Start Zbliżenia W stronę piękna

W stronę piękna

Jak pamięcią sięgam, nigdy nie byłem obojętny na piękno, które szło do mnie z wielu bardzo różnych stron. Dałoby się o tym sporo powiedzieć. Za każdym razem skutkuje (skutkowało) oczarowaniem, znaczącym w takim stopniu, że te chwile nie tylko wyłączały mnie z realnego świata, ale i czyniły zupełnie nieistotnym wszystko to, czego pragnąłem w codziennym życiu. Gdy byłem głodny, zapominałem o głodzie i podobnie było w odniesieniu do wszelkich niedostatków i niepowodzeń, które mnie spotykały. Doznania piękna zawsze odsłaniały rzeczy ważniejsze, prawdziwe, większe, nie do zastąpienia czymkolwiek. Szukałem i szukam nadal piękna. Może nawet nie tyle szukam, co je dostrzegam. Fundamentalny jego znak-obraz najpierw kiedyś odsłonił się w naturze – w łąkach, polach, a potem w obrazku na ścianie wiejskiego domu. Nie znudziło mi się często jemu przyglądać. Piękne malowidła ścienne i obrazy oglądane w dzieciństwie w kościele w Kopanicy dokonywały w tym względzie też wiele dobrego. Za każdym razem, kiedy jadę przez tę miejscowość, staram się wstępować do odrestaurowanej niedawno świątyni, by poddać się ciszy jej sakralnej aury, ale i przypomnieć sobie tamtą przeszłość. I gdziekolwiek jestem, zaglądam do kościołów, katedr (we Francji, we Włoszech), bo to są mniej lub więcej, ale zawsze świątynie piękna sztuki i architektury, barwy i kształtu. Któż np. nie zwróci uwagi na światło w witrażach. A przecież chodzi także o to, że w tych wnętrzach, bo nie gdzie indziej, odzywa się wielka muzyka organowa.

Natomiast Elementarz z kolorowymi ilustracjami Jana Szancera dał mi w dzieciństwie szczególne, już na papierze zaznaczone, wtajemniczenie w artystyczne piękno. Baśnie i bajki wyśmienicie nasycone kolorowymi obrazkami kształciły smak estetyczny. Nie wiem, jak potoczyłyby się tego typu fascynacje, gdybyśmy w liceum nie chodzili na wystawy malarstwa i sztuki – na słynne wystawy „Złotego Grona” w Zielonej Górze. Prezentujące nowoczesną sztukę. To była naprawdę duża dla nas przygoda. Swego rodzaju wzruszenie ogarnęło mnie, gdy w BWA zobaczyłem obrazki Witolda Michorzewskiego z podpisem, że powstały do moich wierszy. Oglądałem duże, mroczne obrazy legendarnego Klema. Jego samego widywałem niemal zawsze o tej samej godzinie, zmierzającego deptakiem do „Ratuszowej”. Stefana Słockiego, palącego fajkę, też widywałem dość regularnie, już w podeszłym wieku, wędrującego deptakiem z małym jamniczkiem. Bywałem w jego pracowni przy Batorego, opublikowałem z nim wywiad w „Nadodrzu”. Tak zbliżałem się do świata sztuki.
Udało mi się namówić Irenę Bierwiaczonek, by zrobiła ilustracje do poetyckiej antologii. Ileż uroku tej publikacji przybyło. Była charakterystyczną postacią, bardzo pracowitą artystką. Czułem jej duchową osobowość i zmaganie się z trudami życia. Za sprawą artystycznej miłości Jana Muszyńskiego ukazywała się w Muzeum seria zbiorków poetycko-plastycznych, którą cechowała duża oryginalność edytorska. Do mojego zbiorku Pokażę się Tobie twórca tej numerowanej serii (nakład sto egzemplarzy) wybrał malarstwo Danuty Waberskiej. Biorąc do ręki zbiorek, nie posiadałem się ze szczęścia. Te zbiorki to były perełki. Tego typu wydawnictwo już trochę inaczej okresowo kontynuował Andrzej Toczewski. Wtedy wydano edytorsko wysmakowany zbiór Rozmowa z Rimbaudem z niesamowitymi w swoim wyrazie rysunkami Agnieszki Graczew. Dziękuję jej za to. Uzmysłowiłem sobie, że nie chodzi tylko o druk poezji, ale o wydanie książki, którą ze względu na edytorskie piękno czytelnik chce brać do ręki.
Nie była pozbawiona znaczenia w latach 80. moja praca w Muzeum. Na drugim piętrze mieścił się Dział Sztuki Współczesnej, którym kierował Armand Felchnerowski, pracował w tym dziale Leszek Kania, Ania Ciosk (uobecniona w obrazach Andrzeja Gordona). W Dziale Wydawniczym poza Izą Koniusz mogłem pogadać ze Stasiem Parą (dobrym grafikiem) i kochającą sztukę Danusią Cyganek. Tu odbywała się moja edukacja estetyczna. A jedną z najważniejszych rzeczy okazało się wtedy tworzenie folderów plastycznych, których powstało kilka. Szkoda mi dzisiaj, że słabe możliwości poligraficzne nie zawsze dawały dobry efekt. Muszyński oprowadził mnie osobiście po
wszystkich Galeriach, dużo przy tej okazji opowiadając o artystach. Każda Galeria miała inny kształt. Zwłaszcza Mariana Kruczka, ocalająca wiejskość, zrobiła na mnie wrażenie. Umiał artysta do rangi sztuki podnieść zużyte, śmietnikowe jakby, przedmioty. Cegiełki tych doświadczeń poniekąd wzbogaciły moje wnętrze. Z Biblioteki, jeszcze za dyrekcji Grzegorza Chmielewskiego, wypożyczałem za niedużą opłatą obrazy różnych malarzy i delektowałem się nimi w domu. Pozostawałem jednak ciągle na zewnątrz, ale takie nazwiska jak Marian Szpakowski ze swoimi trójkątami, Bazylewiczowie, Stefanowski pełen twórczej werwy, Agata Buchalik-Drzyzga, Ryszard Kiełb (tragiczne zmarły w Kanadzie), Hilary Gwizdała malujący z pasją Zieloną Górę, Józek Cyganek (rzeźbiarz), Józef Burlewicz z antytotalitarnym wtedy przesłaniem na obrazach, nie były już mi obce.
Nie jest mi też obce od dość dawna nazwisko i sama postać artysty Adama Bagińskiego. Charakter jego malarstwa sprawia, że nasze kontakty od kilku już lat są częste i przynoszą twórcze efekty. W książce Światło przed nocą bardzo istotnie Bagiński wsparł mnie swoimi akwarelami. Książka zyskała. Potem wydał dwa dobrze opracowane albumy: Pomiędzy (2016) i W przestrzeni (2018) z moimi wstępami. Jego twórczość odwołuje się do natury, ale nie wprost. Zaznacza jej niepochwytność i ulotność, przez co nabiera ona ważnego, delikatnego, poetyckiego wyrazu. Nie realne pejzaże (jeśli już, to pejzaże jego ducha), drzewa, twarze, widoki ziemi lub miasta stanowią temat, ale formy o proweniencji duchowej. I to bywa mi bliskie. Twórca od lat swoją sztukę wyposaża w otwartość i uniwersalność, co się sporemu gronu odbiorców podoba. On sam zresztą swoje dokonania wysoko ceni i wysoko lokuje artystycznie, jak każdy twórca przekonany o wyjątkowości dokonania. Niewątpliwie teraz, w swoich późnych latach, gra „pierwsze skrzypce” w zielonogórskim środowisku plastycznym. Poszczególne obrazy miałem możność widzieć w pracowni, w czasie ich powstawania, ale dopiero dobrze przygotowany wernisaż w salonie Biblioteki Norwida najnowszych dzieł zrobił na mnie wrażenie. I chyba także na licznie przybyłej publiczności. Emanuje z obrazów Bagińskiego oczywiście jakaś determinacja, jakaś moc, dająca się kontemplować. Opinie, że Adam Bagiński tworzy ciągle takie same dzieła, pozornie można uznać za słuszne. Bliżej prawdy będziemy, gdy powiemy, że mamy do czynienia z różnymi odsłonami podmiotowych doświadczeń i emocji. Dzięki możliwościom, jakie daje internet, ostatnio oglądam dużo pięknego malarstwa europejskiego, zwłaszcza holenderskiego, dawnego i bardziej współczesnego. To są prawdziwi mistrzowie. Ze znawstwem zajmują się widokami natury, pól, nieba, wody, ale i trudami zwyczajnego codziennego życia. To malarstwo bezapelacyjnie potrafi zapierać dech.
Albowiem nie tylko czysty estetyzm jest wartością w sztuce, ale również wzbogacenie dzieła o refleksję nad egzystencją człowieka.

Czesław Sobkowiak