Start Zbliżenia Juwenilia. O niewykorzystanym potencjale twórczości lubuskiej

Juwenilia. O niewykorzystanym potencjale twórczości lubuskiej

Kiedy Redakcja „Pro Libris” zaprosiła mnie do dyskusji wywołanej artykułem Roberta Rudiaka (Stan literatury lubuskiej w pierwszej dekadzie XXI wieku, czyli diagnozy i prognozy, „Pro Libris” 2013, nr 1), wybierałam się na Kongres Dydaktyki Polonistycznej do Krakowa. I teraz, pisząc te słowa w pociągu relacji Kraków – Zielona Góra, myślę, że trudno byłoby rozprawiać o kondycji twórczości lokalnej bez uwzględnienia tych pytań, które przez cztery dni Kongresu stawiali sobie jego uczestnicy (a byli wśród nich pisarze – Stefan Chwin, Olga Tokarczuk, Wojciech Bonowicz). Przytoczę dwa, które wydają mi się tu najbardziej istotne: „Czy w świecie późnej nowoczesności literatura jest jeszcze potrzebna?”, „Czy książka to produkt atrakcyjny dla »cyfrowych tubylców«, »lekturowych emigrantów«, którzy masowo uciekają dziś w świat nowych mediów?”.
Bo jeśli – i to już jest moje prywatne pytanie – nie czyta się dziś Tokarczuk czy Chwina, to czy sięgać się będzie po książkę lokalnego autora? A jeśli tak, czy warto biadolić nad losem regionalnej literatury, rozdzierać szaty nad jej „geriatyzacją”, „uwiądem”, „słabością”? Zwłaszcza że w obszarze nowych mediów życie literackie ma się całkiem dobrze – młode, prężne, rumiane rozwija się w egalitarnej przestrzeni internetu i – za nic mając geografię i nisze lokalne – anektuje wirtualny, a zatem ponadregionalny obszar. Tą konkluzją całą dyskusję na temat literatury lubuskiej można by właściwie zamknąć.

* * *

A jednak sprawa wcale nie jest taka oczywista. I żeby tę nieoczywistość unaocznić, przywołam dwa zapewne znane „mniejszości intelektualnej” (tak Chwin określił czytelników książek) fakty: Nagroda Nike 2013 dla powieści Ciemno, prawie noc Joanny Bator, Nagroda Gryfii 2013 i Gdyni 2013 dla książki Zyty Oryszyn Ocalenie Atlantydy. Bohaterem wymienionych powieści jest prowincja na Ziemiach Zachodnich, a ściślej – średniej wielkości „poniemieckie” miasto, jakim jest (liczący około 120 tys. mieszkańców) Wałbrzych. Przywołuję obie te pozycje nie po to (nie tylko po to), by stwierdzić, że uwagę czytelników przyciągają dziś tzw. Ziemie Odzyskane oraz usytuowane na nich miasta i miasteczka (raczej te mniejsze i bardziej prowincjonalne niżeli Gdańsk czy Wrocław, o których sporo już w kontekście ich niepolskiej przeszłości pisano). I nie po to (tylko), żeby wieszczyć triumfalny powrót tematów lokalnych. Chcę zwrócić uwagę na zjawisko, które sprawia, że także Ziemia Lubuska staje się dzisiaj nader atrakcyjna.

* * *

Znamienne, że wśród nazwisk pisarzy lokalnych wymienionych przez Roberta Rudiaka nie padły dwa, które powinny były się tutaj pojawić: Krzysztofa Fedorowicza i Marii Sidorskiej-Ryczkowskiej. Pierwszy za napisaną w roku ubiegłym powieść Grünberg uhonorowany został Lubuskim Wawrzynem. Druga jest autorką Stacyjki na wschodzie i zachodzie, którą do druku rekomendował Jacek Łukasiewicz i o której Henryk Waniek napisał: „książkę Marii Sidorskiej-Ryczkowskiej wziąłem do ręki z niesprawiedliwą rezerwą, a potem nie potrafiłem odłożyć” („Przegląd Polityczny”, 1 kwietnia 2005). Dodam, że w tym roku ukazał się ciąg dalszy tej opowieści pod tytułem Klucze do rzeki.
Obie książki wyrastają z pytania o miejsce, które po transformacji w roku 1989 ujawniło dotąd tłumione palimpsestowe oblicze i zaczęło mówić o swojej przeszłości wieloma bardzo różnymi językami. To miejsce, którego tożsamość budowano przez lata w oparciu o homogeniczną politykę historyczną oraz mit piastowski, dopiero niedawno odsłoniło swą heterogeniczność i dopiero w ostatnich latach zaczęło inspirować pisarzy, którzy sięgają po niewyjaśnione tajemnice, traumatyczne przeżycia z czasów końca wojny i z okresu tużpowojennej migracji. Na tabuizowane narracje o wydarzeniach, które działy się tu w pierwszych powojennych latach, nakładają się wcześniejsze historie – polskie, niemieckie, czeskie i żydowskie. Te „zachodzące na siebie terytoria, splątane historie”, jak określa to Edward Said (w książce Kultura i imperializm, tłum. M. Wyrwas-Wiśniewska, 2009), stanowią dzisiaj temat literacko atrakcyjny z wielu względów, m.in. z uwagi na specyficzną aurę pogranicznych przestrzeni, ich „magiczność”.
Magizacja pogranicza stanowi wyjątkowo nośny kulturowo koncept. Pod hasłem „magiczności” np. Dolny Śląsk promowany jest jako obszar „magicznych szlaków turystycznych”, a w ten nurt recepcji dolnośląskiej przestrzeni wpisuje się zarówno książka, poświęcona tajemniczym i niezwykłym miejscom Wrocławia (Magiczne miejsca. Wrocław, 2009), jak publikacja Niezwykłe i tajemnicze miejsca Ziemi Lubuskiej (2010), zarówno magizacja miejsca we wspomnianej już książce Bator, jak i niezwykłe opowieści o Bytomiu Odrzańskim Sidorskiej-Ryczkowskiej i o Zielonej Górze Fedorowicza.
 
* * *
 
„Miejsce istnieje wówczas, gdy jest nawiedzane przez rozliczne przyczajone w nim duchy, które można bądź nie »wywoływać«. Mieszkamy wyłącznie w miejscach nawiedzonych” (Wynaleźć codzienność. Sztuki działania, przeł. K. Thiel-Nańczuk, 2008), twierdzi Michael de Certeau. Trzeba przyznać, że na Ziemi Lubuskiej tych duchów jest sporo – głównie niemieckiej proweniencji, choć nie chodzi tu tylko o kwestie etniczne. Sidorska-Ryczkowska pisze np. o Złym Duchu, który uosabia swoisty locus horridus tej ziemi. W jej opowieści miejsce rozwarstwia się, fabuła usytuowana jest kilku równoległych czasach – na XVII-wieczną legendę o spalonej na stosie czarownicy nakłada się opowieść o zgwałconej, a potem zabitej przez niemieckich chłopców Rosjance i – jako jej powtórzenie – historia gwałtu dokonanego przez radzieckich żołnierzy na niemieckiej dziewczynie. U Fedorowicza genius loci skupia się wokół podzielonogórskich przedwojennych winnic. Na traumatycznym doświadczeniu, jakim było zniszczenia niemieckiej arkadii, pisarz funduje nową mitologię Zielonej Góry, nazywanej „ciepłą wyspą”, „miastem permanentnej jesieni”. To tutaj właśnie ma szanse odrodzić się bogata winiarska tradycja. Obie książki uświadamiają, że w tym, co zdawać by się mogło dobrze znane, swojskie, czai się i – wywołane przez pisarza – objawia, niczym Freudowskie „niesamowite”, Inne, Obce. Jak pisze cytowany wyżej de Certeau,

  Miejsca są fragmentarycznymi i zwiniętymi historiami, przeszłościami pozbawionymi czytelności
  przez innego, nagromadzonymi czasami, które mogą się rozwinąć, ale które występują tu
  raczej jako potencjalne opowieści, zagadki do rozwikłania.

Między innymi takimi zagadkami karmi się lokalny kryminał, w lubuskim wypadku – książki Alfreda Siateckiego i Krzysztofa Koziołka. Ten ostatni na polsko-niemieckiej historii osnuwa fabułę kryminałów rozgrywających się w lokalnych realiach. Razem z jego bohaterami można więc nie tylko zdążać tropem zbrodni, ale też – ten wątek jest tu najciekawszy – badać zagadki regionu, poznawać fascynujące historie z przeszłości.
Nieprzypadkowo Koziołek tak konstruuje kryminalną fabułę, by była ona interesująca dla mieszkańców regionu, np. dla kibiców najpopularniejszego w Zielonej Górze klubu sportowego Falubaz. Nieprzypadkowo też Fedorowicz czyni głównym bohaterem swojej powieści wino, nazywane przezeń „solą ziemi”, sanctum vindum, „osią Grünbergu”. Dzięki temu jego książka umacnia strategię marketingową regionu, a przy tym funduje regionalny gatunek literacki, tj. powieść enologiczną (od gr. oinos – wino), której genealogię wywieść można z lokalnych tradycji winiarskich.
Twórczość lokalna, czy tego chce, czy nie chce, staje się dzisiaj (musi się stać) chodliwym produktem, po który chętnie sięgają mieszkańcy regionu. Dla pokolenia urodzonych po wojnie literatura okazuje się ponadto – ciekawie pisze o tym ciekawie Elżbieta Rybicka w artykule Czy możliwa jest „polifonia pamięci” w literackich badaniach regionalnych? Na przykładzie pogranicza polsko-niemieckiego (Nowy regionalizm w badaniach literackich: badawczy rekonesans i zarys perspektyw, 2013) – fundatorką pamięci. Pokolenie ludzi wolnych od traumy związanej z przesiedleniem i od propagowanych w czasach PRL-u mitów, intryguje nieznana historia. Literatura, znacznie ciekawsza niżeli podręcznik, oferuje więc młodej generacji pamięć protetyczną i możliwość nowej identyfikacji z miejscem, a zarazem fascynującą podróż do własnych korzeni. Do takiej wędrówki zapraszają nie tylko wspomniani autorzy, także Marek Lobo Wojciechowski, Alfred Siatecki w swoich Kluczach do bramy, Janusz Werstler, a wymieniam tu tylko niektóre nazwiska.

* * *

Dlaczego zatem jest tak źle z literaturą lubuską, jeśli jest tak dobrze? Dlaczego książki Koziołka nie funkcjonują na rynku czytelniczym tak jak wrocławskie kryminały Marka Krajewskiego, a Stacyjka czy Grünberg mają szanse najwyżej na Lubuski Wawrzyn? Nie rozwijając kontestacyjnego wątku, spróbuję wskazać dwie z grubsza rzecz biorąc przyczyny.
Pierwszej upatrywałabym w braku zainteresowania (to temat na osobny artykuł) lubuską twórczością. Podczas gdy np. w Gdańsku corocznie odbywa się publiczne czytanie prozy poświeconej temu miastu (a wtedy przez kilka dni Chwinem i o Chwinie, Huellem i o Huelle mówią jego mieszkańcy), podczas gdy np. Kraków ma swój literacki odpowiednik w internecie („Literacki Kraków”), w lubuskiej kulturze literackiej niewiele się dzieje, nie ma już „Nocy Poetów” w Teatrze Lubuskim, lokalne media ograniczają swą aktywność na tym polu do krótkiej wzmianki dotyczącej Lubuskiego Wawrzynu. I nie ratują tej sytuacji lubuskie czwartki literackie w Bibliotece Norwida z udziałem regionalnych autorów czy audycje Czesława Markiewicza, który na antenie Radia Zachód z niesłabnącą energią upomina się o twórczość lokalną (to może już ostatnie publiczne forum – czy jeszcze istnieje? – na którym można rozmawiać o lubuskiej literaturze). Przy czym nie chodzi tylko o niechęć instytucjonalną. Znamienne, że na temat książki Fedorowicza środowisko milczy, że na spotkanie z autorką Kluczy do rzeki przyszła ledwie garstka osób.
Ale jest także inna, znacznie ważniejsza przyczyna i żeby ją uzmysłowić, postawię tezę, która będzie zarazem polemiką z opinią Roberta Rudiaka na temat geriatyzacji twórczości lubuskiej. Otóż w moim przekonaniu literaturę lubuską trawi nie przypadłość geriatryczna, ale choroba młodzieńcza. Powiem więcej: literatura lubuska znajduje się nie w kondycji starca, lecz – wciąż i nieustannie – w stadium dziecka. To, można by powiedzieć, wieczne „juwenilia”. Tym mianem określa się utwory pisarzy, pochodzące z okresu, w którym dopiero zaczynali swą pisarską drogę, zazwyczaj znacznie słabsze od dojrzałych wierszy. Wczesna Szymborska, wczesny Różewicz, Miłosz, Herbert to twórcy inni od tych, których obdarzamy dziś etykietką „wielkiego pisarza”. Rzadko bowiem zdarza się talent samorodny i tak doskonały, że nie wymagający udoskonalenia.
Literatura lubuska zdaje się jednak uważać inaczej, zdaje się także rządzić innymi prawami. (Może czas w tym miejscu upływa odmiennie? Może następuje tu jakieś zakrzywienie przestrzeni?). Jej „wyobraźnia onieśmielona”, jak nazwał ją Tomasz Burek (Wyobraźnia jeszcze nieośmielona, „Nadodrze” 1964, nr 8) w latach 60., w dużej mierze taką pozostała. Metaforyczną puentę tej sytuacji można by znaleźć w nazwie Zielonej Góry, którą – w nawiązaniu do XVI-wiecznego teologa i historyka, Abrahama Buchholzera – propaguje Mirosław Kuleba: thalloris, czyli „zieleniejąca”. Wiecznie niedojrzała. Młodzieńczo zielona. Niezmiennie obiecująca. Ale czy można być „wciąż obiecującym” po siódmej wydanej w krótkim czasie książce?
Jeżeli jednak, trzymając się symboliki zieleni, szukać stron pozytywnych, to może trzeba zawierzyć nadziei, że to zapładniające wyobraźnię miejsce, jakim jest Ziemia Lubuska, wyda literaturę, która konkurować będzie z powieściami Chwina, Huellego, Krajewskiego, Odiji, Tokarczuk. Że nie tylko mój mąż będzie zamawiać pod choinkę najnowszą książkę Krzysztofa Koziołka i nie tylko doktoranci, przygotowujący dysertacje na temat twórczości lubuskiej, będą dyskutować o wierszach Lobo Wojciechowskiego, komentować najnowsze tomiki Małgorzaty Stachowiak, Beaty Patrycji Klary, Agnieszki Kopaczyńskiej-Moskaluk, Doroty Grzesiak czy starszych – Janusza Koniusza, Henryka Szylkina, Marka Piechockiego, Jolanty Pytel, Eugeniusza Kurzawy, Władka Klepki, Czesława Sobkowiaka, Czesława Markiewicza etc. Wierzę, że pojawi się w końcu, bo pojawić musi, literatura, która ufunduje nową opowieść założycielską regionu i że nie trzeba będzie czytać o Wałbrzychu, żeby zafascynować się palimpsestowym pograniczem. Marzy mi się taka trzymająca w napięciu, uwodząca narracją, warsztatowo i myślowo dojrzała opowieść o Zielonej Górze. Pióra autorów młodszych albo starszych (chodzi o dojrzałość artystyczną, więc wiek nie gra roli). Twórców, którzy być może piszą dzisiaj do szuflady (znam taki przypadek), bo ich tekstów, dobrych tekstów, nikt nie chce drukować (wśród powodów, o których powyżej, powinna się jeszcze pojawić lokalna „polityka wydawnicza”).
I zamykając te refleksje jednym zdaniem, powiem, nieco tylko wyostrzając problem, że symboliczny kapitał kulturowy Ziemi Lubuskiej wciąż stanowi potencjał niewykorzystany. Wierzę, że prędzej czy później sięgną po niego lokalni autorzy. To może już się dzieje. Trzeba się rozejrzeć.

Małgorzata Mikołajczak