Start Zbliżenia O Irenie Linkiewicz słowo wspomnienia

O Irenie Linkiewicz słowo wspomnienia

Przyszedł już taki czas, że o znanych, spotykanych, kiedyś bliskich osobach, z którymi wiodło się rozmowy, przypominamy sobie nagle, jakbyśmy budzili się z zapomnienia, ze snu, wtedy gdy umierają i wiadomo już, że nie zamienimy z nimi ani jednego słowa więcej, bo wszystko, co się zdarzyło, jest pożegnane. Taka refleksja naszła mnie właśnie po odejściu niezwykłej, niecodziennej postaci, jaką była Irena Linkiewicz.

Znałem ją może bardziej z widzenia aniżeli z realnych spotkań. Więc w gruncie rzeczy poznawałem pełniej jej osobowość i postawę poprzez emitowane regularnie, bo była bardzo pracowita, reportaże radiowe, które nigdy nie były letnie, miały jakiś przenikający je żar. Irenie Linkiewicz zależało za każdym razem na powiedzeniu czegoś ważnego o człowieku, o problemie, który poruszała z nadzieją zapewne, że w ten sposób choćby w małym stopniu zmieni otaczający świat. Nie cechowała tych reportaży powierzchowność, ale wyróżniało je osobiste zaangażowanie. Mam teraz w pamięci nie to, co na antenie poruszała, bo to już uleciało, ale rozpoznawalny, mocny tembr jej głosu, którym w rozmówcy lub w rozmówcach potrafiła przełamywać różne bariery i osiągać swój poznawczy cel. W jej postawie wyczuwało się zdecydowane dążenie do odsłonięcia prawdy o życiu, jakąś ważną chęć demaskowania pozorów i kłamstw. Pasjonowała się swoim reporterskim zajęciem, realizowała się w nim życiowo.
Były lata, że dość regularnie bywałem w Radiu Zachód i widywałem ją poruszającą się zdecydowanie, w pośpiechu, z papierosem w ręce (dużo paliła), po redakcyjnych korytarzach, jakby ciągle mocno zajętą swoim zadaniem. Jej głos cechowała donośność i wyrazistość. Doza zniecierpliwienia. Przypuszczam, że nawet wzbudzała wobec siebie pewien respekt. Niewątpliwie miała wysokie notowania i wysokie mniemanie o znaczeniu własnej osoby i randze dokonań. Tak, była radiową gwiazdą, Carycą reportażu, jak ją ktoś nazwał. Oczywiście na ten wizerunek złożyły się intelektualna błyskotliwość, odwaga i brak poczucia respektu wobec kogokolwiek. Wypracowała sobie prestiż i potrafiła się nim odpowiednio posługiwać. Postawą asekurancką lub oportunistyczną pewnie gardziła. Myślę, że nakręcała ją postawa buntu, krytycyzmu i dozy niezgody jako ta, która powinna cechować radiowca.
Był to czas, pamiętajmy, kiedy posłannictwo i misyjność jeszcze łączono z radiem. Zresztą, obostrzenia cenzury tu sięgały w mniejszym stopniu. Więcej w radiu dało się powiedzieć niż opublikować w prasie bez ponoszenia konsekwencji. Poza tym do Radia Zachód weszło wtedy nowe, młodsze pokolenie dziennikarzy, ludzi niepokornych, mających idealistyczną wizję świata, z których niektórzy potem mocno działali w powstałej Solidarności. To na marginesie. Ten duch cechował także Irenę Linkiewicz.
W zasadzie z Ireną Linkiewicz zetknęły mnie tylko dwa zdarzenia. Jedno łączy się bankietem czy raczej uroczystą kolacją, która miała miejsce w ośrodku sportu w Drzonkowie podczas Festiwalu Piosenki Radzieckiej. Przejeżdżała każdego roku także grupa pisarzy z Kraju Rad, najczęściej z Moskwy, w tym również pisarz z jakiejś republiki. Po kilku toastach do biesiadującego grona dołączyła Irena Linkiewicz. I od razu swoim zachowaniem przebiła wszystkich obecnych. Zaczęła dość głośno, ostentacyjnie, mocno ironicznie, żeby nie powiedzieć kpiarsko, zachowywać się wobec gości pisarzy-towarzyszy z kraju przodującego socjalizmu, tak że w pierwszych chwilach ogarnęła wszystkich, a zwłaszcza pisarzy radzieckich duża konsternacja. Nie wiedzieli, nie rozumieli, o co chodzi, jak to jej zachowanie przyjmować, jak reagować. Zanosiło się na skandal. Pamiętam to niesamowite i kapitalne w swojej wymowie zdarzenie, bo jak zamurowany siedziałem obok Ireny. Potem miała z tego powodu podobno pewne kłopoty, wzywana była do KW PZPR na rozmowę. Nie wiem dokładnie, czy dotknęły ją jakieś konsekwencje. Ale ten epizod chyba dobrze odzwierciedla jej bezkompromisową osobowość.
Drugi mój kontakt miał charakter bardziej osobisty. Pracowałem w Muzeum i szukałem różnych dokumentów życia literackiego. Z tego powodu postarałem się pozyskać w Radiu nagranie wywiadu z legendarną poetką cygańską Papuszą, autorstwa właśnie Ireny Linkiewicz. I oczywiście, zupełnie nieświadom ryzyka, postanowiłem z jego części zrobić maszynopis oraz w lokalnym pisemku „Nad Odrą” opublikować, bez uzgodnienia z nią, a nawet powiadomienia. Rozsierdziło to mocno Irenę, tym bardziej że wtedy właśnie już miały znaczenie prawa autorskie. Zadzwoniła do mnie do pracy, podniesionym głosem, walecznie poinformowała mnie, że będę miał z tego powodu konsekwencje sądowe. Odrzekłem po wysłuchaniu, że nie mam nic przeciwko takiemu postawieniu sprawy, jeśli chce, to może mnie podawać do sądu, gdy to uznaje za słuszne i potrzebne, czym nieco ją zaskoczyłem. Nie wywołało to jakoś we mnie gniewu ani obaw. W rezultacie sprawa poszła w zapomnienie. Chyba zrozumiała, że poniosło ją i zareagowała ponad miarę. Jakoś tak w ten sposób potem tłumaczyła mi swoje zachowanie. Ten epizod obrazował oczywiście, że potrafiła również bardzo emocjonalnie reagować w obronie swoich racji. A potem czas mijał. Mniej współpracowałem z Radiem Zachód. Nie widywałem jej. Pewnego dnia z daleka zobaczyłem idącą przez park nieco pochyloną kobietę, po kilku kolejnych krokach uzmysłowiłem sobie, że to jest Irena Linkiewicz.

Czesław Sobkowiak