Start Zbliżenia Czego nam brakuje, żeby tworzyć arcydzieła?

Czego nam brakuje, żeby tworzyć arcydzieła?

Od dawna zastanawia mnie, dlaczego na Ziemi Lubuskiej nie powstały dotąd dzieła (niekoniecznie od razu arcydzieła), które decydująco wpłynęłyby na kształt literatury polskiej. Pozycje, bez których nie mogłaby się obejść. Czego nam, twórcom mieszkającym w tym regionie, tworzącym tutaj od lat (od 1945 roku), brakuje, żeby wspiąć się na Parnas? Spróbujmy się zastanowić...

Nie zamierzam sięgać głęboko w przeszłość literacką Środkowego Nadodrza i dokonywać analizy tej – powiedzmy sobie tak – indolencji. Ale rzućmy okiem wstecz. W uproszczeniu można przyjąć, że współczesne życie literackie zaczęło się tutaj po 1945 roku. Lata 50. i 60., co już zostało w miarę solidnie zbadane i opisane, to był ów pierwszy okres „burzy i naporu”, gdy w wyniku przesunięcia Polski przez aliantów na zachód zaczęli się tutaj organizować i tworzyć różni, zwykle początkujący artyści, tak pisarze, jak i plastycy, muzycy, z czasem aktorzy. Generalnie jednak, zwłaszcza z chwilą awansu w 1950 roku do rangi ośrodka wojewódzkiego, Zielona Góra stała się (i chyba jest do dziś) raczej miastem urzędniczym niż artystycznym, organizującym twórczy ferment.
Pierwociny literackie, powstanie pisma „Nadodrze”, organizowanie się środowiska pisarskiego były na swój sposób ciekawe. Znamy te efekty w postaci dzieł, książek, są opisy, wspomnienia wielu osób oraz publikowane analizy Andrzeja K. Waśkiewicza. Być może najciekawszą z ówczesnych postaci światka artystycznego na szczeblu regionu (województwa) był Zygmunt Trziszka, opisujący problemy wrastania (i mieszania się tutaj) osiedleńców ze wschodu, z Wielkopolski, Kongresówki etc. Należy też zauważyć sprawne pióra prozaików: Zdzisława Morawskiego, twórczość Ireny Dowgielewicz, Janusza Olczaka, Tadeusza Jasińskiego. Postawmy jednak dziś pytanie: co zostało, co przetrwało próbę czasu z tamtego heroicznego okresu? Hasło „przetrwało” rozumiem tu w znaczeniu: nadal oddziałuje na czytelników, jest uwzględniane przez krytyków, weszło do obiegu krajowego.
Otóż Janusz Koniusz mówi tak (mój wywiad z nim, „Gazeta Nowa” z 23-25 kwietnia 1993):

„Książki »lubuskie«, »wiejskie« Trziszki zweryfikował czas. Co z niego zostało…?” – pyta Koniusz. Wówczas sugeruję mu, że „ostatnio” pojawiły się ciekawe rozmowy Trziszki z Leopoldem Buczkowskim. Na co poeta stwierdza (chyba należy uznać: pesymistycznie) tak: „Nie wykluczone, że przy Buczkowskim właśnie ocaleje Trziszka”. Pan Janusz mówi dalej: „Kiedyś myślałem, że Irena Dowgielewicz [zostanie w literaturze]. Było o niej głośno w kraju, jej twórczość była w obiegu ogólnopolskim. Niestety, czas zweryfikował tamte zachwyty krytyki”.

I taka jest chyba prawda. Tamtą prozę (in gremio) zweryfikował czas…? (Stawiam znak zapytania, gdyż nie czuję się kompetentny, żeby to stwierdzenie potwierdzić, a rzecz jest ciągle warta zbadania). Fakt, książki prozaików nie są wznawiane, nie są dyskutowane, omawiane. Spora część pisarzy wyjechała potem z Zielonej Góry, Gorzowa i regionu. Większość prozaików tych wczesnych lat Polski Ludowej już nie żyje.
Należy jeszcze wspomnieć o poetach tamtych i późniejszych lat, gdyż z czasem przybywało poetów, prozaicy – jak rzekłem – milkli, wyjeżdżali. Tę grupę reprezentowali właśnie Janusz Koniusz, także Zdzisław Morawski z Gorzowa, oczywiście Papusza (z Gorzowa), z czasem Andrzej K. Waśkiewicz. „Karierę” (biorę to w cudzysłów) zrobiła jedynie Papusza. Dziś podtrzymuje ją (tę karierę) dobry film, wtedy – zainteresowanie krytyka i pisarza warszawskiego Jerzego Ficowskiego, również Juliana Tuwima. Zresztą była to i jest postać wyjątkowa w polskiej literaturze poprzez swą cygańskość, poprzez przełamanie tabu Romów i podjęcie notowania myśli na papierze, co przecież było niezwyczajne w tym narodzie.
Powstanie Wyższej Szkoły Pedagogicznej, czyli stworzenie środowiska humanistycznego w województwie (starym) zielonogórskim, zaowocowało importem studentów „z terenu”, którzy oczywiście zaczęli pisać i wydawać wiersze. Można rzec, iż pojawiły się całe tabuny piszących. Sprzyjały temu właśnie WSP, ruch studencki, który zaczął wydawać własne pisemka, gdzie można było drukować tę (bardzo amatorską na początku) twórczość. Ponadto już wcześniej (to zresztą była inicjatywa Trziszki mieszkającego wówczas w Gorzowie) powstała w regionie odnoga ogólnopolskiego ruchu literackiego początkujących autorów w postaci Korespondencyjnego Klubu Młodych Pisarzy (afiliowanego przy ZMW). Tam też rodzili się i mieli gdzie publikować początkujący (i nie tylko) twórcy, przykładem Jolanta Pytel, Jerzy Chłodnicki, Benedykt Banaszak i inni. Istniało ponadto zjawisko migracji twórców w drugą stronę, wyjazdy z regionu, województwa. Tu mamy przykład Czesława Sobkowiaka i Wojciecha Śmigielskiego, którzy podjęli studia we Wrocławiu i tam łapali wiatr w żagle, ale po studiach, doktoratach wracali w rodzinne pielesze.
Jednakże – tu zmierzam do głównej tezy mojego wystąpienia – żaden z tych wymienionych i niewymienionych twórców nie przebił się i nie „usadowił się” w obiegu ogólnopolskim. Nie chodzi oczywiście o zdobyte tu i ówdzie nagrody w ogólnopolskich konkursach literackich, nawet o książki wydane w prestiżowych (wówczas i dziś) wydawnictwach o znaczeniu krajowym, o entuzjastyczne nawet recenzje, udział w zjazdach, seminariach, warsztatach literackich. Idzie o to, że w zasadzie nikt poza dwiema – moim zdaniem – postaciami, o których niżej, n i k t z e ś ro d o w i s k a p i s a r s k i e g o Z i e m i L u bu s k i e j w o k re s i e po w o j e n ny m n i e w s z e d ł n a t r w a ł e d o ob i e g u o g ó l n opo l s k i e g o, n i e u s a d o w i ł s i ę t a m , n i e w y p ły n ą ł i n i e w p ły w a n a k s z t a ł t l i t e rat u r y po l s k i e j ! Nie wprowadził do literatury polskiej dzieł i wartości, wobec których każdy, niemal każdy, powinien się wypowiedzieć, ustosunkować do nich. A tylko wtedy możemy mówić, iż pisarz, autor jest kimś znaczącym.
Nie mamy (niemal) takich ważnych postaci. Nie mamy kogoś, powiedzmy, na miarę białostockiej gwiazdy Edwarda Redlińskiego czy Urszuli Kozioł z Wrocławia (lub Biłgoraja) lub Rafała Wojaczka albo Erwina Kruka z Warmii i Mazur, albo nawet z tychże Mazur Zbigniewa Nienackiego, słynnego „Pana Samochodzika” (tu biorę pod uwagę bardziej sławę niż wartości literackie jego dzieł; ale zaistniał, wciąż oddziałuje). Bo to, że nie mamy – jak ma Lublin i okolice – swego Józefa Czechowicza lub znamienitych pisarzy emigracyjnych, jak Wacław Iwaniuk, to oczywiste, wiadome. Wszak u nas świat zaczął się w 1945 roku. Dlaczego jednak tygiel po tymże 1945 roku, odwilż październikowa po 1956 nie przyniosły nam takich dokonań, takiego fermentu, który zaowocował niepowtarzalnymi Awansem i Konopielką, przejmującymi wierszami mazurskimi Kruka, sztukami teatrów studenckich do tekstów U. Kozioł? Dodajmy jeszcze, iż przecież Edward Stachura, Ryszard Milczewski-Bruno i dziesiątki znanych poetów, artystów nie pochodzą z Warszawy, Krakowa, Poznania, tylko „gdzieś z Polski”. Męczy mnie, czemu tą Polską nie jest Ziemia Lubuska?
Można oczywiście zauważyć, iż takich właśnie jak Stachura, zdolnych, utalentowanych, zasysała Warszawa. Tam się przenosili, tam prowadzili życie literackie, ładowali akumulatory i wystrzeliwali znakomitymi dziełami. To znany mechanizm. Dlaczego jednak stolica nie wciągnęła (prawie) nikogo z naszych twórców? Dlaczego nie daliśmy się „podkupić”? Wybraliśmy pozostanie na prowincji (a może to prowincja nas wybrała?). Owszem wyjechali wyliczani wcześniej prozaicy, w tym Z. Trziszka. W latach 70. Bolesław Soliński, poeta, recenzent, redaktor naczelny „Nadodrza”, został sekretarzem redakcji w ogólnopolskiej „Literaturze”. Ale czy zrobili „karierę” literacką lub medialną nad Wisłą?
Brak mi zatem naszych, lubuskich dokonań (biorę pod uwagę całe województwo) w zasadzie w każdej dziedzinie literatury: w poezji, prozie, dramacie, książkach dla dzieci etc. Mówię o dokonaniach ponadprzeciętnych, bo różne ciekawe, wartościowe realizacje są. Temu nie zaprzeczam. Przeciwnie, mogę chwalić Mieczysława J. Warszawskiego, Annę Tokarską, Czesława Sobkowiaka, Krzysztofa Fedorowicza, Kazimierza Furmana, Zdzisława Morawskiego, Beatę Patrycję Klary. Ale mi idzie o arcydzieła, może o ich namiastkę chociaż... Dlaczego tutaj nie powstają?
Zastanówmy się. Dlaczego tak jest? Co sprawia, że mając świetne warunki geograficzne (lasy, rzeki i jeziora, czyli miejsca inspirujące), sytuując się blisko Poznania, Wrocławia i Szczecina, będąc blisko zachodu Europy (multikulturowego Berlina), wcześniej „przerabiając” ów tygiel narodowy, mieszankę różnych przesiedleńczych „plemion”, nie potrafiliśmy prawie nic z tych uwarunkowań i z siebie wykrzesać? Czy jest na kogo zwalać? Za małe środowisko? Oczywiście tak! Brak fermentu, brak inspiracji? Też. W latach 60., 70., aż do zmiany ustroju brakowało wydawnictw i czasopism. To też prawda, choć dziś jest chyba jeszcze gorzej, bo miejsce po dwutygodniku społeczno-kulturalnym „Nadodrze” jest wciąż puste... Ale może trzeba się uderzyć w piersi – co czyni niżej podpisany, oznajmiając: a jeśli zwyczajnie nie wystarcza nam talentu?!
Wiem, że koleżanki i koledzy po piórze mogą mieć do mnie żal i pretensje, że nie doceniam ich dorobku, ba, że deprecjonuję go. Informuję zatem, że i swój dorobek oceniam krytycznie i nie mam złudzeń, iż to, co piszę, jest wielką, a nawet średnią literaturą polską. Jestem poetą ze Zbąszynia, ostatnio z Wilkanowa i w tych realiach na pewno pozostanę.
A zatem: jednak tzw. literatura lubuska przez swoje 73 polskie lata nie była perłą w koronie. Niestety. Myślę, że dowody przytoczyłem.
Wspomniałem o dwóch wyjątkach. To oczywiście Papusza i Andrzej K. Waśkiewicz. Oni przetrwali i mam nadzieję przetrwają, weszli – każde w różny sposób – do obiegu krajowego, tam istnieją i oddziałują, co jest najistotniejsze. O Papuszy już wspominałem, głośno bowiem w ostatnich latach o niej – i bardzo dobrze. Waśkiewicz z kolei (zresztą także nikt inny w regionie!) nie był typem medialnym, nie był sławny, popularny, lecz jego dorobek to niesamowite prace studyjne, naukowe, analizujące literaturę polską zwłaszcza po 1918 roku do dziś. To sumienny edytor Peipera i Sterna, Czyżewskiego i Mili Elin, i wielu innych twórców. Bez uwzględniania jego dorobku nie sposób mówić o wielu aspektach polskiej literatury z perspektywy ostatnich 100 lat. Ponadto z biegiem lat objawiał się coraz bardziej jako znakomity poeta, o krytyku, znawcy literatury, socjologu życia literackiego nie muszę mówić. To nazwisko mówi wiele każdemu polskiemu poecie.
Tak widzę nasz lubuski wkład do literatury polskiej. Bardziej niż skromny i słabo rokujący na przyszłość. Janusz Koniusz powiedział w przytaczanym już tutaj wywiadzie: „Jeżeli z mojej twórczości – powiedzmy za dwadzieścia lat – wejdą do jakiejś antologii poezji lubuskiej dwa, trzy wiersze – to moje pisanie i życie miało sens”. Nie brzmi to za bardzo optymistycznie, prawda?

PS
Odpowiedź Mirce Szott na maila
Przygotowując się do debaty o sytuacji w środowisku literackim, toczyłem swoistą debatę, mailową tylko, z Mirosławą Szott. W pewnym momencie – nie zgadzając się wówczas ze mną – przytoczyła kilka nazwisk „młodych, zdolnych” obecnych z sukcesami w życiu literackim nie tylko regionu, ale i kraju. Nie dałem się jednak przekonać, że to są ci, którzy wstrząsną literaturą lubuską. I napisałem do Mirosławy tak:
„Ja bym się bardzo cieszył, gdyby się okazało, że Zielona Góra i Gorzów Wlkp. przebiją się literacko w kraju. Gdyby się okazało, że najmłodsze, czy jakiekolwiek pokolenie pisarzy, krytyków lubuskich pokaże lwi pazur i znakomity dorobek w postaci książek, dzieł. Że zdobędzie znaczące nagrody, z Noblem na czele, że utrwali się w literaturze polskiej, ba, europejskiej. Choć nie jestem takim optymistą jak Ty, że Banaszak, Korzeniowska, Ginko, Leśniewska i parę jeszcze innych wymienionych przez Ciebie nazwisk będzie lepszych choćby od Papuszy na gruncie gorzowskim i Waśkiewicza na gruncie zielonogórskim. Oby – tego im życzę! Ale poczekajmy chociażby 10 lat, zgoda?, żeby to zweryfikować. Tzn. ja nie dociągnę tylu lat, ale liczę, że za dekadę przyjdziesz na mój grób i głośno, przy świadkach, powiedzmy przy mojej żonie i córce, i prof. Małgorzacie Mikołajczak, powiesz, jak jest. Pobiliśmy was, dziady literackie, oto dowody. Albo odwrotnie. Możemy się tak umówić?”

Eugeniusz Kurzawa