz z tym wszystkim radził? Widział przecież i obserwował. Pamiętam to wielogodzinne przemówienie Gomułki w Sali Kongresowej i tę wrzawę, bo nie tylko brawa na stojąco, zebranych towarzyszy, jako znak zbiorowego aplauzu dla gromkich słów w przemówieniu I sekretarza tow. Wiesława. Wkrótce miało dojść do krwawych wydarzeń na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku. Zginęły dziesiątki ludzi. Mówiąc wprost – czy zastanawiał się Koniusz, po której jest stronie, co naprawdę legitymizuje, jakie racje w tym konflikcie i późniejszych represjach stosowanych wobec społeczeństwa? Tych represji nie było końca: wydarzenia w Radomiu, Ursusie (1976), aresztowania, stan wojenny po 13 grudnia 1981. Znowu zginęli ludzie. To był dramatyczny ciąg wymuszający myślenie. Towarzyszyła mu retoryka „Trybuny Ludu”, której lekturę wielu poczytywało sobie za poranny obowiązek. Przytaczam te przykłady i zadaję te pytania nie po to, by tę przeszłość faktograficznie przywoływać, ale chcę w gruncie rzeczy pytać np. o ślad tejże rzeczywistości, jej odciśnięcie, w uprawianej twórczości. Czy to jest zasadne? Lubuski pisarz, autor Tempa krążenia, Z Kaina i Abla czy Mojego stworzenia świata (także kilku tytułów prozy i publicystyki), mimo że z perspektywy prowincji, to jednak w obrębie własnego warsztatu dokonywał na bieżąco obserwacji i obrachunków. Należy się zastanawiać, jaki wynikł z tej presji rzeczywistości obraz. W każdym razie wszystko to składa się na wzmiankowaną na początku tekstu wielość życiowych przejść, będących udziałem Janusza Koniusza. Nigdy wewnętrznie błahych. Tak sądzę. Oczywiście nie tylko jego samego, bo wielu pokoleń Polaków. Nie chcę tego rozstrzygać, to byłoby za trudne i ryzykowne. Historia w poezji Janusza Koniusza uobecniła się, nie wprost, ale uniwersalnie – jako determinanta jego podmiotowego bytu. Ciągle do niej wraca i nieustannie próbuje ją konfrontować z własnym, jednostkowym „ja”. Ma ona w jego utworach moc niszczącą. Ubezwłasnowolniającą. Pozostaje bezradność, poczucie klęski i rozpadu. Dzisiaj tamten czas zmagań, na styku z bieżącym życiem i polityką, choć ciągle ważący na naszej teraźniejszości, głównie interesuje badaczy. Pozostają postawione pytania. Cóż może jednostka wobec machiny dziejów? Co ona jest w stanie zrobić, do czego jest zobowiązana? Zapewne kiedyś ktoś spróbuje w materii napisanych wierszy Janusza Koniusza odnaleźć piętna tego skomplikowanego okresu. Są przecież obecne, choć wyrażone w zawoalowanej postaci, przyjmując kształt refleksji ogólnoludzkiej. To sprawa odniesień makro. A w sferze mikro, na lubuskiej prowincji, miały od samego początku miejsce różne, organiczne, podstawowe starania, gdyż instytucje kultury trzeba było powołać, nie bez pokonania wielu trudności. Mogły się jawić te zadania górnolotnie, w kategoriach młodzieńczego romantyzmu. Taki był czas i szansa przed pokoleniem nazywanym mianem „pionierów”. Codzienność jawiła się pewnie niebanalnie – poniekąd jako zdobywanie świata. Relacje z innymi, konkretne zadania, niekiedy dalekie od literatury. Sprawy mniejszej czy większej wagi w przeciągu kilku kolejnych dekad. To była praca na prowincji. Tą prowincją (powiatową) fascynowali się też pisarze z perspektywy Warszawy. Przyjeżdżali. Koniusz swoich gości po niej oprowadzał. Z tych spotkań wyniknęły dwie książki. Dowiadujemy się z nich o odwiedzającym Ziemię Lubuską Władysławie Broniewskim, Julianie Przybosiu czy Stanisławie Piętaku. Janusz Koniusz wiele lat sekretarzował w LTK, potem był redaktorem naczelnym „Nadodrza”. W trudnym politycznie okresie, gdy powstała Solidarność i gdy nastała ciemna dekada lat 80., miało „Nadodrze” za redaktora Janusza Koniusza lepsze i gorsze okresy. (W końcowych latach traciło na znaczeniu). Można przytaczać różne argumenty na rzecz osiągnięć lub podchodzić do nich krytycznie. Tu otwiera się też pole dla wspomnień, opisu jego charakteru etc. Tu jest szansa zobaczenia człowieka w różnych konkretnych sytuacjach, kiedy styka się realnie z problemami, z kolegami w redakcji „Nadodrza”, z pisarzami i czytelnikami w terenie (o tym traktują jego wspomnienia Kamień z serca i Wiązania pamięci), pełniąc funkcje w powołanym oddziale ZLP (1961). Odbywa podróże, wywołuje swoją postawą różne reakcje, czasem sprzeciwy, budzi liczne opinie czy nawet niechętne osądy. Toczyła się jak zawsze, tak i wtedy, gra towarzyska, jej uczestnicy mieli swoje różne racje i interesy, w tym również Janusz Koniusz starał się mieć swoje racje. Trochę wiem o tym, bo było tego multum. Wiem z tego względu, że mogłem krótko, ale z bliska, przyglądać się podejmowanym działaniom. Przejąłem po Januszu Koniuszu, jesienią 1980 roku, dział literacki w „Nadodrzu”, ową wypominaną mi ćwiartkę etatu. Tę osobniczą sferę, różne epizody, na bazie swoich obserwacji starał się przedstawić dość wyczerpująco na pewno Zenon Łukaszewicz w książce Mój alfabet. Jak na pamflet przystało, nie zawsze obiektywnie i sprawiedliwie. Gdyby dzieło literackie Janusza Koniusza ulokowało się bardzo wysoko na firmamencie polskiej literatury, to te drobiazgi życiowe i zawodowe przygody z ludźmi ktoś postawiłby w centrum uwagi, rozsupłując biograficzne wątki niemiłosiernie dokładnie, jako barwne sensacyjki, tak jak to ma miejsce dzisiaj choćby w przypadku Papuszy lub innych ważnych osób i pisarzy w Polsce. Sensacyjki składające się na mitologię postaci. I można byłoby się w tym rozczytywać. Obrazowałyby człowieka w systemowych i prowincjonalnych uwarunkowaniach, które nie za bardzo uprawianiu pisarskiego zawodu służyły. Chcę zauważyć, że Koniusz był zawsze osobą pracowitą, nie tylko jako ktoś w redakcji dbający o słynne „przecinki”. Ale i wcześniej jako działacz, kiedy to starał się właśnie z ramienia LTK ożywiać kulturalnie Ziemię Lubuską, lokalne środowiska wspierać pomysłami – owe powiatowe miasteczka, domy kultury lub poszczególne osoby. Swój czas dzielił na te dwie sfery: redaktorsko-„działaczowską” i pisarską. Nie bez ceny, jaką musiał zapłacić. Dokąd w tych warunkach udało mu się jako pisarzowi dojść lub nie dojść, nie podejmuję się ustalać. Obydwie ciągoty do dzisiaj w Januszu Koniuszu tkwią (pisarza i działacza), mimo że od lat już jest na emeryturze. Wielu początkujących literatów lubuskich zapewne ma mu sporo do zawdzięczenia, choćby życzliwe, warsztatowe pochylenie się nad ich tekstami. Przyszedł teraz czas jakby dla niego lepszy – czas bezinteresownego otwarcia się na drugiego człowieka.

 


Czesław Sobkowiak