Start Zbliżenia Odeszła Barbara Konarska

Odeszła Barbara Konarska

Rozmowę z Barbarą Konarską przeprowadziła Alina Kruk 6 września, na cztery dni przed śmiercią poetki w jej mieszkaniu.

Basiu, niedawno, bo 14 lipca odbyła się w Ogrodzie Sztuk u Eugeniusza Kurzawy prapromocja twojego szóstego już tomiku wierszy Słodycz imbiru. Do dziś widzę twoje rozpromienione oczy. Podpisywałaś tomiki podarowane gościom. Pani Kurzawowa czytała wybrane wiersze. Mam piękne fotografie z tego uroczego wieczoru. 20 września zbliża się promocja tego tomiku w Bibliotece Norwida dla wielbicieli twojej poezji, a tu dwie ręce autorki w gipsie i zapowiedź, że nie możesz być na spotkaniu. Jeśli nie uda ci się pokonać słabości cielesnej, pozwól, że zabiorę tam twój głos i nagram naszą rozmowę.

 

Dzień dobry, witam serdecznie wszystkich moich czytelników czy moich przyszłych czytelników. Nie wiem, kim państwo jesteście. Dziś nie mogę się z państwem bezpośrednio spotkać, ale poprzez moje wiersze chciałabym was przywitać jak najserdeczniej. Myślę, że część z państwa zapoznała się już z moimi wierszami, część – mam nadzieję, że się jeszcze zapozna. Życzę przyjemnego wieczoru.

Napisałaś baśnie, opowiadania i eseje. Twoje utwory były publikowane w „Pro Libris”, antologiach, publikacjach zbiorowych, „Inspiracjach”, których jesteś redaktorką naczelną. Kierujesz naszą poetycką grupą Oksymoron, jesteś członkiem Związku Literatów Polskich i Stowarzyszenia Jeszcze Żywych Poetów. Piszesz, recytujesz, a nawet z sukcesami fotografujesz. Czy twoim życiowym mottem jest per aspera ad astra? Czyli: aby osiągnąć upragniony, wymarzony cel, trzeba się natrudzić i wycierpieć? Czy ten cel jest już w twoim zasięgu?

Myślę o tym osiąganiu celu z innego punktu widzenia. Zawsze mówię o sobie, że jestem szczęściarą i mimo wszystkich trudności, które mnie dotknęły, zdania nie zmienię. Szczęściarz to ktoś, kto spotyka na swojej drodze wspaniałych, inspirujących ludzi. Ja to szczęście miałam. Spotkałam w Uniwersytecie Trzeciego Wieku – dokładnie w Oksymoronie – Joasię Szczepaniak i ona tak delikatnymi impulsami skierowała mnie najpierw do współredagowania pisma, potem zagadnęła: „a może byś tak coś, Basiu, napisała o sobie, jakiś wiersz, opowieść, wspomnienie” i ja tak powolutku, powolutku zaczęłam w to wchodzić. Wciągnęło mnie, zachwyciło, dało nowe życie.

Czytając tomik Słodycz imbiru, można poznać Basię oddaną rodzinie, tak pięknie piszącą dla dzieci, cytaty wierszy męża umieszczającą na okładkach swoich tomików, Basię piszącą dla przyjaciół, mamy. Pokazałaś, jak kochasz brata. W Oksymoronie poznałam cię też jako osobę życzliwą, ale niedostępną, na której zaufanie trzeba sobie zasłużyć. Jaka jest Basia według niej samej?

A to wy musicie przede wszystkim myśleć, jaka ja jestem. Ja w tej chwili, w trudnej sytuacji, kiedy choruję, poznaję was absolutnie z najlepszej strony, bo wciąż pamiętam wasze wiersze, które czytałam i czytam. Jesteście od tej strony niezwykle mi bliscy. Wydawało mi się, że wiem o was dużo, a teraz wiem więcej. Jak wiele poświęcenia, troski, serdeczności może jeden człowiek od drugiego doznać, kiedy tworzymy piękną wspólnotę. Grupę twórczą, niosącą dużo radości w życie człowieka.

W 2006 roku napisałaś, że „nasycona muzyką idziesz do ludzi z otwartymi dłońmi”. W tomiku pokazałaś fascynację twórczością Francka, Beethovena, zainspirował cię Ravel, Schubert. Czy praca w filharmonii przybliżyła cię do tych fascynacji, czy miłość do muzyki wyssałaś z mlekiem matki?

Akurat taty bardziej. Tata był muzykalniejszy od mamy. Pięknie śpiewał. Dom rozbrzmiewał jego muzyką. Można powiedzieć o pewnego rodzaju nasiąkaniu muzyką od dzieciństwa. To na pewno. Moim pierwszym muzycznym przedszkolem było Polskie Radio z Konkursem Chopinowskim, muzyką ludową, najróżniejszymi utworami socrealistycznymi, których też moje pokolenie słuchało. Natomiast praca w filharmonii poszerzyła moje horyzonty, jeśli chodzi o historię muzyki. Poznałam wielu kompozytorów i nieznane mi do tej pory utwory. To było bardzo inspirujące. Ja bardzo kocham muzykę.

Lubisz jazz?

Jazz mniej. Jeden z wierszy w moim tomiku dotyczy jazzu. Poszłam na piękny koncert, który odbył się na Uniwersytecie (właściwie wówczas jeszcze na Politechnice) i bardzo mi się podobał.

Słodycz imbiru odsłonił cię, Basiu, jako wrażliwą nie tylko na przyrodę, muzykę. Zainspirowała cię również rzeźba Nierozpoznani Magdaleny Abakanowicz, a Ułomek Skały Afrodyty pobudził twoją wyobraźnię do odtworzenia dziejów Pigmaliona i Galatei. Uwielbiam ten wiersz Pieśni kamiennych serc. Skąd czerpiesz swoją mądrość życiową? Jacy autorzy mają wpływ na twoją twórczość?

Nie autorzy. Całokształt życia. Bo to będą i książki, i dzieła sztuki, muzyka i świat otaczający, przyroda, krajobraz. Zewsząd wszystko może być impulsem, jeżeli człowiek ma otwarte oczy i żyje tu i teraz, nie myśli, że potem coś będzie, przedtem coś było. Teraz jest i chłoń ten świat. Jak go wchłoniesz, to z tego coś się urodzi. Z czytania oczywiście też. Jestem przecież polonistką. Tony książek „przewalonych”.

Jest też w twoich wierszach protest przeciwko przemocy, wojnie, terroryzmowi, niesprawiedliwości. Czy w teraźniejszej poezji nie ma zbyt wiele liryczności, westchnień, a za mało wersów sprzeciwu przeciwko złu?

Kiedyś się poetom wydawało, że potrafią zmienić świat świetnym wierszem. Musi być z drugiej strony odbiorca, który jest na wiersz, na poezję wrażliwy. Poza tym musi być świat wartości. Jeżeli tych wartości czytelnik nie podziela, to żaden wiersz do niego nie przemówi.

Na koniec podejmę temat twoich utworów na temat bólu, cierpienia, lęku. Dyktatura choroby to wzruszający wiersz ukazujący cię na tle cudownych fascynacji przyrodą i okrucieństwa chorobowych ograniczeń. Czy poznanie duszy w sobie może mimo fizycznego cierpienia zachęcać do dalszej twórczości, chociażby o świątyni natury „z świetlistym zajączkiem przebaczenia na kamiennej płycie” (tym z wiersza Dwie świątynie), czy nawet o niemiłosierdziu Tego spoza czasu?

A! Spodobało mi się, że znalazłaś tego zajączka, bo to było przeniesienie faktu – ta świątynia bez dachu, bez wprawionych okien, spotkana na wyprawie z UTW w Niemczech i ten zajączek świetlny, który pojawił się na wygładzonej tafli dawnego ołtarza. Tak mi się jakoś skojarzyło, że rozrabiamy; rozrabiamy, ale może ktoś tu spojrzał łaskawym okiem na te nasze poczynania i uśmiechnął się do nas. To jest coś takiego. Takie impulsy, które w wiersz się zamieniają czy we fragment wiersza, czy nawet w jeden wers. Ja to lubię. Na wspomnianej wyprawie było pięknie. Z resztą – Boże – tak pięknych miejsc na świecie wiele widziałam – wcale niekoniecznie okrzyczanych i jak zamknę oczy, teatr wspomnień nadal przed oczami mam, i to bardzo do dzisiaj pomaga mi żyć.

Nazywasz śmierć po imieniu. Odkrywasz różne jej oblicza. Przygotowujesz czytelnika w subtelny sposób do myśli o nieuchronności, która wyznaczona jest tu, w naszym wymiarze człowiekowi od dnia poczęcia i mimo buntu w wierszu Słodycz imbiru piszesz o zaletach odrobiny perwersji, dzięki której „życie ma w zanadrzu obok codziennych potyczek z bólem i strachem zachwycającą niespodziankę słodyczy”. Co sprawia, że mimo „złowieszczej wiadomości jaką przyniósł ci los” zachowujesz dla świata pogodną twarz, uśmiech i optymizm zawierający się w maksymie non omnis moriar?

(ze śmiechem) Aż tak wysoko nie sięgam, ale chyba każdy poeta po cichutku marzy – „może kto wie… choćby jednym wierszem?” (śmiech) Ale jeśli chodzi o temat śmierci, ona dotyka nas wszystkich, w związku z tym jest naturalna. Coraz mniej ludzi potrafi się z tym zmierzyć. Niektórzy uważają, że mówienie o śmierci to rodzaj ekshibicjonizmu. Ja uważam, że to jest nietrafne, niesłuszne. Naprawdę wszyscy umrzemy. Kiedy? Nie wiemy. Trzeba żyć tak, jakby tej śmierci nie było, ale wiedzieć, że ona jest. To też trudne, ale jak się człowiek tego nauczy, to trzeba przyjąć to do świadomości i starać się to, co dostaliśmy od losu – nie wiemy, ile lat, miesięcy – wykorzystać. Tyle. To bardzo proste. Dla mnie to nie jest ekshibicjonizm, tylko prawda o życiu i śmierci.

I prawda, którą pokazałaś w swoim tomiku Słodycz imbiru. Dziękuję ci, Basiu, za wytyczanie w Oksymoronie zadań, które uaktywniły mój mózg, za twoją szczerą twórczość i za tę interesującą rozmowę. Czekamy na dalsze tomiki.

Sama bym chciała dożyć jeszcze, bo coś się w głowie kołacze. Czy się uda? Nie wiem...

Barbara Konarska urodziła się 1 stycznia 1943 roku w Krakowie. Dzieciństwo spędziła na Ziemi Lubuskiej, a od 1965 roku była mieszkanką Zielonej Góry. Z wykształcenia polonistka, pracowała w instytucjach kultury, a po przejściu w 1999 roku na emeryturę została słuchaczką Zielonogórskiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku, gdzie prowadziła klub literacki Oksymoron. Regularną twórczość literacką uprawiała od 2005 roku. Pisała wiersze, opowiadania, baśnie oraz eseje. Wydała sześć tomików poetyckich: Ocalone ćmy, czyli moje wędrowanie (2009), Malowanka jesienna (2011), Osty w fioletach (2012), Jestem (2015), Niesyta czasu (2016), Słodycz imbiru (2018) oraz tom opowiadań Czy życie musi boleć? (2016). Publikowała w „Inspiracjach”, piśmie ZUTW, które współredagowała od początku istnienia, a w latach 2008-2017 była jego redaktorką naczelną. Swój dorobek artystyczny zamieszczała m.in. na łamach czasopisma „Pro Libris”, także w antologiach i wydawnictwach zbiorowych. Wielokrotnie była nagradzana w konkursach literackich. Należała do Związku Literatów Polskich i Stowarzyszenia Jeszcze Żywych Poetów. Po ciężkiej chorobie zmarła 10 września 2018 roku w Zielonej Górze. Pięć dni później na zielonogórskim cmentarzu poetkę żegnali: rodzina, znajomi, rzesza przyjaciół z ZUTW, klubu Oksymoron, ludzie pióra i miłośnicy jej talentu. Koleżanka zmarłej, Alina Kruk, wygłosiła na uroczystości pogrzebowej poniższe słowa, które publikujemy jako ostatni hołd złożony Barbarze Konarskiej.