Start Zbliżenia Granice, rubieże i progi... rozczarowań

Granice, rubieże i progi... rozczarowań

Przestrzenie refleksji Kingi Mazur
Kilkadziesiąt wierszy Kingi Mazur niewątpliwie może zapaść w pamięć m.in. dzięki niejednej interesującej refleksji, ujętej celnie i lakonicznie. Zresztą wydaje się, że to duży atut tekstów autorki, hołdującej zasadzie brevitas i dbającej o jej realizację z nadzwyczajną sumiennością. Narzucony reżim okazuje się również pierwiastkiem składowym decydującym o tajemniczych (czasem tylko pozornie) ścieżkach, jakimi zdąża myśl piszącej, wielokrotnie jedynie można się ich domyślać, zresztą nierzadko trafnie ze względu na szczególnie sadowione w konkretnych zapisach punkty zwrotne, wzmagające intensywność zdefiniowanych bardziej lub mniej precyzyjnie napięć. Te zaś, stare jak świat, wcale subtelnie indywidualizuje poniekąd odrębność zestawianych zjawisk, zmuszając do zastanowienia wobec niepowtarzalnego stanowiska, wynikłego zapewne z rozmaitych uwarunkowań, w jakich znalazła się K. Mazur, niemniej już w dziewiętnastym roku życia nagrodzona drukiem swojej twórczości w szesnastej „książce poetyckiej” z serii Biblioteka Pegaza Lubuskiego.
Do osiągającego rangę głównej strategii opisu urasta kontrastowanie odległych żywiołów, ich skrajne pozycje wskazują Boga, miłość, dobro, zło, śmierć itd. Te właśnie pojęcia – denotujące najszerzej pojmowane kresy ludzkiej wyobraźni, będące przedmiotem niewzruszonej wiary czy tylko imaginacji albo też absolutnie niekwestionowanej rzeczywistości – to swoiste odniesienia kolejnych wynurzeń. Ich sens rodzi się dopiero wskutek poznania biegunowo antynomicznego „towarzysza”, najczęściej nieoczekiwanego i zaskakującego, niczym w barokowej syntezie niemożliwych, wydawałoby się, do połączenia przeciwieństw, choćby ognia z wodą. Mariaże tomiku wszakże otrzymują delikatniejszą formę, gdyż lokują w bezpośrednim sąsiedztwie fenomeny zupełnie odmiennych kategorii, jak np. modlitwa do Najwyższego za pośrednictwem Anioła Stróża i „stary miś / z oberwanym uchem” (Do Anioła Stróża). Taki grunt pozwala zmierzyć się z nieuniknionym, z odejściem z krainy dziecinnej beztroski, by już na kolejnym etapie życia ledwo poczuć „resztki świata niewinności”.

Znany ten motyw nieuchronnego porzucania wieku młodzieńczego oraz towarzyszące temu procesowi emocje nie opuszczają lektora zbioru zwierzeń z 2007 roku ani na chwilę, „kiedyś / troski ważyły tyle co motyl...”. W tym mitycznym „kiedyś” (Kiedyś), co należy rozumieć jako „dawniej”, wtedy „przynajmniej / był jakiś bóg...” (*** „Została sama”), choć raczej nie można powiedzieć, że – paradoksalnie – było różowo, skoro Niedzielę Palmową, mimo „wiary / zamkniętej w złożonych / dłoniach”, wieńczy „prima aprillis”. Dojrzałość prowokuje do kolejnych pytań, o milczenie Pana Zastępów, literacka fikcja wszakże umożliwia sformułowanie odpowiedzi – „dziś Bóg jest stary i zmęczony / Bogu się nie chce” (Bóg się starzeje). Religijny dukt namysłu przydaje Bohaterowi ostatnich zacytowanych wersów potencjalny wygląd, w efekcie widzimy Go niskiego, piegowatego i z odstającymi uszyma, oto przyczyna, dlaczego „nie schodzi / na ziemię” (A gdyby), ale nie tylko – zwłaszcza Jego strach przed zamarciem wiary (samego) „w siebie” oraz (samego Boga i zarazem człowieka) „w Boga” ponoć skutecznie odstręcza od takiego ruchu. Nienowa, wyjąca żalem i arbitralna ocena, aczkolwiek wypisana utalentowanym piórem, z wyższością mówiącego „ja” naiwnie rozstrzyga o motywach postępowania przelęknionego Jahwe. Ale wymykająca się z rąk stabilizacja z jasno wyznaczonym celem skutkuje wstrząsem, akcentującym potrzebę harmonii: „dogorywały ostatnie ideały” (*** „Dom udręki zasypiał”).

Wielokrotnie boleśnie zawiedziona nadzieja, jakby nie zrekompensowany dług szczerej, prostodusznej wiary – „czubek drzewa łaskotał stopę Boga” (Kiedyś)... I na ten dysonans znalazło się rozstrzygnięcie, bardziej przyziemne, bliższe ludzkiej istocie – „to wiara cię prowadzi” (Wiara), a zatem w zastępstwie pojawia się inne remedium, tytułowa ufność – „podsuwa przyjaciół”, gwarantuje nawet wieczność, a to przecież „nie Bóg”. Może dlatego, że podmiot w innym wierszu donosi, iż wolałby „być diabłem” (Mówisz mi...), choć to raczej prowokacyjna poza, podobnie jak insynuacja kierowana do Śmierci – „jakże tobie musi być nudno...”, bo przecież tam „nie ma / ani kropli alkoholu” (Śmierć). Nie trzeba się łudzić, Pani Mors na pewno nie narzeka na brak atrakcji, tańczy, i to nie w pojedynkę, lecz w całych korowodach, zabawia się słabościami jednostek, więc bezsprzecznie znajdzie się w jej otoczeniu jakiś podczaszy... Tam w zaświatach na biesiadach nie oszczędzają, wszak „scałowane” anioły nie zdołały ukryć „wczorajszego alkoholu” (Twoje anioły).

Ostatni wzmiankowany tekst, choć sięga poetyki nieba jedynie ilustracyjnie, zwraca uwagę na inne wyznania spod znaku powszechnie odczuwanych uczuć granicznych. Nienawiść „jest piękna”, „bardzo szczupła” i „zagląda do serc”, nadto jest „dużo silniejsza od miłości” i „łatwo wciska się między dwoje”. Tak skonstruowany ciąg logiczny oddaje jedną z wielu wstydliwych prawd o mechanizmie sączenia wzajemnych niechęci. Tę siłę namierza autorka bezwzględnie, a w kolejnym wierszu pt. Ona dopowiada m.in.: „zapraszała mnie”, ale „Już wiem / nie jestem [...] ciekawa”. Grupa tych enuncjacji, zebrana pod wspólną nazwą Personifikacje, ugruntowuje topografię aksjologiczną tomiku, oto tytuły niektórych utworów – Miłość, Zła miłość, Dobra miłość, Moralność czy wspomniana Nienawiść. W antologii tych wartości nie mogło też zabraknąć namysłu nad wiecznością, smutnym jej losem – „Oto szara rzeczywistość / wieczności” (Wieczność). Wypełniona emocjami książeczka unika kompromisu przynajmniej w jednej kwestii, mianowicie nudy, choćby za cenę szaleńczej niedorzeczności aktu Ikara – „i z wielkim guzem / spadłam na ziemię // – Uderzyłam się o siódme niebo” (*** „Chmury wyglądały na miękkie”) czy przesadnych uciech biesiadnych – „I zawsze o pół litra / za bardzo zmęczona” (Błogozniesławiona). Nawet w zastoju zimowego bezruchu „nosi letnie sukienki”, by „drzeć rozsądek na strzępy” (Depresja).

Jak gorycz poznania rodzi całe serie rozczarowań w aspekcie religijnym zrelatywizowanym wobec kanonu norm chrześcijańskiej nadziei, tak też objawiające się prawie dwudziestolatce horyzonty życia ukazują swoje kanciaste kształty, raczej odpychające aniżeli zachęcające do kosztowania owoców dorosłości. Ta ostatnia przybiera portret kobiety w podeszłym wieku, „nie wygląda olśniewająco”, a jednak jest „jak młoda dziewczyna” (Miłość), czasem objawia się znikomym, ale jakże wymownym gestem, „przynosi kapcie i termofor do łóżka” (Dobra miłość). I to może jedyne jaśniejsze blaski dojrzałości. Cienie wszakże dominują w rekonstruowanym krajobrazie nowych doznań, góruje Tęsknota, mająca postać m.in. „dwóch warkoczyków”. Zresztą rekwizyt dla K. Mazur stanowi szczególnie istotne narzędzie w kondensacji prezentowanych treści, mimo iż niepozorny — komunikuje wiele, a zwłaszcza pozwala antagonizować dzisiejsze z wczorajszym, doskonałe z ułomnym, nie bez pierwiastka wyrazistych oznaczeń emocjonalnych, jak np. „»Aniele Boży« przed snem” (Tęsknota).

Wprawdzie „czerwoną sukienkę” wybacza podmiot mówiący Miłości, ale „wyzywająco uszminkowane usta” oraz „zapach drogich perfum” poważnie niepokoi, stąd następna bolesna konkluzja: „Inaczej wyobrażałam sobie / moralność” (Moralność), a „czerwoną torebkę” – obiekt pożądania dziewczynki – dumnie odepchnęła już kobieta (Czerwona torebka). Najzwyklejsze rzeczy codziennego użytku, po prostu drobne detale, wypełniające teksty K. Mazur, roztaczają wizję cyklu nieuniknionych odkryć, a wśród nich, powiedzmy przykładowo, pomada – nie oznacza teraz sensów związanych z atrybutami wyśnionej księżniczki, lecz oddaje prawdziwość jej przeznaczenia, to wszakże instrument skrywający niedoskonałości starzenia, pojawią się inne rozpoznania, a w ich obliczu można zareagować wyłącznie szlochem – „nauczyłam się więc / płakać po cichu” (Samotność księżniczki). Zwłaszcza że przedwczesną świadomość i niechcianą, jak się okazuje, „wszechwiedzę” demonizują „Przeklęte / niewyrośnięte diablice”, o których autorka pisze – z troską bądź wściekłością albo może zazdrością – „dziewczynki / co strasznie chcą / być już stare”, one bowiem chyba też marzą (jak potrafią), bo noszą „wysoko głowę i majtki” (Trzynastolatki). Rozumiemy podnoszone wątpliwości – „a ona biegła / któżby chciał / wracać tam, skąd ona / wracała” (Biegła).

Konfesyjne, indywidualne zwierzenia noszą znamię buntu rozstrzygającego w pewnym stopniu przynajmniej niektóre doświadczone właśnie dylematy. Wyniośle brzmią słowa skierowane do torby „zza szyby sklepowej witryny”: „patrz na mnie / póki możesz” (Czerwona torebka). Postawę nonkonformistyczną uwypuklają manifestacyjnie „dorosłe” porównania alkoholowe, co chyba sygnalizuje przepustkę do oczekiwanej rozpusty czasu umierania, mającej rekompensować dramaty wywoływane coraz lepiej pojmowanego scenariusza zdarzeń, a właściwie niezłomnie zbliżającej się śmierci. Trunek zatem towarzyszy błogiemu zniesławieniu lub błogostanowi ekstazy (Błogozniesławiona), pieszczotom kochanków (Twoje anioły), przezwyciężaniu koszmarów bezczynności (Śmierć) i in. Osobiście, jednostkowo wyznaczona ścieżka, wiodąca przez przyszłość, nie przetnie się zwyczajnie z linią życia innych, chyba że, buńczucznie, z małym, choćby obyczajowym skandalem w tle. Nie ma w tej wędrówce miejsca dla szminki, wyzywającej czerwieni czy „złotych włosów”, jest raczej fantazja i odwaga, z jakimi chce się podjąć ryzyko trwania: „Zagrajmy w karty / Ja postawię życie / a ty nienawiść” (Poker).

Penetracji ziemi nieznanej w tej książce służy leksyka abstrakcyjna, na jej tle mocniejszej wymowy nabierają tkliwe sploty dziewczęcej fryzury bądź wręcz wulgarne sztucznie wzmocnione kolory kresek ust. Tego pokroju konfrontowane symbole wyznaczają granice prywatnego obszaru. Podobnie jest i z lustrem, można się z nim nawet kochać, gdyż inni, ci z rodzinnego zdjęcia wzbudzają tylko frustrację (*** „Całować się z lusterkiem”), choć chłodna tafla zwierciadła rozwiewa ułudę i trzeźwo przypomina, że „Tylko prawda / stoi sobie spokojnie // po obu stronach lustra” (Lustro). I właśnie prawda, obojętna na krzywizny srebrzystej powłoki, otrzymuje wagę przewodnika po globie ludzkich namiętności, upadków, zarazem wydaje się antidotum na jego przedziwne zawikłania, ale nie wyłącznie, pozostaje jeszcze wiara w miłość, dająca szansę triumfu w batalii z niepojętą brzydotą, zewnętrzną i wewnętrzną, wszystkich i wszystkiego.

Twoja ciepła krew
Jak alkohol
Rozlewa się w moim ciele

Klękam przed tobą
(*** „Twoja ciepła krew”)

Stąd też „warto codziennie / budować życie od nowa” (Spacer), znajdzie się też dłoń, która „zgarnia smutki” i „głaszcze delikatnie / troski tego świata” (*** „Zimna dłoń mojej żony”), a noc, choć zdążyła już odejść, „Zostawiła na stoliku / wizytówkę / obok kluczy do serc”, a wcześniej „Ułożyła dla nas / receptę na szczęście” (Noc), by znaleźć oparcie w chwilach grozy, gdy „niebo było ciężkie od gromów” (Burza) albo gdy to „lalki bawiły się dziećmi” i w „domu udręki” powstawały następne niekanoniczne ewangelie (*** „Dom udręki zasypiał”). W imię miłości – zazdrosnej, dozgonnej, zmitologizowanej – wzmiankowane już wyżej zdecydowanie wzmacnia potęga specyficznej, jednostkowej determinacji, gotowej na wszystko, gotowej nawet posunąć się do przestępstwa, a co więcej – do śmiałego wyznania: „to ja zleciłam zabójstwo” (Zbrodnia).

Wcale nieźle wyrobione pióro pozwoliło wydobyć z tego zbioru wierszy, naszkicowanych ostro i wyraziście, wyłaniający się z nich obraz istotnej dla Autorki przestrzeni, tej bliskiej oraz odległej, w wymiarach czasowych i przestrzennych, dosłownie, jak i w przenośni. Całość układa się w kilka linii tematycznych, skoncentrowanych wokół problemów egzystencjalnych ewokowanych przez pojęcia, wiara, nadzieja, miłość – z jednej strony, z drugiej zaś to krajobraz po bitwie stoczonej w imię dojrzałości, wszakże gdy już zdobyte bastiony odsłoniły swój bardzo dyskretny urok, K. Mazur nie usiłuje namawiać do kurtuazyjnej zabawy w celu karmienia się iluzoryczną ambrozją dorosłych rozczarowań. Kładzie raczej akcent na niewzruszalne, sprawdzone gwarancje szczęścia – szczerość i miłość. A i sylwetka Boga skarłowaciała.

Refleksje, choć nie wolne od zadłużeń w przeszłości, odznaczają się niekiedy świeżością ujęcia, czasem nawet dramaturgią ewoluujących myśli, prowadzonej od dobrze osadzonego wśród ikon kultury szczegółu do jeszcze dobitniej odczuwanych w wieku trzydziestu czy czterdziestu lat zupełnie nie krzepiących wniosków. Tomik pozwala przeżyć całą gamę tego rodzaju rozterek ponownie, ponadto dowodzi uniwersalności fenomenu zderzania się z bodaj oczekiwaną „wolnością” – słowem jednak „wyjęczanym”, „ostatkiem sił”, będącym „ostatnim celem życiowej podróży” (*** „Freiheit”), może znacznie przedwczesnym. Ostatecznego i absolutnie pewnego panaceum na ciągły uśmiech tu wszakże nie znajdziemy, beznadziejność, niepewność i osamotnienie we własnych wyborach – wyrażone „retoryką” dziewczęcia – kolejny raz pozbawia jakichkolwiek złudzeń: „Niestety – książę z bajki / nie przybył / na czas” (Ślub). Ciężka próba, przeżyta wyjątkowo intensywnie, przynajmniej jak to wynika z książki Już wiem.

Chciałoby się rzec, że wiersze oddają postawę K. Mazur, niemniej wędzidło teoretycznoliterackie jednoznacznie określa linię demarkacyjną rozgraniczającą domenę autora, z konkretnym imieniem i nazwiskiem, oraz podmiotu mówiącego. Przykuwa bowiem uwagę cokolwiek autoironiczne, krojone z nonszalanckim zawadiactwem i pewną ekstrawagancją (jak w wypowiedziach o stanie uśpionym bądź może raczej rozbudzonym wodą życia), wyznanie pt. Poeta:

baldachim z gwiazd
pijane zdrowaśki w
przydrożnym rowie
wystrzępiony notes
pióro z wygiętą stalówką
kawałek chleba
wódka do torby
i krzyżyk na drogę

Mimo wszystko warto wierzyć, że Autorka zaostrzy jeszcze bardziej swoje pióro (choć posiada przenośny komputer), by może porzucić manierę komponowania struktur uprzywilejowujących rozmaite antynomie. Zresztą to nie zarzut, gdyż zespalane zjawiska nie dowodzą po prostu, że czerń lśni bielą mleka, lecz że np. Słowa mają smak. Wybrane z otaczającej nas semiosfery znaki, językowe, ikonograficzne, nieraz zilustrowane filmowo z podkładem dźwiękowym, spisane też wielokrotnie przez wybitnych tuzów literatury rodzimej czy światowej dowodzą doniosłości problematyki, pozostaje więc czekać na deskrypcje kolejnych erupcji myśli oraz uczuć, byleby fikcyjnych i nieznajdujących swoich źródeł w rzeczywistości. I z dala od „przydrożnego rowu”!

Z całego tomu, usianego najdrobniejszymi wizjami okruchów rzeczywistości, jej ułamków powstaje wcale spójny obraz, rodzaj syntezy mikroświata otwartego na prawdę i prawdziwość za wszelką cenę. Paradoksalne, niczym w konceptach Jana Andrzeja Morsztyna, dostrzeganie urody w brzydkim, szczerości w nieprawdopodobnym, po prostu – autentycznych wartości w pozornie bezwartościowym rysuje pełnię osobistej mapy ontologicznej i aksjologicznej, wyłaniającej się z Już wiem. Szczątkowość i analiza pojedynczych fenomenów egzystencji, „momentalność” obserwacji, skrót myślowy – rozpięty, jak w barokowej puencie, między biegunowo skrajnymi „naj” – oddaje istotę strategii wierszowych enuncjacji tomu.

Kilka uwag porządkujących

K. Mazur debiutowała w 2007 roku w dwudziestoczterostronicowym „czasopiśmie literackim »Pegaz Lubuski«”, nr 2 (25), „z rekomendacją Marka Grewlinga” (s. 22), nadto jej utwory zasiliły antologię z serii „Młodych Poetów Ziemi Sulęcińskiej” pt. Smak na wiersz z tego samego roku, w której słowem wstępnym (pt. Po obu stronach lustra) całość poprzedził wspomniany odkrywca talentu (Już wiem, s. 5-6), a posłowiem, zatytułowanym Personifikacje Kingi Mazur, uświetnił Ireneusz Krzysztof Szmidt (Już wiem, s. 44-45). Zeszyt pt. Już wiem ukazał się pod patronatem Związku Literatów Polskich, Oddział w Gorzowie Wielkopolskim oraz dzięki wsparciu Torzymskiego Ośrodka Kultury. Cenna i zasadna inicjatywa. W książkowej edycji ponadto w dużej mierze powtórzono krótki rys biograficzny autorki, towarzyszący debiutowi (Już wiem, s. 46), wykreślając zeń m.in., że poezja „jest tyranką, której można się oddać w słodką niewolę” („Pegaz Lubuski”, s. 22). Wtedy marzyła o filologii polskiej, dzisiaj – w 2011 roku – jest jej absolwentką (licencjat), ponadto studiuje kolejny kierunek na Wydziale Pedagogicznym. Skromniejszą sylwetkę po dwóch latach, i to dwukrotnie, dała nam redakcja „Pro Libris” , nr 2 (27), nr 4 (29), informując, że „poetka [...] mieszka we wsi Kownaty” (s. 123, s. 142).

Zespół tekstów przed drukiem poddano selekcji, wykonali ją wydawcy – I. K. Szmidt oraz Krystyna Kamińska, rzecz jasna, przy współudziale K. Mazur. Tytuł zbioru z 2007 roku – Już wiem – choć znakomity i trafny, nie pochodzi od Autorki, podobnie z nazwami poszczególnych działów tomiku, ich brzmienie zaproponował uważny czytelnik tych wierszy, mianowicie I. K. Szmidt, a ich sprawczyni zaakceptowała podane propozycje wypowiedzi inicjalnych. Poza wydrukowanym w Gorzowie Wielkopolskim w 2008 roku kanonem pozostaje jeszcze sporo tekstów, wśród nich m.in. ten, który – dzięki życzliwości Pani Kingi – ogłaszamy po raz pierwszy niżej. Przykuwa uwagę detal, szczególny sygnał miłości – pojmowanej inaczej (rano, po przebudzeniu), bo zwyczajnie, ale i z lupą na codzienność – choć poddańczej i oczywistej, niby z książek, a jednak... w dziwnym miejscu oraz w nieoczekiwanych okolicznościach zaspokojoną, po prostu... „nagle bezpieczną”, a skalę wymowy tekstu (i jego niewypowiedzenia) powiększa męska tożsamość podmiotu mówiącego:

* * *
Chcę ciebie takiej nieuspokojonej
kiedy jeszcze włosy masz w nieładzie
kocham ciebie
kiedy modlisz się i klniesz
na kolanach przede mną
lubię ciebie taką tulić
drżącą wilgotną
i nagle bezpieczną

Piękna chwila – utajniona, osobista – ujarzmiona pięknym, może niezbyt estetycznym spostrzeżeniem (w obwarowanej schematami kulturze pop), ubrana w logiczną fabułę momentu, daje wyraz codziennego zaangażowania w ekstazę więzi, pogmatwaną, bezceremonialną i, zwłaszcza – bezwarunkową. Nie przeoczamy drżącej, wilgotnej kobiecej wiotkości; przeciwnie – klniemy i modlimy się o jej erupcję. To nie tylko zobowiązuje, a może aż zobowiązuje...

Debiut nie przeszedł bez echa. Czesław Sobkowiak podjął się trudu pochylenia nad tomikiem (Wtajemniczenie). Wystąpił w roli starszego brata, po mentorsku uwypuklił „dość typowy przykład osobowości dopiero kształtującej swój poetycki świat” („Pegaz Lubuski” 2008, nr 1 (30), s. 9), po czym zachwalał przynajmniej niektóre ujęcia. Rzecz może usprawiedliwiać autorytet mówiącego, ale i konwencja całej recenzji... ujęta w rubrykę „Szkoła krytyków”. W tym samym numerze „Pegaza” – dla przeciwwagi chyba – ukazały się dwa omówienia Już wiem, napisane przez... M. Grewlinga i I. K. Szmidta (podjęli rękawicę?), wcześniej odbite w 2007 roku... (s. 14-15), minimalnej zmianie uległ jedynie szkic Szmidta – tytuł otrzymał nieco zmieniony kształt (W personifikacjach Kingi Mazur), a materiał ilustracyjny rozszerzono o przytoczenie wszystkich słów z Mówisz mi... (Już wiem, s. 25), przy czym wcześniej były to tylko dwa skrajne – pierwszy i ostatni – wersy (s. 44). Aczkolwiek oba teksty krytyczne otrzymały wspólny i wymowny tytuł – Jeszcze raz o udanym debiucie [...], potem wybór wierszy (Śmierć, Namiętność, Zła miłość, Moralność, Miłość, Wieczność, Tęsknota, Depresja, Ona, s. 16), tu też rodzaj sprawozdania ze spotkania autorskiego z publicznością i uczucia, jak „smakuje sława” (s. 14).

W 2009 roku we wspomnianym numerze „Pro Libris”, 2 (27), obok tekstów m.in. M. Grewlinga (s. 24-25), co znaczące, ukazały się również znane nam wyznania: Namiętność, Miłość, Zła miłość, Moralność (s. 40-41). Kilka miesięcy potem na kartach publikowanego kwartalnie „Lubuskiego Pisma Literacko-Kulturalnego” odbito cykl trzech bajkowych i jednej dziecięcej transformacji, podejmujących twórczy dialog z tradycyjnym postrzeganiem Kota w butach, Kopciuszka, Pinokia i Śnieżki („Pro Libris” 2009, 4 (29), s. 42-45). 2010 rok przyniósł kolejne nowe wiersze w znanej konwencji – Wspomnienie z wakacji oraz Tęsknota Safony – „Pegaz Lubuski”, nr 4 (43), (s. 11), równie powściągliwie rok wcześniej na łamach tego samego tytułu, nr 3 (38), Mazur wystąpiła z utworami pt. Pierwsza kobieta oraz Powroty (s. 12), a ten ostatni przysłowiowe witanie starych śmieci zamknęła frazą bliższą ciału, niby koszula, może bardziej czystą (higienicznie) i tym samym bardziej godną zaufania, własną pościelą. Lojalnie autorka zaszczyciła dubletem swoich myśli, tym razem poniekąd świątecznych, „Pegaza Lubuskiego” nr 6 (35) w rok po edycji Już wiem (s. 21), zagrała na nosie rodzimej martyrologii, objawiającym się „bałwochwalczym tańcem kruków / w miejscu / które dopiero się obudzi”, czciła bowiem ojczystą, znaczoną krwią, historię „poduszką” i „dymem z papierosa” (Erotyk patriotyczny) oraz milczącym smakowaniem wolności (Święto spokoju).

Miarę zainteresowania twórczością K. Mazur niewątpliwie stanowi wcale nie tak, jak się okazuje, rzadkie zapraszanie autorki Już wiem na łamy lubuskich wydawnictw ciągłych. W końcu od 2007 roku treść kryjącą się pod dobrze znanymi szyldami – Namiętność, Miłość, Zła miłość oraz Moralność – mogliśmy czytać co najmniej trzykrotnie, a więc najpierw w omawianym tomiku (2007), dalej w „Pegazie Lubuskim” (2008), aż wreszcie i w „Pro Libris” (2009). Fenomen tego pióra dostrzegło lokalne środowisko akademickie – w miesiącach letnich 2010 roku Kinga Mazur uczestniczyła w programie uniwersyteckiego Radia Indeks z serii „Milion Myśli” i zaprezentowała swój poetycki autoportret, po drugiej stronie mikrofonu – Ula Seifert. Wcześniej zaś, w 2008 roku, znalazła się wśród laureatów międzynarodowego konkursu „Świat bez wojny i przemocy”, wzięła w nim udział, przedstawiając pod osąd jury trzy teksty. Przywiązanie do słowa albo raczej do pisma łatwo udowodnić, w tym samym czasie wygrała szkolne „dyktando” – okolicznościowy sprawdzian ortograficzny na Uniwersytecie Zielonogórskim, sukces ten powtórzyła w roku akademickim 2010/2011. W kwietniu 2011 roku jej „zaczytany” portret fotograficzny, na tle zastawionych książkami regałów, mogliśmy podziwiać w „Gazecie Wyborczej” – wypowiedzi K. Mazur stanowiły dobrą przeciwwagę dla tezy artykułu zawartej w jego tytule: Dawno temu studenci czytali książki.

Włączone do debiutanckiego tomu utwory to około dwie trzecie ówczesnego dorobku, powstałego właściwie w ciągu jednego, 2007 roku. Kolejne zapisy trafiały do specjalnie w tym celu zakupionego brulionu, często powstawały jako swoiste odbicie konkretnych zdarzeń, następnie kojarzonych z autorsko przetworzoną refleksją, zatem pierwowzory „inspirujących” bohaterów istnieją, niemniej w sumie zawsze jest nieważne lub niemożliwe odtworzenie ich imion i nazwisk. Wyjątkowo tylko niektóre prace podlegały ewolucyjnym korektom, w rezultacie z warsztatu K. Mazur wychodziły gotowe już do publikacji formy, niewymagające skreśleń, uzupełnień czy zmian. Podobnie powstają kolejne wiersze, oto jeden z nich – zapowiedź następnego tomu, obok innych wzmiankowanych już wierszowych zwiastunów – Śpiąca królewna, nie bez prowokacyjnych insynuacji oraz już dobrze znanych w wypowiedziach K. Mazur rozczarowań, uwypuklonych m.in. dramatycznym, a może jedynie ironicznym (i zarazem gorzkim w tym kontekście) wulgaryzmem. Jeszcze raz sprowadzimy się na ziemię, bo rozmaite odgłosy męskiego snu brzmią mało poetycko i średnio współgrają z pięknem wyśnionej księżniczki... Zreinterpretowana, wzbogacona bajka nie pozostawia złudzeń.
Kiedy śpiąca królewna
wreszcie została obudzona
pokrywały ją pajęczyny
a kot na jej kolanach
zrobił się całkiem suchy

jej pierwsze słowa brzmiały:
„ja pierdolę!”...

potem jeszcze przez wiele nocy
przeklinała bezsenność
i uwierające papiloty
podczas gdy książę
spokojnie chrapał obok.



Radosław Sztyber