Start Zbliżenia Krwiopijca

Krwiopijca

Był czternasty maja tysiąc dziewięćset ósmego roku, kiedy dostałem pierwszy list od wuja Howarda. Spisany na ładnej papeterii, wydzielał delikatną woń frezji, która natychmiast skojarzyła mi się z dzieciństwem spędzonym u babci. Moja babcia Margaret niezwykle ceniła kwiaty. Przypuszczam, że przyczyniła się do tego jej własna babcia, która do późnej starości zarządzała całymi plantacjami frezji. Widać wszyscy potomkowie wynosili z rodzinnego domu odrobinę tej niezwykłej miłości. Howard był najmłodszym ze wszystkich dzieci Margaret Gladwitch, który według słów mego ojca w tysiąc osiemset czterdziestym siódmym wyjechał za pracą w głąb Europy, w okolice Belgii czy może Austro-Węgier (ojciec nigdy nie zajmował sobie głowy geografią). Howard nie oglądał się w stronę niewielkiego Rutwel, gdzie perspektywy dostatniego życia kończyły się na odziedziczeniu sadu ze śliwkami, a ludzie mierzyli bogactwo przez pryzmat dwóch rzeczy: owczego sera i śliwkowego dżemu.

Zdziwił mnie więc niezmiernie fakt, że wuj Howard żyje i powodzi mu się wystarczająco dobrze, żeby słać listy na drogiej papeterii. W dodatku do mnie, człowieka, który nigdy nawet nie widział go na oczy. Znałem go jedynie z krzywego, pozbawionego ciepła ludzkich dłoni albumu mojego ojca, gdzie na pożółkłej fotografii stało w rządku wszystkie dziesięcioro dzieci Gladwitchów. Zostało mi w głowie, kiedy jeszcze będąc smykiem, z ciekawości zapytałem mojego ojca o chłopca, który stał obok niego na zdjęciu, trzymając w dłoniach piłkę wielkości własnej głowy. Ojciec, już wtedy ciężko chory, wyraźnie się zasępił.
– To mój najmłodszy brat, Howard – odpowiedział chłodno. – Już dawno nie żyje.
Wyglądało jednak, że mój ojciec nie zdołał tym stwierdzeniem pogrzebać Howarda Gladwitcha. List, spisany zgrabnym, choć prostym i sztywnym pismem, głosił jednoznacznie, że jego nadawca znajduje się w domu, który sześćdziesiąt lat temu tak chętnie porzucił. Ja, który w chwili odebrania pisma znajdowałem się zaledwie czterdzieści mil od Rutwel, byłem tym do cna zdumiony. Nie było mowy o pomyłce, pismo było złożone tak umiejętnie, że treść listu poruszała różnorakie aspekty życia i mojego, i Howarda. Wspominał na przykład, iż długi czas nauczał parapsychologii w środkowej Europie, gdzie uzyskał renomę rzetelnego i skutecznego badacza, który poczynił znaczące postępy w tej, jak to opisał, „traktowanej z pogardą i okrutnie niedocenionej” dziedzinie. Był również zaznajomiony z faktem, że jestem lekarzem i zajmuję się obecnie studiami nad neurologią. Insuper, opisał dokładnie mój wygląd – choć moim zdaniem nieco przesadził, porównując mój nos do „zadartego, acz rzeźbiarsko poprawnego” – podał co do dnia datę moich urodzin i, na Boga, wiedział, że planuję udać się pociągiem na północ, żeby kontynuować badania na innym uniwersytecie. Tego ostatniego Howard stanowczo mi odradzał. Przez całe lato pisaliśmy ze sobą regularnie, a wraz z każdym przeczytanym listem wuj stawał się dla mnie coraz bardziej ludzki, z widma pożółkłego zdjęcia zmieniał się w uprzejmego, oczytanego staruszka, który miał do powiedzenia o wiele więcej niż tych parę ograniczających słów, zamkniętych w pachnącej frezjami kopercie. Raz przysłał mi nawet swoje zdjęcie, prezentujące starca o surowej, zdziwaczałej twarzy, który nosił bujne siwe wąsy i paskudny, wyjątkowo niemodny rudy krawat. Ten człowiek wcale nie wyglądał na zabawnego optymistę, z którym pisałem. Cóż, dobrze wiedziałem, jak mylny potrafi być wygląd. Na koniec każdego listu ten srogi starzec ochoczo zapraszał mnie do siebie, a układał to tak zręcznie, że wcale nie wydało mi się to nachalne czy grubiańskie. Ot, już wkrótce sam zapragnąłem udać się do niego.
Nie wiem, co tchnęło mną, bym usłuchał tego niedorzecznego pragnienia. Jako człowiek racjonalny i sceptyczny wobec większości aspektów codziennego życia, nie miałem ku temu żadnego powodu. Ale coś nie dawało mi spokoju. Gnębiony tym uczuciem, pojechałem do Rutwel, żeby spotkać wuja, który w swym liście prosił mnie o jak najszybsze przybycie. Moja głowa natychmiast wypełniła się obrazkami z przeszłości, czasami beztroski, nim jeszcze umarł mój ociec, a ja sam oddałem się nauce, która wykrzywiła bezpowrotnie mój kręgosłup i zmusiła mnie do zabierania wszędzie nieporęcznej laski. Wobec tego wyglądałem dużo starzej, niż naprawdę byłem, co dawało pewną przewagę w zdobywaniu miejsca w pociągach, choć ujmowało uroku, jeśli chodziło o młode damy.
„Przyjedź niezwłocznie, ukochany Auguście, by mury tego porzuconego domu po raz kolejny powitały młodego ducha, żeby nasyciły swe wychłodzone ściany Twoją ciekawością i błyskotliwym umysłem, którego próbkę podarowałeś mi w listach”.
Dwunastego listopada podjechałem dorożką do głównego skwerku w Rutwel, gdzie jedynie późna pora dnia uchroniła mnie przed oceniającymi spojrzeniami mieszkańców. Dorożkarz z powodzeniem nadrabiał za nich wszystkich. Wydawało mi się, że samym jedynie wzrokiem był w stanie odczytać moje myśli i przeniknąć przez walizkę, bezczelnie przeglądając moje bagaże.
– Dobranoc, dobry człowieku – pożegnałem go pospiesznie, wręczając mu zapłatę.
Nie odpowiedział. Sięgnął jedynie dłonią ku gardłu, jakby chciał mi coś pokazać, ale ja nie chciałem trwonić czasu na pantomimę. Oddalając się szybkim krokiem, nie mogłem pozbyć się jego wodnistych oczu, które do złudzenia przypominały wzrok martwej, wyrzuconej na brzeg ryby.
Przechodząc pod porośniętą przez bluszcz i ciernie pergolą, poczułem chłód, tak nagły, jakby ktoś zarzucił gruby płaszcz na samo słońce. Skryte za chmurami posyłało nieśmiałe spojrzenia w dół, jakby i ono patrzyło lękliwie na starą rezydencję, rozciągającą się na zarośniętej krzakami brunatnej ziemi niczym macki olbrzymiego, czyhającego na ludzi zwierzęcia. Rozcapierzone skrzydła dworku opadły, wyraźnie przytłoczone zaniedbaniem. Ten widok ścisnął mnie za serce, kiedy przypomniałem sobie piękne rabatki, starannie pomalowaną fasadę i wysypane drobnym, białym piaskiem dróżki. Po babcinych frezjach zostały jedynie czarne badyle, a drzewa były ogołocone, jakby od dawna trwała zima. Najwyraźniej i one poddały się nieubłaganemu losowi, który zmienił rezydencję w nawiedzoną ruinę.
Nie pozwalając prostym strachom wziąć górę nad moim trzeźwym myśleniem, pospieszyłem do szerokich, obdrapanych drzwi, które ku memu zdumieniu, okazały się otwarte. Wziąłem to za bezpośredni znak tego, że zastałem wuja w domu. Tylko dlaczego nie zamykał drzwi do tak wielkiej posesji? Czyżby stracił nadzieję, że ten posępny widok skusi kogokolwiek, czy też nie wątpił, że dzisiaj przyjadę, dając tym samym wyraz swojej gościnności? Coś podsunęło mi myśl, że wuj może próbować mnie wystraszyć albo zaskoczyć. Samotny człowiek zdany jedynie na korespondencję musiał naprawdę się nudzić, a Howard wydał mi się ekscentrykiem. Nie było nic gorszego niż znudzony ekscentryk, w dodatku z zapałem do parapsychologii.
Postanowiłem nie dać się przechytrzyć.
– Wuju Howardzie? – zawołałem, tak spokojnie i głośno, jak tylko potrafiłem. – To ja, August! August Gladwitch, twój bratanek! Drzwi były otwarte!
Nie było odpowiedzi. Stałem w wejściu, ściskając walizkę i laskę. Gdy już myślałem, że może wuj zasłabł gdzieś na piętrze, moje oczy zarejestrowały ruch w holu. Dostrzegłem rozmytą sylwetkę za zakurzonymi kotarami spętanymi chwostami w przejściu, pochylonego człowieka, który przemknął korytarzem i zniknął.
Wytężając wzrok, niemal podskoczyłem, kiedy gdzieś w głębi domu zaskrzypiała podłoga. Nagle miałem dość tych podchodów.
– Stryju! – krzyknąłem raz jeszcze, zmieniając ton na zniecierpliwiony, licząc, że to skłoni Howarda do porzucenia kryjówki. – Nierozsądnie zostawiać otwarte drzwi tak późno w nocy! Na Boga, przecież wiem, że mnie słyszysz.
Wydawało mi się, że odpowiedział mi szept, był on jednak zbyt cichy, bym mógł go rozszyfrować. Odłożyłem walizkę i chwyciłem oburącz za laskę. W młodości grywałem w golfa i pamiętałem jeszcze, jak porządnie się zamachnąć.
– Chodź... – usłyszałem nagle. – Chodź, tutaj.
Głos dobiegał z prawej, zza balustrady odgradzającej oświetlone schody od pogrążonego w mroku piętra. Ciemność była gęsta i tak ziarnista, że wyglądała jak złożona z olbrzymich, drżących chrabąszczów. Wpatrzony pomiędzy ich skorupki, dostrzegłem postać. Drobna i skurczona, przypominała zaledwie cień.
– Wuju? – wydusiłem. – Wuju Howardzie?
– Tak – odparł głos, tak cichy, że gdyby nie echo szerokich korytarzy, z pewnością nic bym nie usłyszał.
– Proszę...
– O co? Wuju, co się dzieje?
– Za mną... Chodź... Ucie... szyłem się... kaj...
Nim zdążyłem cokolwiek zrobić, półmrok pochłonął sylwetkę i rozległy się powolne kroki na skrzypiącej, zbutwiałej podłodze, które przesiąknęły mnie strachem. Przeszły niespiesznie przez próg pomieszczenia, które w osłupieniu rozpoznałem jako biuro dziadka, zmarłego blisko sto lat temu. Nigdy nie widziałem, żeby było otwarte. Wszystko zdziwiło mnie naraz. Cofnąłem się, następując na coś leżącego na podłodze. Zobaczyłem listy i natychmiast rozpoznałem znaczek Southampton, gdzie sam mieszkałem. Koperty były nienaruszone, papier wciąż biały, zaadresowany do wuja i opatrzony moim nazwiskiem, spisanym moją ręką...
Moje listy! Nieprzeczytane! Ale jak to możliwe? Przecież korespondowałem z Howardem całe lato! Odpisywał mi na każdy z nich! Skąd znał ich treść, skoro nigdy żadnego nie otworzył? Oszołomienie pokierowało mną podświadomie. Rozerwałem kopertę jednego, rzuciłem okiem na własne pismo i zmiąłem papier w dłoni, zszokowany... W ustach miałem zupełnie sucho. Pobieżnie spojrzałem na nagłówek jednej ze zbrązowiałych gazet, których stosik zalegał na wycieraczce, ale tytuły: „Ślady krwi wskazały zaginione krowy” i „Martwy Hamish wciąż jeździ dorożką” wydały mi się tak trywialne, że natychmiast o nich zapomniałem.
To musiało być oszustwo, a ja dałem się nabrać. Tak, mój racjonalny umysł podsuwał mi tylko jedno rozwiązanie.
Wściekły ruszyłem zatęchłym korytarzem, przyozdobionym pasami zwiniętej tapety, zdradzającej straszny stan nagich ścian. Nad ładnymi, mahoniowymi drzwiami gabinetu Williama Gladwitcha wisiał znajomy napis:

AD PERPETUAM REI MEMORIAM

Przez chwilę zapomniałem o wszystkim. Pierwszy raz od trzydziestu lat pojąłem znaczenie tej łacińskiej sentencji, w których mnogości lubował się mój dziadek. „Na wieczną rzeczy pamiątkę”. Nie rozumiałem, dlaczego wybrał akurat tę na zwiastun swojej pracy, w której tworzył i reperował zegarki. Być może tak rozumiał nieubłagany rytm czasu, zachęcając każdego przechodzącego, żeby miłował i cenił każdą rzecz, każdą chwilę. Tego przynajmniej nauczył dziesięciolatka, którym wtedy byłem.
Czyjś urwany oddech przywołał mnie na powrót do teraźniejszości.
– Kto tam jest?
Słyszałem jedynie własne serce. W furii pchnąłem drzwi. W pasmach wirującego kurzu zobaczyłem sekretarzyk, błyskający zaśniedziałą ramą, nad którym, pochylony, siedział na krześle drobny, nieruchomy człowiek. Zatrzymałem się natychmiast.
– Wuju? Wuju Howardzie?
Chciałem chwycić go za ramię, ale przeszywając powietrze ręką, musiałem odciąć sznurki, którymi jakaś niewidzialna siła trzymała go w tym uścisku. Runął ciężko, wpierw na blat sekretarzyka, a potem na podłogę, która zadudniła i jęknęła przeciągle. Echo rozchodziło się po pustych korytarzach rezydencji. Cofnąłem się, przerażony. Ciało, a raczej już tylko szkielet, z którego nagiej czaszki wiły się siwe włosy, wciąż był ubrany w schludną marynarkę i prążkowane spodnie. Patrząc na rudy, wypłowiały krawat, poznałem Howarda ze zdjęcia, które mi wysłał.
A więc nie żył! Na Boga, od jak dawna był martwy? I jeżeli to był on, to z kim pisałem? Kto tak dobrze mnie znał? Z kim rozmawiałem na korytarzu?
Rozglądając się panicznie wokół, dostrzegłem coś, co wyglądało jak zwinięta, bardzo zmięta, zużyta i pełna dziur stara płachta, tak jakby ktoś wyrzucił z szafy zeżarty przez mole płaszcz. Patrząc na miejsca jej zagięć, powoli z przerażeniem zacząłem pojmować, na co patrzę. A kiedy rękawy zakończyły się zestawem wysuszonych, paskudnie skurczonych rękawic, zrozumiałem już, że patrzę na ludzką skórę.
Nad tym obrzydliwym znaleziskiem wisiało zmatowiałe, zakurzone lustro, odbijające kawałek mojej zdumionej twarzy. Zdążyłem jedynie dostrzec tytuł książki, ciśniętej bezceremonialnie na ziemię. Z okładki patrzyła na mnie moja własna fotografia.
– Nyogtha – usłyszałem głos, który nie mógł należeć do człowieka. – Nyogtha.
Później nagły błysk światła zmusił mnie do spojrzenia w lustro, ten jasny, przeraźliwie szybko poruszający się błysk, który rozszedł się po powierzchni zwierciadła jak topniejący lód, ujawnił ogromny, unoszący się w powietrzu atramentowy cień...
Cień, który był za mną.

Agata Poważyńska