Start Zbliżenia Jest pan szlachcicem? Wspomnienie o Zygmuncie Kowalczuku

Jest pan szlachcicem? Wspomnienie o Zygmuncie Kowalczuku

Długo myślałem, kim w mojej pamięci pozostanie Zygmunt Kowalczuk (1963-2017). Nie był dla mnie księdzem, bo poznałem go jakiś czas po zerwaniu z sutanną. Ten wizerunek nie pasował mi zresztą do jego sylwetki, do twarzy. Istnieją przecież rysy skrojone jakby pod koloratkę. Rumiane, nalane. Nie był dla mnie Zygą, tak jak dla Radka Domkego, kolegi z uczelnianego instytutu. Ani współpodróżnikiem ze wspomnień poety Bolka Wierzbickiego. Był doktorem historii. Będę go kojarzył z poniedziałkami, gdy z dworca jechałem na poranne wykłady z historii Polski. Na styk, czasami z niedoczasem. Łączyła nas miejscowość. Biecz był jego rodzinnym miejscem. Stamtąd wywodzi się również cząstka mojej rodziny. Nigdy tam nie byłem.
Chciał być nieszablonowym wykładowcą. Piszę „chciał”, ponieważ nie był w tym konsekwentny. Wydaje mi się, że walczył ze sobą w jakiejś mierze. Z rozmów, które odbyłem z Jolą Pytel, Bolkiem Wierzbickim i Czesławem Markiewiczem, wyłania się bowiem postać Zygmunta, który chciał w każdej z podejmowanych czynności być arystokratą. Myślę tu o jego ewidentnej potrzebie swobodnego poruszania się po erudycyjnych zakątkach literatury, kapłaństwa i nauki. Znał świetnie języki. Z uczelnianych anegdot wypływają historie o jego nieszablonowych możliwościach retorskich i translatorskich. Na twarzy mojego nauczyciela historii, dzięki któremu przeczytałem Polskę Piastów i Polskę Jagiellonów Pawła Jasienicy, krył się jednak zauważalny grymas. Myślę, że stało za tym niespełnienie. Są rodzaje cierpienia, które nie kumulują się w jednej chwili, ale wytrwale pracują w nas, by przekształcić twarz w maskę. To cierpienie było jednak na tyle wyrafinowane i przebiegłe, by wykształcić u Kowalczuka twarz plebejską i sarkastyczną, zmęczoną od czarnego śmiechu. Andrzej Krzysztof Waśkiewicz nie zrobił doktoratu ani habilitacji, bo wolał pozostać sobą i nie utknąć w akademickim obyczaju. U Kowalczuka było na odwrót. Sutanna, tytuł naukowy i krakowska szkoła poezji mogły być kostiumami, którymi uzupełniał ambicje matki i torował drogę swoich ucieczek. Nigdy niczego nie dokończył. Cały czas w połowie drogi między jedną a drugą sferą życia.
Pamiętam, że każdą prelekcję zaczynał od przeczytania swojego wiersza. Jednego razu wszedłem w połowie wykładu i od razu rzucił w moją stronę: „panie Januszu, a czy pan jest szlachcicem?”. Odpowiedziałem: tak. Mimowolnie, bez zastanowienia, po freudowsku. Kowalczuk był szlachcicem bez stałego miejsca, choć ukochał Biecz. Pisał o jego genius loci. Zastanawiała go szlachecka przeszłość tego zakątka. Wspominał często ród Wiedebachów, który władał Bieczem. Wracał tam do matki. Sporą część poezji właśnie jej poświęcił.
Pasją Kowalczuka było podróżowanie. Wraz z matką chciał pojechać do rodzinnej miejscowości na Ukrainie. W Krakowie postanowili jednak, że wrócą do Biecza. „Tam jest nasza ojczyzna, synu” – powiedziała. Upodobał sobie Włochy. Jego wojaże będą mi się już zawsze kojarzyć z Bolkiem Wierzbickim. Chodzi o okoliczności. Siedzieliśmy w chyboczącej się łódce na kęszyckim, mętnym jeziorze. Poeta z Dłużka mówił o wojażach z Zygmuntem, lękliwie patrząc na podskakujące dno. Po upalnym dniu przyszła zimna noc. Woda parowała. A ja słuchałem o Zygmuncie, szczerym koledze. Każdy ma sobie przynależny lęk. Ja mam lęk wysokości, a most z podziurawionym dnem to jeden z szablonowych już moich koszmarów. Ciekawe, jak swój największy lęk nazwałby profesor z Biecza.
Poezja Kowalczuka nie należy do nurtu, który ze mną się rymuje. Cóż to właściwie musiałby być za nurt? Czerpał z innych, chciał uciec od kaznodziejskiego tonu. Inspirował się poezją Józefa Barana, Karola Wojtyły, Zbigniewa Herberta. Gdzieś prześwitywał Jerzy Hajduga (czynny ksiądz). Brakowało mi w tych tekstach powietrza, jego samego. Nigdy nie przepadałem za kulturowymi wycieczkami w literaturze. Był zbyt śródziemnomorski w języku, choć chciał pisać przejrzyście jak ks. Twardowski. Ma kilka wierszy, w których ewidentnie czuć było jego ucieczkę. Coś w rodzaju „zapisków z kliniki”, gdzie leczył serce, umysł i niespełnienie. I tutaj widać go było bardziej. Bliższa mi była muzyczna adaptacja jego wybranych wierszy, której dokonała grupa Wyspa z Żar. Swego czasu prężnie z nimi współpracował. To ta muzyka uzupełniła radiowe wspomnienie Kowalczuka, które nagrywałem z Czesławem Markiewiczem.
W mojej pamięci pozostanie jeden z najdziwniejszych egzaminów uniwersyteckich. Podzielił nas na trzy grupy, a na wskazaną godzinę nie przyszedł. Pierwsza grupa zdała więc teorię awansem. Druga była odpytywana na wyrywki. Szczęśliwcy dostawali ocenę na wejście. Ja zostałem wybrany. Pytał mnie o Koronę Królestwa Polskiego. Po egzaminie, na stołówce, podszedł do mnie i zapytał, czy „był stres”. Nie pamiętam, co odpowiedziałem. To był pierwszy egzamin na studiach i od razu jeden z najbardziej osobliwych. Czym byłaby jednak polonistyka bez takich historii, przypadkowych ocen i dziwactw?
Ostatni raz zobaczyłem go w Lubsku, gdzie pojechałem z Mirą na wieczór autorski Bolka Wierzbickiego. Do dzisiaj zastanawiam się, czy to na pewno był on. Szedł w czapce, pochylony. Pamięć do twarzy jak dotąd mnie jednak nie zwiodła. Byłem pewien, że przyjdzie posłuchać, co poeta Wierzbicki miał na myśli, ale odpuścił. Nie wiem, czy za zaułkiem nie spotkał swojego największego wroga.
Jest w roku 1963 coś ze złowróżbnego zaklęcia. Na pewno dla Ziemi Lubuskiej i jej dzieci. Marek Grewling, poeta i ksiądz (czuł się głównie poetą, mocno to akcentował), urodził się w tym samym roku, co Kowalczuk. Obaj przeszli już na drugą stronę. Dręczyła ich natarczywość życia. Wybiegli spóźnieni nie na swoje pociągi.

Janusz Łastowiecki