Start Zbliżenia Zrobił tu wszystko, co miał do zrobienia

Zrobił tu wszystko, co miał do zrobienia

O gdańskim i zielonogórskim Andrzeju K. Waśkiewiczu z Anną Sobecką rozmawia Mirosława Szott

Poznanie Andrzeja – to najważniejsze i najlepsze, co mnie w życiu spotkało” – napisała Pani we wstępie do książki pt. Andrzej. Może Pani zdradzić, w jakich okolicznościach poznała się z Andrzejem K. Waśkiewiczem i jakie wtedy robił na Pani wrażenie?

Andrzeja poznałam wkrótce po tym, jak zaczęłam pracować w radiu w Zielonej Górze. To było jesienią w roku 1971, wtedy zbliżał się jubileusz dziesięciolecia zielonogórskiego oddziału ZLP i miałam z tej okazji przygotować audycję. Podpowiedziano mi, że osobą, która najwięcej wie o tym środowisku literackim, jest Andrzej Waśkiewicz. Najlepiej skontaktować się z nim w redakcji „Nadodrza”, bo tam pracuje, byle nie przed godziną 12, bo on śpi do południa – radzili mi. Skontaktowałam się z nim, umówiliśmy się, powiedziałam, o co chodzi. Andrzej przyszedł do radia i pierwsze wrażenie to było zaskoczenie. Dlaczego? Nie znałam Andrzeja osobiście, ale jedną z trzech książek, jakie kupiłam zaraz po przyjeździe do Zielonej Góry, był informator pt. Lubuskie środowisko literackie (wydany w 1970), bardzo zresztą przydatny w mojej pracy. Poza tym pozwalał też orientować się w tym, co powinnam przeczytać. Skąd jednak wynikało zaskoczenie? Na okładce książki było zdjęcie Andrzeja: młody, sympatycznie wyglądający człowiek, z tak charakterystycznie lekko przymrużonymi oczami, króciutko ostrzyżony – no cud, miód. A tymczasem na to spotkanie do radia przyszedł gość w skórzanej kurtce 7/8 (to była jesień), z długimi do ramion włosami – nie za bardzo zadbanymi.

Jak się wtedy zachowywał? Co mówił?

Andrzej zachowywał się dosyć charakterystycznie dla siebie (jak się potem przekonałam): chodził powolnym krokiem od okna do drzwi, paląc papierosa (wszyscy wtedy paliliśmy). „No to co pani właściwie ode mnie chce” – zapytał. Więc tłumaczę: przygotowuję audycję na dziesięciolecie oddziału. Andrzej na to: „I pewnie mam powiedzieć pani, jaka ta literatura lubuska jest wybitna. Otóż, proszę pani, ona wcale taka wybitna nie jest”. I pewnie zobaczył przerażenie w moich oczach. Bo za moment mamy zejść do studia i będziemy nagrywać. Czego po takim wprowadzeniu miałam się spodziewać? „Ale niech się pani nie martwi, ja rozumiem, pani musi tę audycję zrobić – dodał. – Kilka ciekawych zjawisk to tu jest. Absolutnym zjawiskiem, oryginalnym, jest cygańska poetka Papusza, dobrą prozę pisze Irena Dowgielewicz, ciekawą poezję – Zdzisław Morawski i jest jeszcze Zygmunt Trziszka, który przekroczył już ramy literatury lubuskiej, wydaje w Warszawie, jest znanym pisarzem nurtu chłopskiego i osiedleńczego”. Nie pamiętam, których pisarzy jeszcze wtedy wymienił. Rozmowa została nagrana i wykorzystana w audycji.

Co w nim jako mężczyźnie zwróciło wtedy Pani uwagę?

Wrażenie zrobił na mnie jego dystans. Pokazywał, że nie traktuje wszystkiego emocjonalnie. Potem się przekonałam, że to jest jedna z cech Andrzeja. Bywaliśmy na tych samych spotkaniach dziennikarskich, na tymże jubileuszu i przy innych okazjach. No i był przystojnym mężczyzną – to przede wszystkim. Andrzej mi się spodobał, ale zaskoczyła mnie ta różnica między krótko ściętym chłopakiem ze zdjęcia a mężczyzną z lekką nonszalancją. Chociaż on taki nie był, jak się potem przekonałam, ale wrażenie to wrażenie. Proszę sobie uświadomić: Andrzej miał wtedy zaledwie trzydzieści lat, a już był autorytetem. Po tej pierwszej rozmowie zapadła mi też w pamięć jego erudycja. Był nieprawdopodobnie oczytany i zorientowany w jakichś przedziwnych zupełnie rejestrach i rewirach literatury, socjologii, filozofii. Andrzej czytał bardzo dużo i szybko, ale najważniejsze, że nie czytał „po łebkach”. Zdumiewała mnie zawsze jego koncentracja przy lekturze i niesamowita pamięć! Słowackiego znał na wyrywki. Miał pamięć do literatury, ale nie do rzeczy przyziemnych. Zapominał daty, numery telefonów. Była taka sytuacja, która to ilustruje: pojechał do Warszawy i miał wrócić tego samego dnia. W Warszawie okazało się, że musi zostać dłużej. Chciał mnie powiadomić o tym, ale… nie pamiętał numeru telefonu do domu. Zadzwonił więc do naszej przyjaciółki w Gdańsku (miał w notesie zapisany numer) i prosił ją o pomoc.

Jakie cechy stawały się ważniejsze z biegiem lat?

Oczywiście mówi się, że pomagał młodym poetom, że był takim patronem, opiekunem. To wszystko prawda. Ale to są jego kompetencje i zainteresowania profesjonalne. On sprawiał wrażenie – jak już mówiłam – że z nonszalancją traktuje różne wypowiedzi, sytuacje. Ale za tym kryła się wielka wrażliwość i skromność. Bardzo łatwo było go zranić i to się wielokrotnie działo. Ale nie był pamiętliwy. Takie zdarzenie dawało mu pewną wiedzę o kimś, ale nie pielęgnował w sobie uraz. Miał delikatną konstrukcję, co pokrywał może swoim dystansem, jakby mu nie zależało na niczym. Był niezwykle życzliwy ludziom i zawsze – jeśli mógł – pomagał. Z czasem dopiero przekonałam się, że boi się kontaktu z bardzo małymi dziećmi. Co innego gdy dziecko już biega, chodzi, zaczyna mówić – wtedy można nawiązać jakąś relację. Ale wziąć niemowlę na ręce – to było ponad jego siły. Bał się, że je upuści, zrobi mu krzywdę. Czasem na chwilę wziął becik z maluchem (jak to było konieczne), ale stał wtedy w bezruchu z wyciągniętymi rękami.

Pan Andrzej wspominał nieraz, że nie był łatwym dzieckiem. Określał siebie jako rozpieszczonego chłopca. To podobno z jego powodu przeprowadzali się z mamą raz na wieś, a innym razem – do miasta. Trudno uwierzyć, że nagle dorósł, zmienił się. Kiedy z jedynaka-egoisty stał się społecznikiem i altruistą?

Myślę, że to się stało w okresie dorastania. Gdy był uczniem technikum, jego mama miała zawał serca i przeszła na rentę. Andrzej w tej sytuacji stał się po prostu jej opiekunem. Nie miał ojca, a emocjonalnie był z mamą silnie związany. Wtedy też uświadomił sobie, że może jej zabraknąć. Sądzę, że ta sytuacja pomogła mu szybko dojrzeć, stać się bardzo odpowiedzialnym, i tamtego rozkapryszonego chłopczyka już tylko wspominał, zawsze z uśmiechem. A ponieważ literatura stała się jego życiem, a z natury był człowiekiem dobrym, to gdy mógł – robił coś dla innych.

Czy łatwo było się przyjaźnić z panem Andrzejem?

Andrzej miał mnóstwo znajomych z całej Polski. Wynikało to z faktu, że zajmował się młodymi poetami, jeździł na różne konkursy, uczestniczył w seminariach, zjazdach, konferencjach literackich. Miał wielu przyjaciół, niektóre z tych przyjaźni to były tzw. dozgonne. Ale też pielęgnował te przyjaźnie, wiem, że był lojalny, co jak wiadomo ważne jest szczególnie w trudnych sytuacjach i – jak już mówiłam – był życzliwy i pomocny w potrzebie. Miał też umiejętność wyłapywania w ludziach fałszu i doskonale wiedział, kiedy ktoś tylko udaje przyjaźń, koniunkturalnie. Po prostu to wiedział.
Natomiast nie miał w sobie potrzeby, żeby na siłę podtrzymywać kontakty prywatne, np. z dalszą rodziną, jeśli nie było wspólnego języka, tematów, zainteresowań. To samo dotyczyło przygodnych znajomych, sąsiadów. Nie chciał tracić czasu na banalne spotkania, które niewiele dają.

Jak wyglądało jego domowe miejsce pracy? Czy lubił porządek, bałagan na biurku? W jakich godzinach pracował?

Andrzej był niesamowicie pracowity. Co ciekawe, nie pisał „na brudno”. Od razu pisał na maszynie, co pokazuje jego dyscyplinę myślenia, ale też to, że gdy siadał do maszyny – miał bardzo dobrze przemyślane: co chce, co zamierza napisać. Oczywiście, z wyjątkiem notatek w czasie jakichś spotkań i – to bardzo ważne – notatek do wierszy, pierwszych poetyckich szkiców. To pisał ręcznie, często nieczytelnie, w notesach, na kartkach.
Jeśli chodzi o jego rytm pracy, to wszelkiego rodzaju korekty, redagowanie tekstów, antologii, tomików, czytanie tekstów i korespondencja – to wszystko robił w dzień. Natomiast rzeczy dla niego najważniejsze (np. kiedy pracował nad książką lub nad esejem) pisał w nocy. Podobnie było z wierszami, gdy chodziło o ich ostateczny kształt. Lubił pracować w nocy, bo było cicho, nikt mu nie przeszkadzał. Zawsze miał na biurku mnóstwo papierów i książek, te zresztą leżały też na oparciach fotela, na stoliku, zawsze pod ręką. Czytał bardzo dużo, nie tylko lektury potrzebne do pracy, nie tylko teksty nadsyłane do oceny czy do druku, ale bardzo wiele książek z różnych dziedzin, co dawało mu niezwykle bogatą wiedzę.
Myślę, że Andrzej był świadomy, że to, co osiągnął ,zawdzięczał tylko sobie. Nie dała mu przecież podstaw literaturoznawczych i krytycznoliterackich nauka w technikum rolniczym. A zaraz po studium rocznym w Jarocinie debiutował jako krytyk we „Współczesności” tekstem o Białoszewskim (za który otrzymał III nagrodę w ogólnopolskim konkursie).

Jak odreagowywał stresy, trudne sytuacje? Czy umiał odpoczywać?

Odreagowywał, czytając: książki, prasę, najdziwniejsze czasopisma, a także oglądając znaczki. Tak, odprężały go obserwacje banalne: co dzieje się na ulicy, w warzywniaku, na sąsiedniej budowie. W Gdańsku miał akwarium, stało na regale przy biurku. I wiem, że obserwowanie tego świata w szklanym pudle bardzo go uspokajało. Lubił też oglądać telewizję – programy informacyjne, publicystyczne, które czasami niezwykle go rozbawiały, komentował „te durnoty” i niekiedy wykorzystywał w felietonach. Odpoczywał, chodząc po lesie, obserwując przyrodę.

Podobno niezbyt dobrze tańczył?

Tancerzem był fatalnym. Żadnego poczucia rytmu, żadnego słuchu. Ze śpiewaniem też było ciężko. Wiem, że odpoczywał, jak jechaliśmy na wieś, do moich rodziców. Lubił też jeździć z chłopakami w Bieszczady czy do Zakopanego. Nie był jakimś wytrawnym górołazem, ale lubił spacerować. Uczył nasze dzieci obserwować przyrodę. A z kolei od dzieci ze wsi czerpał inne spojrzenie, bo dla nich przyroda to była codzienność.

Czy miała kiedyś Pani poczucie, że jest w cieniu męża?

Zajmowaliśmy się czymś innym. Na obszarze literatury spotykaliśmy się w ten sposób, że także miałam kontakt z poetami. Każde z nas jednak robiło swoje. Ja byłam dziennikarką radiową, zajmowałam się również tłumaczeniem literatury, mniejszościami narodowymi – to mnie fascynowało. Andrzej bardzo mi kibicował i w bardzo wielu rzeczach doradzał. Nigdy nie miałam poczucia, że jestem w jego cieniu. Ale też nigdy nie miałam najmniejszej potrzeby, żeby w jakiś sposób rywalizować z Andrzejem. On był tak wyjątkowym człowiekiem, tak niezwykłym, że frajdą było być tuż przy nim. Ale nie bez powodu zostałam przy swoim nazwisku. Nie chciałam, by w Zielonej Górze czy w regionie pytano mnie, czy jestem żoną „tego Waśkiewicza”. Wydaje mi się, że oboje dobrze się ze sobą czuliśmy, dlatego to był naprawdę dobry związek.

Jak by Pani chciała, żeby go zapamiętano – tu w Zielonej Górze?

Jako kogoś, kto wiele tutaj zrobił, dla środowiska literackiego, dla młodej wówczas literatury. I przede wszystkim jako dobrego człowieka – bo takim był.

Co on mógłby powiedzieć, gdyby słyszał, że tworzy się w Zielonej Górze legenda jego postaci?

Myślę, że w głębi ducha by się cieszył. Ale na pewno starałby się tego nie okazać, bo był bardzo skromny. To ważna jego cecha. Znalazłby też na to jakieś racjonalne uzasadnienie. Andrzej zawsze uważał, że w środowiskach regionalnych, lokalnych powinno się dopieszczać, doceniać, pielęgnować pamięć o tych, którzy w tym środowisku tworzyli. Dlatego bardzo cieszył się, że w Gorzowie jest Ogólnopolski Konkurs Literacki im. Zdzisława Morawskiego. Nawet sam uczestniczył w nim jako juror. Cieszyły go Furmanki. Z pewnością podobałoby mu się to, że Festiwal Literacki w Zielonej Górze nosi dziś imię Anny Tokarskiej. Wracając do odpowiedzi – myślę, że cieszyłby się, ale pewnie by to skwitował jakimś żarcikiem.

Miał jakiś ulubiony dowcip, który często powtarzał?

Miał ich wiele, na ogół odnoszących się do konkretnych sytuacji. Gdy zaczęły mu się rodzić wnuki, często powtarzał: „Co jest najgorsze w wychowywaniu dzieci? Pierwsze trzydzieści lat”.

Czym różni się zielonogórskie postrzeganie Waśkiewicza od gdańskiego?

W Zielonej Górze Andrzej rozpoczynał drogę poetycką, debiutował, rozwijał się, współtworzył środowisko. Do Gdańska przyjechał z ugruntowanym już nazwiskiem. Nie był już tylko poetą, pisarzem lubuskim, ale był znany w kraju, miał markę jako Waśkiewicz. W gdańskim środowisku znał wiele osób. Cenił niekoniecznie tych, którzy byli najbardziej fetowani; ubolewał, że niektórzy są niedocenieni, bo nie mają „parcia na szkło”. Jeden z autorów książki napisał o nim, że był sprawiedliwym człowiekiem. Myślę, że wiele osób w środowisku gdańskim tak go właśnie widziało.

Jakie znaczenie miała dla Waśkiewicza peregrynacja zorganizowana przez Eugeniusza Kurzawę w 2011 roku?

Ogromne. Organizując tę wyprawę, Gienek zrobił Andrzejowi wielką przyjemność i frajdę! W wielu miejscach przecież Andrzej był od wyjazdu stamtąd po raz pierwszy. A upłynęło wiele lat. W Lubsku nie był nigdy, w Starym Zagorze, w Dychowie, Szprotawie. To, że mógł odświeżyć swoje dziecięce przeżycia, wspomnienia, to dało mu wiele pozytywnych emocji i dobrej energii.

Czy żałował wyjazdu do Gdańska?

Nie żałował. Chyba zrobił tu, w Zielonej Górze, wszystko, co miał do zrobienia. Gdyby nie miał propozycji z Gdańska, wyjechałby pewnie gdzieś indziej. Nowe wyzwania lubił i zabierał się do nich z entuzjazmem, a Gdańsk był takim wyzwaniem...

Co by Pani zrobiła, gdyby dziś przyszedł w kurtce 7/8, z długimi włosami i papierosem?

Byłabym bardzo szczęśliwa. Bardzo.