Start Zbliżenia W poszukiwaniu wolności

W poszukiwaniu wolności

Reportaż o Festiwalu Woodstock w Kostrzynie nad Odrą (Pol’and’Rock Festiwal)

Ten delikatnie swingowany reportaż jest zlepkiem ze wszystkich Woodstocków (czy Pol’and’Rocków), na których byłam, odkąd ukończyłam 14 lat. Za każdym razem działo się coś ciekawego, pozostającego w pamięci na długo. Reportaż jest projekcją przyszłego Woodstocku, czy trafnie tutaj należałoby sformułować: Festiwalu Pol’and’Rock, który będzie miał miejsce w sierpniu 2019 roku.

Nasza podróż rozpoczyna się w godzinach popołudniowych, wyjazd ze Świebodzina jest o 16:25. Razem z dawną ekipą (Adą, Rafałem, Beatą i Przemkiem) wsiadamy do pociągu woodstockowego, od tego roku Pol’and’Rockowego, o nazwie Akademia Sztuk Przepięknych. Cały nasz przedział zajmują woodstockowicze. Festiwal co prawda zmienił nazwę w tym roku na Pol’and’Rock Festiwal, ale dla wygody będę posługiwała się dawną nazwą, a więc Przystanek Woodstock w Kostrzynie nad Odrą. Mamy ze sobą gitary, trochę alkoholu, wspaniałe humory oraz chęć zabawy i przygody. Poznajemy w pociągu trójkę dziewczyn: Kasię, Olę i Patrycję, które stwierdzają, że chcą rozbić się z nami. Razem śpiewamy niecenzuralne Chryzantemy złociste, Whisky i inne przeboje rockowe. Rozmawiamy. Ktoś zajmuje się ezoteryką, ktoś jest początkującym jazzmanem, ktoś inny jedzie na Woodstock pierwszy raz i jest pełen oczekiwań i nadziei. W pociągowej toalecie wspólnie palimy papierosy, między jednym zaciągnięciem się a drugim wyjąc słowa jakiejś rockowej ballady.
Pociąg staje na stacji Kostrzyn. Wysiadamy razem z tłumem ciekawych, niezwykłych, intrygujących i wesołych ludzi. Tam na woodstockowiczów czeka bus przewożący festiwalowiczów na pole woodstockowe. Jest ciasno. Komizm sytuacji przedstawia się tak: jedziemy, niemalże przylegając do przedniej szyby, gniotąc się wzajemnie. Bus zatrzymuje się w znanej nam już dobrze okolicy: przy asfaltówce, wzdłuż której ciągnie się całe festiwalowe pole. Słychać muzykę, w powietrzu unosi się kurz, jest gwarno i tłoczno, cudowny tłum. W oddali widać kolorowy pochód wyznawców Hare Kryszny. To m.in. stąd ten gwar. Ubrani w kolorowe stroje ludzie, z pomalowanymi twarzami, śpiewający swoje mantry i tłum ludzi kroczących za nimi. Jedni z ironicznymi uśmiechami, inni w szale zabawy.
Przed nami jedno zadanie: znaleźć miejsce, gdzie rozłożymy namiot i stworzymy swoje obozowisko. Objuczeni bagażami wspinamy się wzdłuż drogi w górę. Tam jest miejsce, gdzie rozbijaliśmy się w ubiegłych latach. Po drodze spotykamy starszego mężczyznę, którego znamy z poprzedniego Woodstocku. Jest przemiłym starszym panem – hipisem. Na koszulce ma namalowany farbami napis: „Stary człowiek i może”. Śmiejemy się. Postanawiamy wypić piwo metodą fajki pokoju. Umawiamy się na późniejsze spotkanie. Odnalezienie się odrobinę graniczy z cudem, ale jak widać, cuda tutaj się zdarzają, biorąc pod uwagę fakt, że go spotkaliśmy. Docieramy do miejsca, gdzie rozbijaliśmy namioty w ubiegłych latach. Budujemy wiatę, odgradzamy swoje obozowisko taśmą. Odpoczywamy po podróży, siedząc i śpiewając przy wtórze gitary. Później czekają nas koncerty, warsztaty, moc kreatywnych zajęć. W pewnym momencie przebiega obok nas nagi mężczyzną. „Poczuł zew” – rzucił ktoś, rozciągając się i patrząc w niebo. Jest słonecznie, na błękitnym, bezchmurnym niebie od czasu do czasu pojawiają się ptaki. Słychać lekki szum lasu, który jest za nami i ten cudowny, woodstockowy gwar. Za jakiś czas dojdą do tego okrzyki „Zaraz będzie ciemno” i odzewy „Zamknij się”. Ja postanawiam powspominać, wzbudzić refleksję wśród moich współtowarzyszy.
– Rafał, pamiętasz swój pierwszy Woodstock? Jak to było? – pytam mojego przyjaciela (lat 23).
– Pierwszy Woodstock... – zastanawia się. – Był właściwie taki nagły i niezaplanowany. Miałem wtedy z 11 lat i dnia, kiedy się festiwal zaczynał, dowiedziałem się od wujka, że Woostock w ogóle istnieje. Nie wiedziałem, co to jest, ale chciałem sprawdzić i pojechać. Zapakowałem się w mały plecak i pojechaliśmy.
– Czego oczekiwałeś, jadąc pierwszy raz?
– Niczego... Nie byłem pewien, jak to będzie wyglądało. Wiedziałem, że będzie mnóstwo ludzi...
– I co na tym Woodstocku znalazłeś?
– Byłem zdecydowanie podekscytowany tym ogromnym tłumem. Mimo że lubię być raczej osobno, to lubię patrzeć, jak się ludzie zachowują w tłumie. Podobały mi się sklepy z pamiątkami, kadzidłami, bibelotami, mnóstwem ciekawych rzeczy. Ta wielobarwność i niecodzienność.
– A co wspominasz z największym sentymentem, jakie jest twoje najpiękniejsze, najfajniejsze wspomnienie?
– Myślę, że to, jak leżałem sobie w namiocie i słuchałem muzyki średniowiecznej [Patryk studiuje na Akademii Muzycznej – przyp. Autorki]. Ten spokój i odprężenie wywołane całkowicie innym, niecodziennym otoczeniem. Innym od tego, co przeżywa się codziennie.
– A jakbyś miał opisać w kilku zdaniach, czym Woodstock jest dla ciebie, to jak by to brzmiało?
– Nie wiem... To się wszystko zmieniało co roku... Następnie odpytuję Adę (lat 21), która swój pierwszy Woodstock opisuje tak:
– Miałam 13 lat, kiedy pierwszy raz pojechałam na Woodstock z wujkiem, ciocią i bratem. Poznałam wiele ludzi całkowicie innych niż na co dzień. Pierwszy raz grałam we flanki. Poznałam dużo starszych od siebie ludzi, z którymi utrzymuję kontakt do dziś. Pamiętam, jak jeden chłopak ukradł portfel i wszyscy go „zaatakowali” w obronie poszkodowanego. W tamtych latach Woodstock wyglądał zupełnie inaczej niż teraz, było widać inny klimat... Ważny jest fakt, że wujostwo nie bali się puszczać mnie w tłum, bo wiedzieli, że wszyscy są przyjaźnie nastawieni.
– A co znalazłaś na Woodstocku?
– Pozytywną energię, koncerty, które zapamiętam na długo i znajomości na całe życie.
– A najmilej wspominasz...?
– Koncert Comy, kiedy byłam na „fali”... i Heya, na którym się po prostu rozpłakałam, bo jest to mój ulubiony zespół... Woodstock jest dla mnie odpoczynkiem i oderwaniem od życia codziennego, czasem, kiedy mogę się spotkać ze znajomymi i robić po prostu wszystko. Czas, do którego chce się wracać i pamiętać na zawsze.
Wyczekujemy na koncert Marii Peszek, racząc się winem własnej roboty. Doprowadzeni przez siebie do stanu upojenia alkoholowego stwierdzamy, że warto zaznać mroźnej kąpieli w słynnych woodstockowych „zlewach”. Świat wiruje nam przed oczyma, ściemnia się. Bierzemy kąpiel na wpół nago. Mówię, że jestem jak wolność wiodąca lud na barykady i również ściągam stanik. „Golasy” – słyszymy i odnotowujemy błysk flesza. Wtedy nas to za bardzo nie obchodzi. Wolność. I bezpieczeństwo przy tym, bo nikt z nas nie wierzy, że może stać się nam cokolwiek na Woodstocku. Drżąc z zimna, wracamy do obozowiska. Kładę się spać w mokrych ciuchach. Marii Peszek na koncercie nie zobaczę, ale w przebłyskach świadomości planuję jutrzejszy dzień spędzić w nieco bardziej trzeźwych i konstruktywnych okolicznościach.
Budzę się o świcie za sprawą człowieka, który postanowił wykonać poranne improwizacje śpiewno-gitarowe na dachu swojego samochodu. „Anka wybrałaś źleeeee” sprawia, że wychodzę ze śpiwora, przeklinając wczorajszy pomysł – zimno mi. Jednak kac mnie nie męczy. Piję łyk wody i wychodzę na słońce, by się trochę ogrzać. Macham do śpiewaka siedzącego z gitarą na dachu samochodu, odpalam papierosa i planuję coś zjeść. Wkrótce dołączają do mnie inni. „Fajny był koncert Peszek, no
nie?” – śmiejemy się.
Doprowadziwszy się do ładu, planujemy dzień. Co też ciekawego dzieje się dziś w Akademii Sztuk Przepięknych? Idziemy na warsztaty plecenia wianków. Później na spotkanie grupy wsparcia osób LGBT. Ada, nasza artystka muzyczna wybiera się na warsztaty muzyczne z Piotrem Bukartykiem, które kończą się wspólnym występem na dużej scenie. Dzień mija nam w miarę spokojnie. To skałki, to kąpiel w błocie, to udział w akcji promującej tolerancję dla autyzmu, podczas której malujemy farbami i przyklejamy na ścianę motyle. Oczywiście wieczorem czekają nas niezapomniane koncerty. Pogo na koncercie Happysad, gdzie razem z Adą jesteśmy na „fali”, niesione w górze przez las rąk czy uczta dla duszy na koncercie Domowych melodii. Wróciwszy do obozowiska dobrze po zmroku, gramy w karty. Oczywiście w pijackie karty. Jak
zwykle jest kupa śmiechu i zabawy. Kładziemy się spać, kiedy zaczyna świtać.
Trzeciego dnia poznajemy naszych sąsiadów: grupę ludzi parę już lat po studiach, posiadających rodziny, pracujących, ale nadal młodych duchem. Jest wśród nich Kala, jej mąż Marcin i małżeństwo Edyta i Piotr. Przeciekawi ludzie. Razem idziemy najeść się do krysznowców. Tam poznajemy się bliżej. Rozmawiamy o pasjach, temat schodzi również na religię, ale polityki się wystrzegamy. Kala jest śpiewaczką chóralną, kiedyś chciała zająć się śpiewem zawodowo, ale zdrowie jej na to nie pozwoliło, zna za to ze starych lat wokalistę zespołu LemOn. Pijemy „rozchodniaczki” i idziemy na kabaret. Tam nieważne jest, że komary gryzą, nieważne jest, że siedzimy na ziemi w niewygodnych pozycjach. Jest świeże powietrze, delikatne słońce i dobra atmosfera.
Naszym nowo poznanym towarzyszom również zadaję te same pytania, co moim obozowiczom. Kiedy zapytałam Kalę, czy pamięta swój pierwszy Woodstock odpowiada tak:
– Pierwszy zaliczyłam w Żarach w 1998 roku. Z bardzo skromnym bagażem składającym się głównie z jedzenia, przyborów toaletowych, bielizny i śpiwora wyruszyłam w podróż na tzw. stopa z ówczesnym chłopakiem. Nie miałam żadnych oczekiwań. Wiedziałam tylko, że Woodstok jest miejscem magicznym i każdy znajdzie w nim swoje miejsce. Już w drodze czułam się jak na festiwalu, bo co chwila mijało się grupki ludzi czekających na transport, a kierowcy z uśmiechem zapraszali nas do swoich aut. Jakby tego dnia wszyscy otworzyli serca zgodnie z duchem festiwalu. Na miejscu po raz pierwszy zobaczyłam takie morze uśmiechniętych i serdecznych ludzi. Muzyka, słoneczniki, ludzie, słońce, życzliwość płynąca z każdego serca. Natychmiast zachłysnęłam się tym klimatem i utonęłam głęboko. Trzy dni poczucia wolności, trzy dni dobrej muzyki, trzy dni pozytywnego ładunku emocjonalnego starczającego na cały kolejny rok. Właściwie za każdym razem, gdy byłam na festiwalu, czułam ten sam ładunek. Z każdego przywożę cudowne wspomnienia. Jedno z nich doskonale oddaje klimat, jaki tam panuje. Na swoim drugim Woodstocku odważyłam się podejść blisko sceny, pod tak zwaną strefę śmierci. Nazwa oczywiście jest przewrotna i o tym za chwilę. Stojąc niemal na wyciągnięcie ręki od tłumu pogujących festiwalowiczów, zaplątałam się we własną sznurówkę i padłam centralnie twarzą w błoto pod buty skaczących. W sekundę tłum rozstąpił się jak morze, zostałam postawiona do pionu, wytarta, ktoś umył mi twarz wodą z butelki, wycierając swoją koszulką, w tym czasie ktoś wiązał mi sznurówki. Po czym wzleciałam na rękach nad głowami tłumu, który bezpiecznie odtransportował mnie kilka metrów dalej od sceny. Nawet nie zdążyłam pomyśleć, co się stało i przez chwilę byłam zszokowana. To właśnie magia tego festiwalu. Jedność, współpraca, przyjaźń, wrażliwość na drugiego człowieka i niegasnąca radość. Woodstok to festiwal, który jak nic innego w tempie ekspresowym uczy nas samych, że miłość, braterstwo i szacunek do drugiego człowieka potrafią zdziałać cuda.
Kabaret się kończy, a my oczekujemy na niezapomniany koncert Kasi Nosowskiej i Hey. Nigdy wcześniej nie widziałam na koncercie takiego tłumu, co wtedy. Po części za sprawą bramek, które, o ironio, przyczyniły się do zamieszania organizacyjnego, po części dlatego, że to koncert takiej persony. Dziś musimy zaliczyć każdy kolejny koncert na dużej scenie, ponieważ to ostatni dzień festiwalu. Potem zmęczeni powracamy do obozowiska, by znów grać w karty do zmierzchu i popijać wszelkiego rodzaju alkohole własnej i nie własnej roboty.
Budzimy się leniwie i z nutą smutku. Festiwal się skończył. Pozostaje złożyć namioty, spakować bagaże, uprzątnąć miejsce obozowiska i czekać na kolejny Pol’and’Rock Festiwal – za rok.

 

Klaudia Małagocka