Start Zbliżenia „Małe ojczyzny” w twórczości słuchaczy ZUTW

„Małe ojczyzny” w twórczości słuchaczy ZUTW

W 2003 roku powstał w Zielonogórskim Uniwersytecie Trzeciego Wieku klub literacki „Oksymoron”, który grupuje słuchaczy zainteresowanych szeroko pojętą kulturą literacką, w tym również osoby piszące. Tworzą oni lirykę osobistą oraz prozę o charakterze wspomnieniowym. Niektórzy uprawiają różne gatunki dziennikarskie, publikując artykuły w „Inspiracjach” – piśmie ZUTW.
 
Z lektury wspomnień słuchaczy wyłania się ciekawy obraz tego, jak zachowało się w ich pamięci pierwsze zetknięcie z Zieloną Górą czy innymi miejscowościami regionu. Poznajemy, jak przybysze budowali swoją nową tożsamość jako mieszkańcy Zielonej Góry i regionu Środkowego Nadodrza. Drugie ze źródeł wiedzy to rozmowy z zasłużonymi dla Zielonej Góry osobami, przeprowadzone przez redakcję „Inspiracji”. Początki tworzenia się tożsamości Lubuszan określił profesor Marian Eckert, który przyjechał do Zielonej Góry do pracy jako wykładowca w organizującej się Wyższej Szkole Inżynierskiej w połowie lat sześćdziesiątych: (...) Tymczasem z różnych stron Polski przyjeżdżali do Zielonej Góry poeci, malarze, muzycy, dziennikarze. Mówili: „tylko na rok, może trzy lata”. I zostawali na stałe. Zakładali rodziny, a dzieci, które wówczas przychodziły na świat, to w dużej mierze dziś już słuchacze ZUTW. Ich rodziców uwiodła atmosfera pionierstwa i szansa robienia czegoś ważnego, twórczego. Przestali mówić o Ziemiach Odzyskanych, nowym instytucjom nadawali określenia „lubuskie” (Lubuskie Towarzystwo Kultury, Lubuskie Towarzystwo Naukowe). To już były „małe ojczyzny”.1

Jak to wyglądało w latach czterdziestych? Skąd pochodzili przesiedleńcy? Ograniczony ilościowo materiał, jakim są spisane wspomnienia słuchaczy ZUTW, odzwierciedla fakt dużego zróżnicowania miejsc pochodzenia osadników. Określane jednym słowem – Kresy – miejscowości dzisiejszej Litwy, Białorusi i Ukrainy to przecież obszar ogromny, zróżnicowany w wielu aspektach, budujący inne obrazy wspomnień. Dodać do niego należy osadnictwo stanowiące konsekwencję wojny, takie jak zrujnowane miasta, śmierć bliskich, nadzieja na szanse urządzenia sobie życia na Ziemiach Zachodnich. Przybywali więc ludzie ze wszystkich regionów Polski, tworząc mozaikę kulturową.

Przymusowi przesiedleńcy mieli poczucie krzywdy, odczuwali głęboki żal z powodu utraty kraju lat dziecinnych i przez całe życie nie mogli się pogodzić z faktem, że musieli opuścić miejsce urodzenia, które było przecież Polską, ale na mocy układów z Jałty i Poczdamu Polską być przestało i wyjechać tam, gdzie niedawno nie było Polski, ale – na mocy tych samych układów – Polska powstała. Czytamy w refleksyjnym tekście Ojczyzna – ziemia rodzinna Jadwigi Lidki Engel: Urodziłam się w Polsce, tak opiewa moja metryka urodzenia. Potem na długie lata wpisano do mojego dowodu osobistego miejsce urodzenia Z.S.R.R. Teraz ktoś może powiedzieć, że przecież urodziłam się na Ukrainie. Po wojnie przesiedlono mnie wraz z rodzicami na tak zwane wówczas „ziemie poniemieckie” dzisiejszą Ziemię Lubuską.2

Większość parających się piórem słuchaczy ZUTW chciała uzewnętrznić emocje związane z faktem przymusowej migracji i pamięcią miejsc utraconych w nadziei, że zapis pozwoli uporać się z przeszłością. Przymusowa migracja była doświadczeniem traumatycznym, więc wspomnienia i wiersze – mimo upływu kilkudziesięciu lat – zanurzone są metaforycznie w krajobrazie dzieciństwa. Dla Bronisławy Raszkiewicz ten krajobraz to kraina wciąż bólem ćmiąca,jak zatytułowała jeden z wierszy. W innym, zatytułowanym nazwą litewskiej rzeki – „Żejmiana” – pisze: Przez moje żyły płynie / Żejmiana / Słyszę jej szum / Wyrywa ze mnie fragmenty wspomnień / Kawałki spróchniałego drzewa / Rodzinną wieś / Przywołuje minione zdarzenia / I wciąż płynie przez moje żyły.3

Niektórzy przesiedleńcy, przywiezieni tu przez rodziców jako małe dzieci, zakorzeniali się z łatwością, ale równocześnie, poznając tradycję rodzinną, niepostrzeżenie uwewnętrzniali rodzinne miejscowości przodków, ich wspomnienia i budowali jakby podwójną tożsamość. Wiele osób po latach postanowiło pojechać na dawne Kresy i naocznie poznać ojczystą krainę rodziców. Jadwiga Korcz-Dziadosz była zdumiona, gdyż przed wyjazdem na pytanie: – kim jest – odpowiadała, że zielonogórzanką. Po powrocie z Sambora odpowiada: – „Jestem samborską zielonogórzanką lub – zielonogórską samborzanką”. W książce Życie z sensem przedstawiła dzieje rodziny, pozwalając czytelnikom poznać pionierskie lata ludzi, którzy osiedli w naszym mieście. Na podstawie opowieści swojej matki, Heleny, zrekonstruowała m.in. pierwsze dni całej rodziny w Zielonej Górze:

Pociąg przesiedleńców odstawiono na dworcu w Zielonej Górze na boczny tor. (...) Helena (...) ruszyła na rekonesans po miasteczku, które robiło niezłe wrażenie. Nie było śladu zniszczeń wojennych, były porządne, brukowane jezdnie i gładkie chodniki, rzucała się w oczy obfita zieleń; ulice obsadzone były lipami, a wiele domów otoczonych było pięknymi ogrodami.4

Napływający zewsząd ludzie stawali przed nie lada wyzwaniami. Zofia Tumielewicz wspomina np.:

Po dwóch tygodniach jazdy pociągiem towarowym byliśmy wreszcie u celu podróży – dalej już pociąg nie jechał, bo właśnie tam rzeka graniczna Nysa oddzielała dwa państwa. Wysiedliśmy na starej stacji w Gubinie, czekało nas Nieznane. Trzeba było się zameldować w PUR-ze, a następnie szukać jakiegoś schronienia dla rodziny. Ulice miasta zawalone były starymi meblami i rupieciami, w powietrzu unosiło się pierze z rozdartych kołder i poduszek, w zaułkach chyłkiem przemykali Niemcy…

Mama zrozpaczona usiadła na ulicy, bezradnie tuląc do siebie dzieci i tłumoki, stanowiące cały dobytek rodziny, z wyrzutem powiedziała do ojca: – Gdzieś ty nas przywiózł? Przecież tu już koniec świata?! Co my tu robić będziemy, jak żyć?!5

Niektórzy osadnicy znaleźli się na terenach etnicznie polskich. Ojciec urodzonej na Syberii Haliny Maszner wracając z oddziałem wojska polskiego z Berlina, zatrzymał się w Podmoklach Wielkich. Rodzina pochodziła z Babimojszczyzny i – zdaniem autorki były to Dwa odrębne światy – rdzennych mieszkańców Podmokli i tych, którzy znaleźli się tu przygnani wiatrem historii z Białostocczyzny.6 A w innym tekście: Zapracować trzeba było nie tylko na strawę, także na łyżkę i na życzliwość miejscowych, zagospodarowanych sąsiadów. A czasy były ciężkie, więc i nieufność większa.7

Określenie trudności adaptacyjnych mianem „dwa odrębne światy” dla sytuacji, kiedy wieś posiadała wiekową polską tradycję, pozwala sobie pełniej wyobrazić szok kulturowy związany z widomą tradycją niemiecką w innych miejscowościach. Dodać trzeba, że – jak napisała Jadwiga Korcz-Dziadosz we wspomnianej książce – Stale dominującym uczuciem było poczucie tymczasowości, czego nie zmieniło nawet oficjalne zameldowanie i stały adres (…). Bez ustanku wśród mieszkańców krążyły wieści o rychłych zmianach granic i koniecznej przeprowadzce. W wielu domach stały, nierozpakowywane, kufry z cenniejszym dobytkiem.

Lata płynęły, oczekiwany powrót stawał się coraz mniej prawdopodobny, szukano więc sposobu na to, by poczuć się u siebie, zakorzenić się. Dla przesiedlonych w dzieciństwie uwrażliwienie na mowę miejsca dokonywało się niejako automatycznie. Inni – starsi – musieli włożyć więcej wysiłku, by to miasto czy region nazwać swoją małą ojczyzną. Był to długotrwały, nigdy niezakończony proces przezwyciężania nostalgii i poznawania nowego miejsca, wraz z jego historią, bez której być „u siebie” nie sposób.

Swoistą formą oswajania obcości było wykre- owanie czasu ab urbe condita przez Romualdę Dobrzyńską jako baśniowej opowieści dla prawnucząt. Miasto powstało w niej z zachwytu dla urody porośniętych lasem, zielonych pagórków.8 Sławomira Bydałek również stworzyła baśniową opowieść dla wnuków o chłopcu – mieszkańcu okolic Jeziora Wojnowskiego sprzed kilku tysięcy lat. Ubrała ją jednak w rzetelną wiedzę o zmianach klimatycznych, geologicznych i przyrodniczych oraz początkach osadnictwa na tych terenach.9

Duże znaczenie w procesie zakorzeniania się miały domy dzieciństwa. Agata Halina Więcek w wierszu Moja ulica wspomina szczęśliwe dzieciństwo, spędzone na ulicy Srebrna Góra: Domy miały duszę,/mieszkańcy/serca wypełnione miłością;/dłoń pomocną podali,/życzliwym słowem/obdarzyli.10 Są w jej wierszu sąsiadki – Białorusinka z talerzem zupy dla dziecka, Ukrainka ze świąteczną kutią, a także wzajemne, drobne usługi sąsiedzkie. Autorka dotknęła fenomenu wielokulturowości – w tym poniemieckim mieście tworzył on klimat otwarcia na inność. Był bardzo atrakcyjny dla wielu przybyszów. Podobne doświadczenie dzieciństwa znajdujemy u Barbary Dzięcielewskiej:

Domu we Lwowie prawie nie pamiętam. (...) Uświadomiłam sobie, że dla mnie DOM w Zielonej Górze, do którego było wejście z jednej strony od ulicy Zielonej, a z drugiej od ulicy Sowińskiego, był tym domem, który kochałam. Autorka – malarka – opis domu i jego otoczenia nasyca barwnymi szczegółami, podkreśla elementy atrakcyjne dla dziecka, potem młodej dziewczyny, którą się stawała. Pojawia się znów motyw wieloetniczności (w pobliżu stawały tabory cygańskie) i wielokulturowości. (...) Wieczorem siadywaliśmy całymi rodzinami w altanie, obrośniętej dzikim winem i śpiewaliśmy. Młodzi – (...) modne wówczas piosenki, rodzice (...) – lwowskie, a rozmawiali, w swoich, dla wszystkich zrozumiałych dialektach: góralskim, poznańskim i lwowskim. (...) Przenieśli tutaj z okolic, z których przybyli własne zwyczaje rodzinne, kulturowe, tradycje. Mimo znaczących różnic nie było żadnych kłótni, waśni. Drzwi od mieszkań były latem otwarte. Dodaje refleksję: A dom, który stał się od 1945 roku moim DOMEM, zapewne przed tą datą był rodzinnym domem jakiegoś młodego Niemca i jego bliskich.11

Zamieszkanie w poniemieckim domu rodziło takie myśli. Kiedy – po latach – Zieloną Górę zaczęli odwiedzać dawni mieszkańcy, „jakiś młody Niemiec” stawał się konkretnym człowiekiem, którego przywiodła tu nostalgia podobna do tej, jaka istniała w sercach Kresowiaków. Zbigniew Rajche napisał o tym przejmujący wiersz Prawo do ojczyzny
 
„W mojej ojczyźnie do której nie wrócę”
– napisał Czesław Miłosz
Bo ojczyzna ponoć jest w myśli.
Nawet nie w mowie
i nie w całowanych przez tłumy kamieniach.

Ja też noszę w sobie obraz tamtej ziemi,
którego nie mogę przekazać synowi.
Bez wiz i zaproszeń
zjawiam się tam nocami.
Odwiedzam znajome, rodzinne kąty
Przemierzam jasne p o l s k i e ulice
Prostuję wspomnienia skoślawione czasem.
I wracam…
Jestem potem smutny. Jestem potem zły.

Któregoś dnia ucałowałem
zapłakaną twarz Niemki
która (nie we śnie!)
odwiedziła dom swego dzieciństwa.
Teraz mój dom.
Synteza dwóch strużek łez może zrodzić uczucie.
Jakie?! Do kogo?!12

Tworzenie wspólnej pamięci społecznej wymagało odczytania kodów kulturowych miasta i ich „obłaskawienia”. Można było zacząć choćby od cmentarzy, pod warunkiem, że nie zostały zlikwidowane. Zbigniew Rajche w napisanym przed kilku laty tekście „Zapomniana nekropolia” przywołał fragmenty ze swojego pamiętnika, z roku 1962, w którym opisywał cmentarz poniemiecki: Bogate grobowce i skromne mogiły z drewnianymi krzyżami stoją, jak równe sobie, we mgle, niczym nieme pomniki dawnej świetności mieszkańców tego miasta, wciąż bardziej jeszcze niemieckiego, niż polskiego. (...)

Dalej pisze:

Cztery lata później, bo w 1966 roku, cmentarz został zlikwidowany. Nagrobki gdzieś wywieziono, groby zrównano z ziemią i to, co z niego zostało, nazwano Parkiem Tysiąclecia. Dlaczego w ten sposób i dlaczego kosztem niemieckiej historii? Nigdy nie podobało mi się takie właśnie zacieranie śladów po ludziach żyjących przed nami. (...) Dość często przesiaduję w tym „parku” i myślę o ludziach, którzy tu zostali na zawsze. Ich przecież nie wywieziono razem z ich nagrobkami. Zostały szczątki Leopoldyny Leszczyńskiej – dyrektorki zielonogórskiej szkoły tańca i dobrych obyczajów, a przedtem primabaleriny wielu scen europejskich, inżyniera Georga Beuchelta, twórcy dzisiejszego Zastalu, wielu wybitnych lekarzy, burmistrzów, rajców i innych ludzi zasłużonych dla miasta. Są tu, pod zieloną murawą. Tylko od czasu do czasu, podczas jakichś prac ziemnych, ramię koparki wywleka na światło dzienne fragmenty szkieletów, czaszki i deski trumien. Taki już los zlikwidowanych cmentarzy.

Zupełnie tak samo zrównano z ziemią groby mego dziadka i ciotek w dalekim Stanisławowie, kiedy podobnie jak tu, w Zielonej Górze, stary cmentarz zamieniono na park.13

To tekst z 2009 roku, kiedy już zaprzestano bezmyślnego niszczenia śladów dawnego życia i historii miasta. Piszę – bezmyślnego, choć przecież było ono dokładnie przemyślane; propaganda antyniemiecka, która tak długo uniemożliwiała pojednanie naszych narodów, stworzyła warunki dla takiego działania. Tak było na pewno w sprawie zlikwidowanego cmentarza. Z innych powodów przestały istnieć ulice Srebrna Góra z wiersza A. H. Więcek czy Zielona z tekstu B. Dzięcielewskiej. Zbigniew Rajche jako fotograf przez lata realizuje swój prywatny projekt, którego mottem uczynił słowa K. I. Gałczyńskiego: „Ocalić od zapomnienia”. Napisał: Fotografuję więc ulice, które mają się wkrótce zmienić, domy, przed którymi stoją już ludzie z kilofami. Dzięki chwytaniu tych chwil „za pięć dwunasta”, mam dużo wprost unikalnych zdjęć domów i ulic, których już nie ma.14

Jadwiga Korcz-Dziadosz w artykule Świadek historii15 pisała, że jako nastolatka martwiła się: żyję w niehistorycznych czasach, a na dodatek w mojej Zielonej Górze nie ma zabytków! Po latach przyszła refleksja: Musiało upłynąć wiele wody w rzece, abym zrozumiała, że każdy miniony dzień i zdarzenia, które były naszym udziałem stają się historią, a urok zabytków Zielonej Góry czy historie ludzi, którzy tu niegdyś żyli i pozostawili swoje ślady – warte są naszej pamięci.
 
Wiele miejscowości regionu okazało się atrakcyjnych krajoznawczo z racji posiadanych zabytków architektury i ciekawej historii, znaczonej obco brzmiącymi nazwiskami. Coraz częściej pojawiało się poczucie bliskości postaci, związanych z poszczególnymi miejscowościami. Hermina von Reuss z Zaboru i żagańska księżna Dino – Dorota Talleyrand–Perigord stały się bohaterkami wiersza Zbigniewa Rajche Białe damy; ich duchy sytuuje we współczesnym kontekście. Dorota błądzi w ruinach pałacu w Zatoniu (...): Kiedyś były tu buduary, alkowy i bawialnie./Duch księżnej Doroty nie może znaleźć/swojej sypialni./Przecież tu była!/A gdzie są schody?/Szło się po nich do salonu,/gdzie księżna przyjmowała króla Wilhelma/i zdążającego na daleką Ukrainę Balzaka. Hermina, szukając biblioteki, nie może zrozumieć gwaru dziecięcej swawoli (w pałacu mieści się obecnie sanatorium, przyp. B. K.). Wędrówkę duchów puentuje autor: Dwie białe damy nieświadome czasu i przestrzeni/ zagubione wśród żywych istot,/których języka nawet nie znają.16

Justyna Lemke, która do Zielonej Góry przyjechała ponad czterdzieści lat temu, przez wiele lat nie odczuwała potrzeby poznania historii miasta i regionu. Pierwszym impulsem była lektura książki Jerzego Piotra Majchrzaka Na tropach dawnej Zielonej Góry, a następnym – wyprawy z klubem turystycznym ZUTW Ciekawymi świata. Po kilku latach powstał tekst pod znamiennym tytułem: Przyjaciele z moich wypraw po Ziemi Lubuskiej. Pojawiły się w nim nazwiska osób, związanych w przeszłości z regionem: kupca Fryderyka Bogumiła Förstera i przedsiębiorcy Jerzego Beuchelta z Zielonej Góry, żagańskiej księżnej Doroty, Marii Aleksandry von Reuss, twórczyni sanatorium w Trzebiechowie, Wilhelminy Herzlieb, muzy Goethego czy Hermana von Pückler, twórcy wspaniałego Parku Mużakowskiego. Swój tekst tak podsumowała: Przyjaciele z przeszłości i teraźniejszości umocnili moją więź z regionem.17

Przesiedleńcy po latach tak pisali o powodach, dla których poczuli się zakorzenieni, związani emocjonalnie z miastem i regionem: (...)

moim rodzinnym miastem jest Lwów, ale ukochanym – Zielona Góra. Tutaj byłam młoda, rozśpiewana, tutaj był mój DOM z DUSZĄ, są groby moich Dziadków i Rodziców, tutaj jestem szczęśliwa18 ; (...)

w Zielonej Górze urodziłam moje dzieci – córkę i syna. Tu też urodziły się moje wnuki. Zapaliło się dla mnie „zielone światło”. Stanęłam twardo na zielonogórskiej ziemi19;

Miasto nierodzinne, a tak swojskie jak rodzinne./Zielona Góra – Jelenia numer osiemnaście./To tam mój syn, urodzony „Pod bramką”,/Po raz pierwszy powiedział słowo: M a m a (...).20
W swoim wystąpieniu oparłam się głównie na tekstach starszych słuchaczy – z grupy siedemdziesięcio- do ponad osiemdziesięcioletnich. Wielu młodszych przyjmowało Zieloną Górę i cały region jako oczywistą „małą ojczyznę”. Ich twórcza aktywność to wiele pięknych tekstów o ukochaniu miasta i innych zakątków Ziemi Lubuskiej, gdzie zamieszkali, gdzie przeżyli lata młodości, dojrzałości i które są miejscem ich pogodnej jesieni życia. Na potrzeby dzisiejszej konferencji wybrałam jednak inne wątki.

Wrócę raz jeszcze do artykułu Jadwigi Lidki Engel Ojczyzna – ziemia rodzinna:

Przed kilkoma laty pojechałam z wycieczką na Kresy Wschodnie. Włóczyłam się po ulicach pięknego Lwowa, na których mój ojciec jako lwowskie orlątko walczył w jego obronie. Błądziłam po alejkach urokliwego Parku Stryjskiego, po których kiedyś spacerowałam, trzymając się ręki mojego cudownego dziadka. Wreszcie udałam się do mego rodzinnego domu odległego o 40 km od Lwowa położonego nad rzeką. Gdy tak stałam na wysokim brzegu i patrzyłam na spieniony nurt Bugu poczułam, że ciągle tkwię korzeniami w tej czarnej nadbużańskiej ziemi.

Teraz myślę, że my wszyscy, którzy przybyliśmy na Ziemię Lubuską, jesteśmy jak drzewa. Korony tych drzew, a więc konary, gałęzie, liście i owoce są tu i teraz, ale korzenie, którymi są wspomnienia i czasem tęsknota za odległym dzieciństwem tkwią gdzieś tam daleko. I niezależnie od tego, jaką nazwę na mapie świata mają wszystkie te ziemie – te obecne i te opuszczone – w naszych sercach zawsze będzie to nasz kraj rodzinny, nasza ojczyzna, „Polska właśnie”.21

Niech słowa tej autorki będą podsumowaniem mych dywagacji.
Barbara Konarska

1  „Inspiracje” nr 33, marzec 2009 r.
2 „Inspiracje” nr 30, listopad-grudzień 2008 r.
3  „Inspiracje” nr 28, czerwiec 2008 r.
4 Jadwiga Korcz-Dziadosz, Życie z sensem, Zielona Góra 2002, wyd. Muzeum Ziemi Lubuskiej
Przyjazd w nieznane, „Inspiracje” nr 15, listopad 2006 r.
6  Halina Maszner, Zenia i Bernard Gattnerowie, „Inspiracje” nr 23, grudzień 2007 r.
7   Ludzie radośni są zawsze piękni, „Inspiracje” nr 36, marzec-kwiecień 2010 r.
8   Bajki dla prawnucząt, „Inspiracje” nr 37, maj-październik 2010 r.
9   Nad Wojnowskim jeziorem, „Inspiracje” nr 39, kwiecień-wrzesień 2011 r.
10  „Inspiracje” nr 34, październik-listopad 2009 r.
11  DOM, który miał duszę „Inspiracje” nr 40, październik-grudzień 2011 r.
12    „Inspiracje” nr 30, listopad-grudzień 2008 r.
13 „Inspiracje” nr 34 , październik-listopad 2009 r.
14  Zbigniew Rajche, Moje pasje fotograficzne, „Inspiracje” nr 24, styczeń 2008 r.
15 „Inspiracje” nr 36, marzec-kwiecień 2010 r.
16  „Inspiracje” nr 14, październik 2006 r.
17   „Inspiracje” nr 37, maj-październik 2010r.
18  Barbara Dzięcielewska, Dom, który miał duszę, „Inspiracje” nr 40
19  Anna Blacha Pierwsza i druga miłość z rozsądku, „Inspiracje” nr 33, marzec 2009 r.
20 Zbigniew Rajche Miasto nierodzinne, „Inspiracje” nr 29, październik 2008 r.
21 „Inspiracje” nr 30