Start Zbliżenia Musiałem wiele spraw zaczynać niemal od zera

Musiałem wiele spraw zaczynać niemal od zera

Z Władysławem Klępką, lubuskim poetą i artystą plastykiem, rozmawia Mirosława Szott

Wpisał się Pan na trwałe w nasz lubuski krajobraz artystyczny. Bardziej czuje się Pan plastykiem czy poetą?

Kiedy czerpię papier i jestem w tzw. cugu, wtedy nie piszę. Robię kompozycje barwne w gamie ciepłej bądź zimnej. Czasami jest to cykl tematyczny. Trwa to najczęściej około dwóch tygodni. Potem chwila odpoczynku i korci mnie pisanie. Tematy przychodzą same. Zbieram wiersze w bloki o podobnym temacie. Nie zawsze są dobre. Myślę, że wiersz musi co nieco odleżeć. Z papierem czerpanym jest podobnie. Jeśli uznam po procesie schnięcia, że jest w miarę dobry, czynię lekki retusz i stawiam sygnaturę. Po pewnym czasie, a nawet zaraz, jeśli coś w nim nie gra, rozrywam na odpowiednie kawałki, które mogą się przydać do innej kompozycji. Tak oto proces recyklingu może się powtarzać. Tu tworzywem są najczęściej ścinki z drukarni. Papieru nie barwię, wykorzystuję to, co jest już gotowe.

Bliżej Panu (w pisaniu i sztuce plastycznej) do realizmu czy abstrakcji?

Pracuję nad kompozycjami bardzo różnymi. Raz są one realne, pejzażowe, a innym razem – nieomal abstrakcyjne. Chociaż, prawdę mówiąc, nie bardzo wiem, co jest abstrakcją. Plamy barwne, kolorystyka, jaką stosuję, to raz kolory wyciszone, innym razem mocno nasycone, kompozycje statyczne lub bardziej luźne, aż do dynamicznych. I nawet te najbardziej abstrakcyjne zawsze z czymś się kojarzą. Abstrakcja geometryczna za bardzo mi nie odpowiada. Podobnie dzieje się z wierszami. Od form zrytmizowanych, sestyny (wzorzec prowansalski) sześciozwrotkowej czy sonetu do luźnej formy, wiersza białego. Bardzo lubię pisać haiku czy tanka (wzorzec japoński). Oczywiście tematyka krąży wokół realiów polskich, natury, kultury, spraw osobistych. Także naprzemiennie z tą twórczością bywa. A na dodatek jeszcze przekłady znanych mi poetów czeskich (Kopecká, Sýs, Žaček – znanych osobiście) i innych, których nigdy nie poznałem osobiście. Wykonywanie papieru, jak i pisanie na papierze – to jest ręczna robota, choć do tego potrzebna jest głowa. Jakaś myśl, która nie daje spokoju, a potem się okazuje, że nie do końca jest tak, jak się zamierzało. Wiersze zapisuję ręcznie, dopiero potem wkładam do laptopa, jak i niektóre zdjęcia prac plastycznych.

Urodził się Pan w roku 1942 w Krężnicy Jarej, niedaleko Lublina. Dopiero pod koniec lat 70. znalazł się Pan w zachodniej Polsce. Może Pan opowiedzieć o swoich korzeniach?

Miejsce urodzenia w moim przypadku ma duże znaczenie. Krężnica Jara jest to wieś specyficzna, jej centrum stanowi łąka z meandrującą rzeką Nędznicą, stawami, a po dwu stronach rzędy zabudowań typowo rolniczych (teraz to się zmienia, coraz więcej mieszczuchów wykupuje działki i stawia nowe domy). Pierwsza relacja o Krężnicy to notatka Jana Długosza z 1325 roku, że istniała już parafia z kościołem drewnianym pod wezwaniem św. Floriana na niewielkim wzgórzu. W tejże wsi znaleziono małą rzeźbę: parę wołków z ceramiki, prawdopodobnie ucho garnka z okresu neolitu. Eksponat znajduje się w Muzeum Lubelskim na zamku.
Dzieciństwo miałem wspaniałe. Zawsze świeciło słońce, któremu towarzyszył świergot wróbli. Włóczyłem się po polach i lasach, kąpałem się w piekielnie zimnej rzece (pobliskie źródła), ponoć dużo czytałem i rysowałem, i nie miałem żadnego pojęcia, co będę robił w życiu. Gdyby nie kierowniczka szkoły, nie uczęszczałbym do Liceum Sztuk Plastycznych w Lublinie.

Czy odziedziczył Pan talent artystyczny po rodzicach lub dziadkach?

Nie wiem, jakie umiejętności posiadali dziadkowie. Znałem tylko babcię Anielę z rodziny mamy, która była zielarką i stosowała białą magię, czyli jak to na wsi mówiono – odczyniała. Mamę mógłbym zaliczyć do twórców ludowych, robiła kolorowe chodniki, tzw. pasiaki na warsztacie tkackim oraz wycinała z białej bibułki wzorzyste zasłonki do okien.

Jak radził Pan sobie w szkole?

Szkołę ukończyłem, choć byłem głąbem z przedmiotów ścisłych, a zwłaszcza z matematyki. Wykazywałem predyspozycje do kompozycji i liternictwa. No i dość często wagarowałem, włócząc się po okolicach Lublina (Czechów, Majdanek, Zemborzyce, jak i dalej: Nałęczów, Kazimierz, Wąwolnica, Bochotnica). Były to wyprawy plenerowe, skąd przynosiłem masę szkiców pejzażowych, jak też rodzajowych z jarmarków. Zdawałem do Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, ale zabrakło mi punktów. Rodziców nie stać było na wynajem pokoju, tak więc zrezygnowałem ze studiów plastycznych. Szybko do wojska, służba graniczna w Kętrzynie, skąd próba zdawania do akademii – tym razem w Krakowie. I było jeszcze gorzej. Odpadłem. Po odbyciu służby wojskowej podjąłem pracę jako plastyk dekorator w przedsiębiorstwie budującym Zakłady Azotowe w Puławach, a po dwóch latach przeniosłem się do pracy w Powiatowym Domu Kultury (przemianowanym na Puławski Ośrodek Kultury) jako instruktor plastyk, gdzie nawet się spełniałem w dziale artystycznym. Tu między innymi opiekowałem się Klubem Twórców Ludowych, spotkałem Jana Pocka (poeta), Bronisława Pietraka (kowal artysta, wycinankarz i poeta). Byłem założycielem i opiekunem Klubu Plastyka Amatora, opiekowałem się Klubem Kolekcjonera i jeździłem w teren po klubach kultury, służąc pomocą plastyczno-wystawienniczą. Przez ostatnie pięć lat współtworzyłem Grupę Plastyczną „Absolwent” razem z Marią Kapturkiewicz-Szewczyk i Zbigniewem Pieleszkiem.

Sporo tego jak na jedną osobę. Może Pan powiedzieć coś na temat waszych działań artystycznych?

Organizowaliśmy pokazy prac, zapraszaliśmy kolegów z Lublina i Kielc. Na oryginalnej wystawie dotyczącej ochrony środowiska pokazaliśmy destrukcyjne działania człowieka (np. w centrum tejże wystawy były różnorakiego rodzaju odpady, dosłownie śmietnik, wtedy toreb foliowych z plastiku jeszcze nie było). Powiesiliśmy fotografie ptaków i analogiczne zdjęcia ludzi; przy wejściu do sali był autentyczny trawnik z tabliczką „szanuj zieleń”, a przeskoczyć się tego nie dało, różnego rodzaju hasła itp. Pisywałem zgrzebne recenzyjki z wystaw do „Szkicownika Puławskiego”. W pracowni plastycznej organizowaliśmy spotkania towarzyskie z plastykami, literatami, muzykami i fotografikami, często do późnych godzin nocnych (z „wodą rozmowną” w tle). Podjąłem w końcu studia na UMCS w Lublinie, lecz po dwóch latach zrezygnowałem, choć nawet nieźle sobie dawałem radę.

Dlaczego więc Pan zrezygnował?

Pokusa mocnych trunków była silniejszą przeszkodą. Potrzebowałem zmiany i ruszyłem w Polskę. W Zielonej Górze pracował mój były kierownik, lecz nim tu osiadłem, znajomego dyrektora (już) zwolniono. I tak zostałem w nowym środowisku sam z kłopotami mieszkaniowymi i rodzinnymi.

Nie chciał Pan wrócić?

Oj, chciałem, a jakże. Ale ambicja nie pozwalała. No i tak około czterdziestu lat jestem tutaj.

Co się działo później? Gdzie znalazł Pan zatrudnienie?

Rozpocząłem pracę w Amfiteatrze, lecz po krótkim okresie przechwycono mnie do Wojewódzkiego Domu Kultury. Tu przez lat dwadzieścia pięć z okładem opiekowałem się Sekcją Tkactwa Artystycznego odnoszącą kilkakrotnie sukcesy na wystawach – konkursach ogólnopolskich (Turek, Bydgoszcz). Jednak czułem się wyobcowany, brakowało mi fermentu puławskiego. Inne to były czasy, inni ludzie.

W Puławach poznał Pan wielu znanych dziś pisarzy. Jednym z nich był Bohdan Zadura. Może Pan opowiedzieć, jak się poznaliście?

Zgadza się. Było to mniej więcej tak. Do mnie jako prowadzącego spotkania w POK-u, w klubie Mozaika zwrócił się kolega Janek Ł., mówiąc, że zna młodego poetę, który wydał dwie pozycje i mieszka obok niego. Może uda się zrobić z nim spotkanie autorskie. Przyprowadził Bohdana Z., tenże palił papierosy ekstra mocne, ja też takie, był więc pierwszy punkt zaczepienia. Mocna kawa po turecku i gadka. Panie Bohdanie – społeczeństwo Puław oczekuje na twórców, może zorganizujemy autorskie spotkanie. Na to Bohdan: Jakie społeczeństwo! Pół Puław to moja rodzina, a druga połowa to znajomi (Puławy wtedy liczyły coś ponad dziesięć tysięcy mieszkańców). I po długiej chwili milczenia Bohdan wydusił z siebie: NIE. Nie połapałem się, co to znaczy, więc nawijam od nowa, już bez społeczeństwa. A Bohdan na to: Nie widzę potrzeby. Trzeba wiedzieć, że Bohdan w tym czasie nie był wylewny w rozmowie. Nie to, co dzisiaj. Minęło sporo czasu, nim poznaliśmy się bliżej. Jednak do spotkania autorskiego nie doszło. Ale to już inna historia.

Jak Pan postrzegał zielonogórskie środowisko literackie i plastyczne?

Jadąc z Puław do Zielonej Góry, przejeżdżałem przez Szczęście. Nomen omen – złudna nadzieja. Nie zawsze szczęście sprzyja. Jadąc ze wschodu Polski na zachód, wiedziałem nie za dużo. Tyle tylko, że Zielona Góra była wówczas miastem wojewódzkim, że tu był ferment plastyczny ze Złotym Gronem, co nieco słyszałem o Klemensie Felchnerowskim i Adamie Bagińskim (widziałem jego obraz w Muzeum Regionalnym w Kazimierzu Dolnym, a nawet pisałem małą notatkę do „Naszych Spraw” – pisma wychodzącego przy Zakładach Azotowych). Z literatów oczywiście kojarzyłem Janusza Koniusza, redaktora pisma społeczno-kulturalnego „Nadodrze”. Wertowałem to pismo do ostatniej strony, gdzie zamieszczał akty Czesław Łuniewicz, co na tamte czasy było czynem dość odważnym i rzadko spotykanym poza „Fotografią”. Czasem napotykałem wiersze Mieczysława Warszawskiego i Czesława Sobkowiaka. Jakoś nie pamiętam wierszy Papuszy, choć miałem wielu znajomych wśród Cyganów (kilku należało do Klubu Kolekcjonera, przez co miałem przejściowe kłopoty z bezpieką). Rozczarował mnie dość przeciętny poziom teatru lubuskiego. Miałem skalę porównawczą
dobrych spektakli warszawskich i krakowskich. Często z grupą ludzi zainteresowanych wybieraliśmy się z Puław na wystawy i spektakle do Warszawy i Krakowa. Biennale grafiki, plakatu, przeglądowe wystawy czołowych artystów, tkaniny Abakanowicz, fotografie Zofii Rydet czy Edwarda Hartwiga, spektakle Szajny, Kantora to przykłady pierwsze z brzegu. Teatr amatorski w Puławach miał wysoki poziom (z niego wyszedł m.in. Marian Opania). Jednak pracując w resorcie kultury tu, w Zielonej Górze, miałem poczucie zastoju, a nawet wyobcowania. Trudno się przystosować do nowych okoliczności. Stagnacja trwała dość długo, na co przyczyniły się komplikacje osobiste (śmierć żony, wychowanie małych dzieci).

Co zrobił Pan w tej trudnej sytuacji?

Miałem wrażenie, że przechodzę wtórny analfabetyzm. Musiałem wiele spraw zaczynać niemal od zera. Swego czasu robiłem na polecenie dyrekcji okładki do tomików wierszy ludzi spod znaku Robotniczego Stowarzyszenia Twórców Kultury. Pierwszy był pod redakcją Henryka Szylkina, drugi – Janusza Koniusza. Znałem to słynne określenie władzy w stanie wojennym, że i sprzątaczka potrafi pisać wiersze. Wtedy poznałem ludzi z RSTK. W grupie prym wiodła oczywiście Katarzyna Jarosz-Rabiej. Przystałem do nich. Od razu wysłano mnie na warsztaty do Lubniewic – tamże uzyskałem drugą nagrodę za zestaw wierszy. Jury to Nikos Chadzinikolau, Anna Kajtochowa i Cezary Abramowicz. Po wydaniu antologii, do której dałem wiersze i projektowałem okładkę (i zjechaniu tejże przez Jana Kurowickiego), zacząłem stosować uniki. Nadarzyła się okazja, grupa ludzi wyszła z inicjatywą utworzenia Stowarzyszenia Jeszcze Żywych Poetów pod przewodnictwem Jolanty Pytel (w zespole współtworzących byli: Agnieszka Haupe, Katarzyna Jarosz-Rabiej, Bruno Aleksander Kieć i ja). A przy stowarzyszeniu powstał Uniwersytet Poezji o charakterze szkoleniowym dla uczestników doskonalących warsztat wraz ze spotkaniami autorskimi twórców raczej uznanych z Polski. Patronował temu działaniu honorowy rektor – profesor Czesław Dutka. Niejaki ferment w naszych głowach wnosiły zwłaszcza spotkania autorskie i dyskusje po nich. Bywali tu tacy ludzie jak: Urszula Kozioł, Andrzej Zawada, Marianna Bocian, Urszula Benka, Janusz Styczeń, Bohdan Zadura, Andrzej Sosnowski i inni. Czesława Miłosza odwiedziliśmy w Krakowie. W Porcie Legnica spotkaliśmy ludzi uznanych, jak Zbigniew Machej czy Piotr Sommer, który był inicjatorem spotkań z poetami irlandzkimi i angielskimi (Michael Longley, Ciaran Carson, Paul Muldoon, Douglas Dunn). Dużo dała mi „Literatura na Świecie” pod redakcją Piotra Sommera, choć i wcześniejsze numery w małym formacie wybiórczo kupowałem. Tam zetknąłem się z rumuńską poetką Aną Blandianą, której twórczość śledziłem. Ucieszyła mnie wiadomość przyznania jej nagrody w Gdańsku (2016) – Europejski Poeta Wolności. W tym roku, tj. 2018 nominowana została do Griffin Poetry Prize (taki tytuł i nagrodę otrzymał ostatnio Adam Zagajewski). Cieszy mnie to ogromnie, gdyż cenię sobie wiersze tych autorów.

Interesuje Pana twórczość wielu autorów spoza Polski. Mógłby Pan wymienić kilka nazwisk?

Wśród Włochów mam swoich ulubieńców starszej daty, są to: Giuseppe Ungaretti, Salvatore Quasimodo, Eugenio Montale i Umberto Saba. Z poetów południowoamerykańskich to: Jorge Louis Borges, Roberto Juarroz, Octavio Paz, José E. Pacheco, Pablo Neruda i ostatnio poznany w Zielonej Górze poeta z Kolumbii Winston Morales Chavarro. Z północy to: E. E. Cummings, W. C. Williams, W. Stevens, C. Reznikoff i jeszcze kilku. Są poeci francuskiego języka, jak m.in. F. Jaccottet (pochodzący z Szwajcarii, a obecnie mieszkający w Prowansji), Hiszpanie, poezja krajów nordyckich, mniej Rosjanie, a przez ostatnich kilka lat Czesi, których ośmieliłem się przekładać: Vítězslav Nezval, Vladimir Holan, Miroslav Holub, Ludvík Kundera, Jan Skácel, oraz ci, których poznałem osobiście: Jiří Žáček, Karel Sýs i Věra Kopecká. Nie wymieniam polskich poetów, a jest ich multum. Cenię przekłady z czestiny Leszka Engelkinga, Zbigniewa Macheja. Podziwiam mrówczą pracę Krystyny Rodowskiej z języków francuskiego i hiszpańskiego.

Pan także zajmuje się przekładami, zwłaszcza z języka czeskiego. Jak to się zaczęło?

Poszło o zakład z kolegą i udało się. To było wyzwanie. Samo opanowanie alfabetu, nie mówiąc o innych kruczkach, sprawiało moc kłopotu. Choć długo to trwało. Kolega wcześniej drukował przekłady z języka węgierskiego w „Akcencie”. Ja w miesięczniku „Poezja” (1985, nr 9), numerze poświęconym poetom gruzińskim. Umieszczono osiem moich przekładów takich autorów jak: Micha Kwliwidze, Dżansug Czarkwiani, Tamara Dżawachiszwili. Do Sakartvelo (tak się zwie Gruzja) niestety nigdy się nie wybrałem, żeby poznać ich kulturę na miejscu, poznać ludzi i obyczaje, i pogłębić język. Z Tbilisi dostawałem od kolegi wszelkiej maści materiały, w tym samouczek języka po rosyjsku, ja natomiast przesyłałem książki o tematyce ufologicznej. Znał dobrze język polski i niemiecki. Stan wojenny przerwał nasze kontakty. Jeszcze w „Obrzeżach” drukowałem wiersze Gurama Petraszwilego. I na tym koniec.
W Zielonej Górze w ramach przyjaźni polsko- -radzieckiej przebywała grupa pisarzy, wśród nich Micha Kwliwidze. Ale nie miałem śmiałości prosić Janusza Koniusza, żeby nas zapoznał. Nie znałem bliżej Koniusza, wydawał mi się taki jakiś wielkopańsko niedostępny. Później zmieniłem o nim opinię. Nawet swego czasu chciał mi poprawiać wiersze.
Nie zgodziłem się, uważając, że są to moje teksty, na tym etapie takie, nawet jeśli są błędy. To dziwne, swoje wiersze po pewnym czasie odczytuję zwyczajnie, natomiast wiele radości sprawiają udane przekłady.

Czego wymaga ten rodzaj działalności literackiej?

Przekładanie z obcego języka wymaga sporo wysiłku. Przekładam dosłownie, a potem szlifuję. Gdy przekładałem Gruzinów, „puchła” mi głowa, a mówiąc wprost – gorączkowałem. Z Czechami było łatwiej, ale tu grożą pułapki słowne wynikające z podobieństwa zapisu, lecz innego znaczenia (klasycznym będzie przykład znaczenia słów: czerstwy – świeży). Dlatego sprawdzam zawsze ze słownikiem w ręku. Druk wierszy lirycznych V. Kopeckiej w piśmie zielonogórskim „Pro Libris” sprawił mi ogromną satysfakcję, zwłaszcza że autorka bardzo ciepło je przyjęła. Czasem wynikają sprzeczki dotyczące niektórych określeń. Tak miałem ze słowem „łomikamień”, co polsku znaczy roślinę – skalnicę. Owszem, to słowo było wcześniej stosowane, ale wyszło już z użycia. Być może jeszcze istnieje gdzieś w gwarze, lecz tego sprawdzić się nie udało. Nezvalowski wiersz Matka Nadzieja w trzech wariantach porównywałem z innymi autorami przekładów, najbliższy był przekład Anny Kamieńskiej. Najtrudniej jest przekładać J. Žáčka (częste stosowanie rymów, budowa klasyczna) i J. Skácela. Jeśli nie wszystko się układa, jak należy, odkładam wiersz do nowego namysłu, być może po pewnym czasie na nowo zrobię to lepiej, lub dam sobie z nim spokój.

Nie spieszył się Pan raczej z publikacją swoich tekstów. Jak wyglądały początki?

Z tym moim pisaniem bywało różnie. Pierwsze „wypociny” pokazałem kolegom piszącym w Puławach. I dostałem taki łomot, że nie wiedziałem, jak się nazywam. Uwagi, o ile sobie przypominam, dotyczyły konstrukcji, użycia rymu, sensu wiersza. Pewnie nic z tamtych wierszy nie ujrzało druku. A przecież stawałem w szranki konkursowe, nawet w konkursach ogólnopolskich i zdobywałem czołowe nagrody. Za druk wierszy w pismach płacono. Z czasem to się zmieniło i pisma efemerydy szukały u autorów wsparcia, a najczęściej po roku padały. Nawet wydawanie tomików poetyckich (już bez cenzury) było łatwiejsze, lecz z dawnych nakładów najczęściej dziesięciotysięcznych, zeszło do setnych. Dystrybucja upadła. Decydował wolny rynek. Pierwsza moja publikacja zwarta wyszła dość późno. Był to Węzeł serdeczny (1996) wydany pod nadzorem Wojciecha Śmigielskiego jako zbiór miniatur, które miały być w formie tanka. Z tej formuły ostało się kilka, reszta to po prostu miniatury, dość ciepło przyjęte przez krytyków bądź znawców. Ta mała książeczka miała być drugą pozycją, a pierwszą Lato zimorodka. Stało się inaczej. Tak więc Śmigielskiego uważam za „ojca chrzestnego” moich pierwocin.

A kolejne tomiki?

Później było różnie, choć już samodzielnie. Mam odczucia ambiwalentne, co do niektórych wierszy wcześniej drukowanych w pismach literackich, a także w tomikach. Powoli zaczynałem uwalniać się spod uroku wierszy Józefa Czechowicza i pisać zwarte krótkie teksty. Pewnie poematu na kilka stron nie potrafiłbym napisać. Mam krótką pamięć, bywa wybiórcza. Haiku – otóż ukazało się swego czasu pismo pod takim samym tytułem, wyszło kilka numerów w 1994 i 1995, no i padło. A ponadto mieliśmy kolegę z Polkowic, nawiedzonego haijina, który propagował gdzie się dało tę krótką formę. Nawet w wydawnictwie Pro Libris wydaliśmy małą lubuską antologię haiku. Ja w dalszym ciągu próbuję pisać coś w duchu haiku, ale wolę formę tanka – bardziej swobodną. Jednak nie podjąłem się nauki języka japońskiego. Parę książek, jakie zgromadziłem, przekazuję młodym zainteresowanym. Wracając do wierszy i wytwarzania papieru ręcznie czerpanego, zrobiłem kilka prac z myślą o książce artystycznej.

Czy ma Pan w planach wydać taką artystyczną książkę?

Mam zamiar, jeśli się uda, w tym roku ją skończyć i wydać… w dwóch egzemplarzach! Teksty są gotowe, a dotyczą fantastycznego życia mrówek. Ponadto poczyniłem kilka prac „literackich” w papierze czerpanym.

Co to znaczy?

Przykład: sonet to wielobarwne punkciki, każdy punkcik tworzy sylabę i ilość sylab powtarza się w czternastu wersach. Ot, taka być może zabawa, ale mnie cieszy, a niektórych ludzi zdumiewa. Jeszcze mam zamiar co nieco wystawić, a jak dobrze pójdzie, to w tym roku coś wydać. Przymierzam się do tego. Gorzej z tym wsparciem finansowym. Ale jak określił Palamas: ja wierszokleta bosy, broni nie składam i dopóki pióro i pędzel w ręku... to być może coś jeszcze zdziałam.

Bardzo mnie intrygują te teksty o życiu mrówek. Skąd taki pomysł?

Przejrzałem teksty dotyczące mrówek i uważam, że są drętwe. Pewnie je choć w części przerobię, albo dam sobie spokój. Mrówki według legendarnych opowieści pochodzą z rodziny os. Mają podobny jad, który w stężeniu może zabić człowieka. Mrówki robotnice utraciły skrzydła. Najczęściej znane nam mrówki to: rudnica (brązowa), hurtnica (czarna) i faraonka. Są mrówki grzybiarki, żniwiarki, wysmuklice, żałobnice i mnóstwo innych. W Polsce występuje ponad sto gatunków. Żyją na ogół w kopcach, które sięgają w głąb ziemi nawet ponad dwa metry.

Może jakiś wiersz?

Milczenie mrówek
nie jest wskazane kiedy
poznasz tajniki
rozmowy między nimi
z podziemnych opowieści

Dziękuję za rozmowę.