Start Zbliżenia Przypomnienie Michała Kaziowa

Przypomnienie Michała Kaziowa

W sierpniu tego roku minęło już dziesięć lat od śmierci (6.08.2001) Michała Kaziowa, który do ostatnich w zasadzie dni starał się aktywnie uczestniczyć w życiu literackim i społecznym nie tylko Zielonej Góry. Chcę przy okazji zauważyć, że coraz liczniejsze jest grono lubuskich pisarzy, którzy już wpisali się na listę umarłych. W tzw. międzyczasie mieliśmy do czynienia z kilkoma zmianami pokoleniowymi. Politycznymi i cywilizacyjnymi. Powoli, bo powoli, ale powstaje w oparciu o ten nieuchronny rytm biologiczny, pisarska tradycja, a wraz z nią dorobek literacki, który mam nadzieję kiedyś będzie odczytywany i weryfikowany.
Po przyjeździe z Poznania był tutaj Michał Kaziów jednym z niewielu, któremu towarzyszył przez cały czas nimb niezwykłości. Znajomość z nim poczytywano sobie za zaszczyt. Przez wiele lat publikował w „Gazecie Lubuskiej” swoje coniedzielne felietony Włącz radio. Napisał ich kilkaset. Jako jeden z nielicznych w Polsce rozpoznawał i opisywał sztukę radiową, dzisiaj już w zasadzie prawie nieuprawianą. Przed nim różnorakie otwierały się drzwi, a także on w ludziach za każdym razem jakieś drzwi otwierał. Miał dobry dar słuchania. Na jego twarzy często gościł uśmiech. Wypracowany czy autentyczny, tego nie wiadomo. Dla ludzi zawsze miał czas, był otwarty na ich sprawy. W ten sposób niekiedy ciężkie, gorzkie, osobiste doświadczenia, z którymi się zmagali, nabierały innego wymiaru. Kaziów o tym wiedział i starał się według swoich możliwości tę zdolność i szczególny swój status wykorzystywać ku ich pożytkowi. To jego duża zasługa i osiągnięcie. Wiedzy o tym mogłyby dostarczać listy, które otrzymywał i do innych przez niego pisane. Jego dewizą było: dostrzegać człowieka nawet w sytuacjach świadczących o nim negatywnie. Starał się nikogo nie przekreślać, ale otwierać szansę drogi i wartości. Oczywiście nigdy nie stwarzał iluzji, że jej osiągnięcie będzie łatwe i możliwe bez wysiłku. Sam był przykładem w tej kwestii niezwykle wiarygodnym. Myślę, że ze względu na szczególność swojego losu miał prawo wskazywać taką szansę. Jeśli ponadprzeciętnie interesowano się jego zdaniem na różne tematy czy problemy, to dlatego że jego opiniom przypisywano szczególną wartość, tak jak właśnie człowiekowi ślepemu czasem się przypisuje wartość pod każdym względem inną od obiegowej, potocznej czy oficjalnej. Wartość prawdy bezstronnej. Czystej, uczciwej. Do takiego odbioru przyczyniała się wiara w obowiązywanie tego wszystkiego, co płynie z głębi ciężko doświadczonego człowieka (jakby przez to innego), przepuszczone bowiem zostało przez wielorakie filtry i poddane próbom. A ta inność, czego nie trywializuję w żadnym razie, polegała – moim zdaniem – nie na jakichś wyjątkowych zdolnościach autora autobiograficznej książki Gdy moim oczom, w których byłaby wielka magiczna moc, ale po prostu brała się z większej staranności i przykładania uwagi do wszelakich, duchowych problemów. To było Michała Kaziowa najważniejszym celem i przedmiotem, obrazowanym także w utworach literackich (opowiadaniach, powieściach) oraz w dość rozległej felietonistyce, w znacznym stopniu poświęconej zagadnieniom życia ludzi niewidomych i kwestiom moralnym. Oczywiście w takim odbiorze społecznym Michała Kaziowa ujawniała się ogromna potrzeba dotarcia do pewników, na których można byłoby się w życiu wesprzeć. Ludzie potrzebowali zaufania, ulgi w cierpieniu, pocieszenia, potrzebowali przekroczyć propagandowe wymiary, odciąć się od demagogii i kłamstwa, w czyimś losie ujrzeć własny los, w akceptacji podmiotowych realiów egzystencji pozyskać impuls do zaakceptowania także własnego (lub bliskiej osoby) cierpienia czy klęski życiowej, by w ten sposób móc ją przezwyciężyć. Wyrwać się ze swojej ciemności. Ten, któremu się udało to osiągnąć w o wiele gorszych warunkach, zasługiwał więc na uwagę.

Kaziów był w swoim kalectwie kimś zrehabilitowanym, choć przecież nie takim samym jak funkcjonujące obok niego społeczne otoczenie. Wszystkie podstawowe determinanty jednak niezmiennie określały jego codzienny byt inaczej niż kogokolwiek. O czym zresztą zapominano. O tym, że jest ogromna różnica w zdobywania drogi życiowej w każdym momencie zupełnie samodzielnie, własnowolnie, od tej, na którą jest się zdanym codziennie, w każdej godzinie, by spełniać wszelakie potrzeby biologiczne, kulturalne i intelektualne, nie muszę chyba nikogo przekonywać. Tu nie chodzi tylko o potykanie się o sprzęty i meble we własnym mieszkaniu, o niemożliwość zrobienia sobie nawet herbaty lub kawy, ale o konieczną obecność (i to nie jednej) pomocnej osoby. Każda z nich musiała w tym kontakcie wyjść naprzeciw, przekroczyć jakieś trudne granice. Zrezygnować z części własnego „ja” na rzecz drugiej strony. Wybrać życie nie do końca dla siebie. Michał Kaziów ogniskował w swojej osobie zagadnienia służenia drugiemu człowiekowi. Nie teoretycznie, w postaci pięknych intelektualnych formuł, metafor poetyckich, co jest łatwe, ale konkretnie, realnie, bez żadnej zdobniczej oprawy. Tego wymagał brak wzroku (zwłaszcza wzroku), ciężkie kalectwo, a na dodatek brak obu rąk. Kto te dwa ucięte powyżej łokcia kikuty widział, ten wie, jak bardzo dramatyczny to obraz i ciężka sytuacja. Fundamentem, na którym mógł i musiał Michał Kaziów polegać, był więc zawsze ktoś obok. Ale zbudowanie harmonijnej relacji z drugim człowiekiem, z którym się skutecznie współpracuje, mogło być możliwe po zbudowaniu także siebie na nowo, poniekąd od początku. Młodzieńcowi wywodzącemu się z kresowej koropieckiej wsi, pełnemu witalności i planów na życiową, powojenną przyszłość, w jednej chwili dosłownie zawalił się świat. Nastało cierpienie, ból, samotność, wyłączenie, ciemność. Na takiej klęsce przyszło Kaziowowi jakby powtórnie się narodzić dla ogólnych wartości. Narodzić się, aby funkcjonować nie jako pacjent, nie skazaniec losu i tragicznego przypadku, i okoliczności. Ten proces, który w nim się wtedy dokonał, opisał w swej biograficznej powieści, wydanej w bardzo dużym nakładzie. Polegał on na zrealizowaniu żelaznej konieczności przesterowania, przekierunkowania życia (odrzucając egotyzm, a wraz z nim bierność) na cele zewnętrzne, wspólnotowe, na bycie za wszelką cenę z innymi. Książkę jego czytał w swoich późnych latach, jak wiem, Jan Paweł II i fakt ten jest poświadczony listem do zielonogórskiego pisarza. Ponadto, to, co w lekkich rodzajach inwalidztwa lub kalectwa, a więc życiowej inności, może czasami być skutecznie przezwyciężone, na tyle, że staje się w odbiorze niezauważalne, nie było możliwe do zrealizowania w przypadku Michała Kaziowa.

On zawsze był widocznie naznaczony, inny. Inny w swoim wnętrzu i w realnym obrazie. Pokonywanie oporów materii miało stale miejsce i zawsze taki sam był tego charakter. We wszelkich wysiłkach Haliny Lubicz – jego wieloletniej opiekunki – która wykonała ogromną pracę w przywróceniu Kaziowa światu, w takim momencie nie było ważne to, na ile została osiągnięta zwyczajność, bo było to raczej niemożliwe, ale jakie przesłanie i wzór humanistyczny się w tym wysiłku realizował. Wszystkie jego osiągnięcia, które miały miejsce, a było ich sporo – zdobycie wykształcenia, doktorat, publikacja książkowa o radiowym słuchowisku, czyli radiowym teatrze wyobraźni, postaci niewidomego w oczach poetów polskich, uprawiana felietonistyka, książki prozatorskie poświęcone ludziom poszkodowanym, niewidomym (Silhan, Dolański), których cechowała wybitność w jakiejś dziedzinie, dzielność postawy, pracowitość, napisane poniekąd „ku pokrzepieniu”, lepsze, gorsze, i można je podawać zwłaszcza teraz ocenie nie według taryfy ulgowej – więc wszystkie dawały obraz ambicji i filozofii człowieka, który głosił, że „światło jest w ludziach”. To znaczy, że wielkie dokonania możliwe są we współpracy i przy respektowaniu idei poświęcenia. Kaziów marzył i wierzył w realność swojego przekonania.

fot. Cz. Łuniewicz


Na jego przykładzie, jak w eksperymencie laboratoryjnym, został przeprowadzony dowód, iż każda nawet tragiczna sytuacja jest do przezwyciężenia pod warunkiem uwzględnienia racji i wartości drugiego człowieka. W tym nie było miałkości ani banału, ale raczej znamiona czegoś wielkiego, co powinno być przedmiotem powszechnego starania. Dlatego w wysokim stopniu Kaziów nie mógł pogodzić się z uzasadnieniem wprowadzenia stanu wojennego jako „mniejszego zła”. Natychmiast jego pozorną racjonalność zanegował. Nadał własnemu twierdzeniu sens ogólniejszy i często w ogóle używał go w argumentacjach o charakterze aksjologicznym. Spojrzenie miał na temat zła i dobra – wydaje się – szersze. Ta chęć zaprezentowania odrębności myślenia przyczyniała się na różnych etapach życia, zwłaszcza od momentu obrony pracy doktorskiej, czemu nadano spory rozgłos (dokumentalny film Edwarda Skórzewskiego Doktorant z 1973), do unadzwyczajnienia osoby Michała Kaziowa, do tworzenia wokół niego, jak i Haliny Lubicz mitologicznej aury. Zdobywał Kaziów przyjaciół, łatwo nawiązywał kontakty, różni lektorzy służyli mu pomocą w kontynuowaniu pracy. Myślę także o cyklu fotografii Czesława Łuniewicza ukazujących zetknięcie ludzkiego z nieludzkim, a zarazem wizję człowieczego odniesienia do drugiej osoby. Wystarczy też prześledzić publicystykę i reportaże poświęcone ich obojgu. Nieustający zachwyt i gloryfikacja. Również kilku poetów dedykowało mu swoje wiersze. Mogło się wielu wydawać, że Lubicz i Kaziów są nadzwyczajnymi ludźmi. Poniekąd odnieśli sukces. Na takich coraz usilniej media ich kreowały. Konotacje polityczne tego typu zabiegów były oczywiste. Funkcjonował wyidealizowany obraz, za którym nieobecna była druga, ciemna strona medalu. Nie da się ukryć, że Kaziów, a jeszcze mniej Lubicz, temu sposobowi widzenia swojej osoby się nie sprzeciwiali, co jest zrozumiałe. Kaziów lubił tę aurę uznania i docenienia. To był jego dorobek. Prestiż i autorytet. Jednak przyszedł czas lat osiemdziesiątych, kiedy zaczął mu bardzo uwierać taki usztywniony model. Niezgoda, która w nim rosła, na otaczającą rzeczywistość sprawiła, że zaczął się politycznie dystansować wobec samego siebie. Autokrytycyzm, chęć przewartościowania własnego światopoglądu, poszukiwanie innych niż doraźne sankcje egzystencjalne, kazały mu zwrócić się – najogólniej mówiąc – ku metafizyce.

Z racji częstego bywania w domu Michała Kaziowa obserwowałem jego poszukiwanie siebie innego, bardzo dramatyczne i konsekwentne, które dać mu miało nową wiarę i nadzieję. W jednym z felietonów z tego okresu, publikowanych w „Aspektach”, w uniesieniu iście mistycznym napisał, że wręcz dosłownie odzyskał wzrok, oczy, dostrzegł światło, wyszedł z ciemności. Ten zwrot, publicznie potwierdzony, sprawił, że niektórzy spośród przyjaciół odsunęli się od niego albo zachowali dystans. A dla niego był to wybór najwłaściwszy – jak mi mówił – powrót do korzeni, a poniekąd do dzieciństwa. Był przekonany, że to, co zyskuje, jest o wiele ważniejsze od tego, co traci. Od czego odchodzi. Można rzec, że życie Michała Kaziowa dało obraz, a raczej obrazy, wkraczania na różne drogi. Raz z losowej konieczności, a innym razem z przemyślenia i wyboru. Poszukiwanie inności, innego siebie, także innych form wyrazu, w których mógłby pełniej wypowiadać swoje „ja,” stanowiło jeden z motorów jego działania.

fot. Cz. Łuniewicz

Czesław Sobkowiak