Start Zbliżenia Projekt: Garbowski

Projekt: Garbowski

Dwa lata temu w marcu 2015 r. spotkałam się pierwszy raz z dwiema zdolnymi uczennicami (obecnie studentki) I Liceum Ogólnokształcącego im. Edwarda Dembowskiego w Zielonej Górze. Były to Adrianna Machalica i Natalia Szymańska. Jak się znalazłyśmy? Współpracę Pracowni Badań nad Literaturą Regionalną i szkoły zaproponowała pani Bożena Sicińska, jedna z najbardziej zaangażowanych polonistek w okolicy. Osobowość energetyczna i twórcza. Już wcześniej zdarzało nam się bywać w I LO z miniwykładami, zajęciami (prof. Małgorzata Mikołajczak zdradzała młodzieży, jak interpretować twórczość Zbigniewa Herberta, zachęcałyśmy też do badań noworegionalnych).

Tym razem na warsztat wzięłyśmy (z lekkim ryzykiem) niewydaną do tej pory książkę Romana Garbowskiego pt. Gniazdo sikorek. Jest to historia przejmująca, bolesna, ale jednocześnie pełna poczucia humoru i dystansu do siebie. No i najważniejsze – pisana lekko, jakby wojna była jedynie złym snem, który na szczęście się skończył.
Nasza współpraca trwała zaledwie trzy miesiące (tak naprawdę myślę, że dopiero się zaczęła). Zaowocowała licznymi rozmowami (które nagrywał Janusz Łastowiecki) z autorem. Zdarzało się nawet, że chodziliśmy po tych spotkaniach na przypadkowe wykłady z filozofii. Spontaniczność i otwartość wiele dały tym literackim poszukiwaniom.
Spotkanie podsumowujące zorganizowane w szkole z udziałem Romana Garbowskiego odbyło się 2 czerwca 2015 roku. Najważniejszym naszym celem było uruchomienie jego historii, przybliżenie jej szerszemu gronu i wykorzystanie potencjału interpersonalnego pana Romana (nawiązał z młodzieżą świetny kontakt). Być może udało nam się przekonać licealistów (bo Ada i Natalia wiedziały o tym wcześniej), że badania literackie to fascynujące i empiryczne doświadczenie, praca na żywym ciele literatury, a także „ratownictwo” pamięci. I jeśli zaproszony jest do tego autor, to trudno odseparować się od tematu. Ale czy to konieczne?
Poniżej prezentuję tekst napisany przez Adriannę i Natalię, który jest jakby trailerem opowieści. Już niebawem wydane zostanie Gniazdo sikorek. Czekamy.

Mirosława Szott

Adrianna Machalica, Natalia Szymańska
Kresowianin na Ziemi Lubuskiej
Studium przypadku na podstawie życia i twórczości Romana Garbowskiego

Roman Garbowski, polski aktor urodzony w 1935 r. w Budkach Borowskich (wioska na Wołyniu), jest autorem powieści Gniazdo sikorek. Przybliża w niej los Kresowian, którzy w wyniku II wojny światowej zostali zesłani do Kazachstanu, a po sześciu latach powrócili na Ziemie Zachodnie (tzw. Ziemie Odzyskane), do Polski Ludowej. Skąd pomysł na książkę? – zapytałyśmy niedawno Romana Garbowskiego. Czy może o sobie powiedzieć, że jest pisarzem? Przyznał, że nigdy nie określiłby się tym mianem. Pisarstwo jest dla niego naturalną koleją rzeczy, jakimś twórczym „przymusem”, chęcią podzielenia się indywidualną historią oraz wpisania jej w wielką Historię. Ponadto przyznał, że jedną z przyczyn sięgnięcia po pióro była porada psychiatry. Traumatyczne sny odeszły, kiedy zaczął przelewać na papier wspomnienia.
Nasze badania wpisują się w projekt „historii ratowniczej” Ewy Domańskiej, ukazują historię zaangażowaną, egzystencjalną, bo – parafrazując słowa Piotra Filipkowskiego – „próbujemy rozpoznać nie tylko człowieka w historii, ale też historię w człowieku”1. Przyświeca nam nie tylko chęć odkrywania, przywracania i udostępniania zapomnianych fragmentów przeszłości, ale też pokazywania afirmatywnej strony trudnych doświadczeń.
Książka dzieli się wyraźnie na dwie części. Pierwsza dotyczy pamięci Kresów i tematów przesiedleńczych, opowiada o nieszczęśliwym miejscu zesłania – locus fatalis. Druga poświęcona jest budowaniu życia na nowo w powojennej Polsce, zadomowieniu się w Szczecinie, a później w Zielonej Górze. Wydaje się, że autor ocenia obydwa miejsca (Kresy Wschodnie i Ziemie Zachodnie) bardzo dobrze, nie waloryzując, które było lepsze i które uważa za swój dom. W rozmowie przyznał jednak, że był moment, kiedy chciał wrócić w utracone miejsce, odnaleźć wciąż żywą we wspomnieniach skromną, leśną chatkę na Kresach.
W przypadku Gniazda sikorek można z pewnością mówić o kategorii literackiego miejsca autobiograficznego, którą zaproponowała Małgorzata Czermińska2. Badaczka wyróżnia sześć typów miejsc autobiograficznych: obserwowane, wspominane, wyobrażone, przesunięte, wybrane i dotknięte. W książce Garbowskiego występują trzy z nich. Miejsce wspominane (związane z genealogią) to miejsce utracone wskutek ucieczki lub wygnania, głównie z przyczyn politycznych, historycznych – są to dla autora Kresy Wschodnie. Natomiast Ziemie Zachodnie można nazwać miejscem obserwowanym, miejscem stałym, gdyż są obecnym miejscem zamieszkania i służą jako tło aktualnych wydarzeń, perypetii życiowych. Są także miejscem przesuniętym, czyli tym, które stało się dla autora „drugą ojczyzną”. Kresy Wschodnie jako miejsce wspominane są arkadią dzieciństwa. Ich opisy wyrażają bliskość natury, harmonijny rytm życia spójny z cyklami przyrody. Charakterystyczny zapach lasu i ciepło rodzinne są dominantą wspomnieniową Kresów.
Choć perspektywy niemiecka i polska po wojnie były antagonistyczne, konieczność przesiedlenia połączyła obydwa narody. Czy Garbowski jest pisarzem lubuskim czy kresowym? Na to pytanie spróbujemy znaleźć odpowiedź.

Historia i historie w Gnieździe sikorek

Fabuła rozpoczyna się od obrazu Wołynia, który po wojnie polsko-bolszewickiej znalazł się częściowo w granicach państwa rosyjskiego. Mieszkający tam ludzie zostali uznani za obywateli rosyjskich, a przekroczenie granicy groziło rozstrzelaniem. Jednak rodzice autora – Rozalia i Władysław – zdecydowali się na ucieczkę. Szczęśliwie udało im się dostać na polską stronę, gdzie osiedlili się niedaleko wioski Netreba. Tam też urodził się Roman Garbowski, chłopak o delikatnej dziewczęcej urodzie i ponadprzeciętnej wrażliwości. Autor podkreśla, że pamięta swoje wczesne lata zaskakująco dobrze, opowiada o poczuciu bezpieczeństwa, beztroskim czasie, który niespodziewanie się zakończył, gdy pewnej jesiennej nocy 1939 r. zbudziły go dziwne odgłosy dudnienia. Rozpoczęła się wojna. Trzy dni po urodzinach książkowego małego „beksy” – dokładnie 20 września – zapukali do ich skromnej leśniczówki dwaj mężczyźni w cywilu. Rozmawiając ze sobą po rosyjsku, czekali na gospodarza. Gdy wrócił, okazali mu dokumenty i kazali się spakować. Było to ostatnie spotkanie Romana z ojcem. W nadziei, że to nieporozumienie, rodzina starała się żyć normalnie, ale w lutym 1940 rozpoczęły się masowe wywózki ludności polskiej na Syberię. Po nich także przyszli z rozkazem udania się na dworzec kolejowy, z którego mieli być zabrani w „bezpieczne miejsce”. Tak rozpoczęła się trudna, miesięczna podróż pociągiem w nieznane. W przeszywającym chłodzie, hałasie, w brudnych, niehigienicznych wagonach. Wytrzymali zimno dzięki kożuchom, czapkom i rękawicom, które przezorna matka wzięła ze sobą. W drodze Rozalia Garbowska uświadomiła sobie, że mąż kupił je trzy dni przed aresztowaniem, twierdząc, że trafił na okazję. Porządkował także dokumenty, musiał więc spodziewać się, co nastąpi. Ludzie w pociągu często kłócili się, wielu pojękiwało i w pozycji embrionalnej kiwali się, usiłując uspokoić skołatane nerwy. Słychać było zarówno żarliwe modlitwy, jak i nieskładne plątaniny słów, wyrażające żal do Boga i lęk przed jutrem. Było jak w ulu, do tego wyraźny stukot kół i gwizdy lokomotywy. W miarę jak pociąg wjeżdżał w głąb Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, mróz coraz bardziej dokuczał pasażerom. Wielu chorowało, co kończyło się śmiercią. Najczęściej umierały dzieci. Nie było czasu na pochówek, strażnicy wpadali do wagonu, by wyciągnąć ciała i w miejscach oddalonych od stacji wyrzucali je w śnieg. Nie oglądając się, jak zwłoki znikają w głębokiej zaspie, szybko wskakiwali do ruszającego pociągu. Gdy umierały matki, wyrzucano także dzieci, które nie miałyby szansy na przeżycie. Wiadomość o zbliżającym się końcu podróży przyjęto z ulgą, pakowano tobołki i oczekiwano przyjazdu na stację. Po dotarciu zapakowano ich w ciężarówki i za brezentową zasłoną ruszyli w kolejną drogę w nieznane.
Zatrzymali się pod murowanym budynkiem, nad drzwiami wisiała tablica z napisem „Kulturnyj Centr”, odbywała się w nim akademia z okazji 1 maja. Gdy zakończyły się występy, przesiedleńcy mogli wejść do budynku, ogrzać się i coś zjeść. Był to jednak tylko kilkudniowy przystanek. Po nim mieli udać się w miejsce, gdzie zamieszkają i będą pracować. Część ludzi zabrano saniami, a rodzina Rozalii Garbowskiej wsiadła na wóz drabiniasty. Zawieziono ich do stolarni, którą mieli wysprzątać i przygotować na powrót pracowników. Zapach żywicy obudził w autorze wspomnienie ojca. Jednak po kilku dniach musieli ruszyć dalej. Kolejnym miejscem zamieszkania był dom głuchoniemego małżeństwa Czarnousowych. Dzieci szybko nawiązały dobre relacje i obie rodziny były dla siebie wsparciem. Większość Rosjan traktowała Polaków przyjaźnie, wyjątkami były osoby na wysokich stanowiskach, które pogardzały zesłańcami.
Gdy przyszło lato, przewieziono Polaków do drewnianej szopy. Warunki były trudne:

W czasie wykonywania jakiejkolwiek pracy, zesłańcy dostawali jeden posiłek dziennie, składający się z zupy i regulaminowej porcji chleba. […] Zaczęła się głodówka. By przeżyć, sprzedawano to, co jeszcze zostało z rzeczy przywiezionych z Polski. Zbierano grzyby, borówki, jeżyny i poziomki. Z wymienionego ubrania na mąkę gotowano na rozpalonym przed szopą palenisku zacierkę lub smażono placki.

Mijał dzień za dniem, Rozalia znalazła zatrudnienie, pracowały także dzieci. Warunki często się jednak zmieniały, zależało to od wydarzeń politycznych w Polsce i na świecie. Nagle wielu deportowanych straciło pracę, także matka autora. Udało jej się znaleźć nowe zajęcie dzięki sąsiadowi, którego zięć pilnie szukał pracownika. Wtedy przeprowadzili się do Kazachstanu. Matka dostała pracę sprzątaczki w internacie, później została kierowniczką w internatowej kuchni. Była to praca tymczasowa, którą miała możliwość dostać na stałe, pod warunkiem że przyjmie rosyjskie obywatelstwo i zapisze się do partii, co wzbudzało w niej odrazę. Odmówiła. Dostali nowe lokum, mieli zamieszkać z inną polską rodziną. Jak się okazało, przetrwali wcześniej razem podróż pociągiem. Wszystko zaczęło się układać. Najmłodszy syn zajął się wypasem świń i krów, jego brat Janek dostał się do szkoły mechanicznej, a Bolek dorabiał, naprawiając buty. Jednak gdy Rozalia Garbowska po raz kolejny odmówiła przyjęcia nowego obywatelstwa, dumnie zapewniając, że jej ojczyzna jeszcze się odbuduje, została zwolniona. Znów zaczął się głód, bracia łapali nawet stepowe gryzonie, z których gotowali zupę. Trzeba też było kraść. Mogli jednak liczyć na wsparcie Kazachów, którzy w większości byli przyjaźnie nastawieni. Autor zaprzyjaźnił się z kazachską rodziną, bawił się z dziećmi i gościł u nich na obiadach. Rodzin na zesłaniu nie ominęły jednak jeszcze inne nieszczęścia. Pewnej jesieni wszyscy bracia zachorowali na tyfus, który dziesiątkował ludność kazachskiej wioski, którą zamieszkiwali. Matka zmęczona malarią oraz niepewnością jutra schudła i osłabła. Żarliwie modliła się o powrót synów do zdrowia. Wyzdrowieli, choć wydawało się to niemożliwe.

Przesiedlenie i losy na „Ziemiach Odzyskanych”

Każdy pragnął powrócić do ojczyzny. Przesiedlenie na Ziemie Zachodnie okazało się niezwykle istotnym momentem w biografii autora, stanowiło niejako punkt zwrotny, było też siłą przyspieszającą dorastanie chłopca. Nieświadome i niewinne dziecko stawało się powoli młodzieńcem rozumiejącym cierpienie, tęsknotę i śmierć.
Z początku Rozalia Garbowska i jej dzieci nie wiedzieli, że udają się na Ziemie Zachodnie. Kiedy ich o tym poinformowano, pojawił się lęk, a zarazem nadzieja na lepszą przyszłość. Optymizm zaczął ogarniać wszystkich opuszczających Związek Radziecki, przestano odczuwać strach, w końcu można było normalnie porozmawiać, a nawet zjeść. Kiedy pasażerowie pociągu dotarli już do pierwszej stacji w Polsce, nie mogli opanować wzruszenia. Przez ostatnie lata powrót do utraconego kraju wydawał się nierealny. Roman Garbowski nie krył podekscytowania, jednak nie czuł tego, co odczuwała np. jego matka. Nie rozumiał, co ludzie tak naprawdę widzieli w tym powrocie. Dla niego było to po prostu nowe, ciekawe miejsce.
Szczególnym momentem dla rodziny Garbowskich był przyjazd do Szczecina i wprowadzenie się do nowego mieszkania. Pomimo że zajmowało je niemieckie małżeństwo, obydwie rodziny bardzo się ze sobą zżyły. Rozalii Garbowskiej ułatwiło to start w nowym miejscu, a chłopcom dało poczucie bezpieczeństwa. Rodzina w końcu uświadomiła sobie, że jest w domu. Nareszcie mieli własny kąt. I choć czuli smutek z powodu odebrania dachu nad głową starszym ludziom, którzy spędzili prawie całe życie w tym mieszkaniu, to jednak byli gotowi działać i zmienić swój los na lepsze. Garbowski od razu poczuł się jak w domu. Być może ze względu na swój wiek nie odczuwał aż tak ogromnej tęsknoty za Kresami Wschodnimi. Choć czuł się tam szczęśliwy, równie dobrze wspomina osiedlenie się na Ziemiach Zachodnich. Tym bardziej że jako dziecku łatwiej było mu się zaaklimatyzować. Zaczął chodzić do szkoły, miał pewność, że zdobędzie jakieś wykształcenie, co zaprocentuje w przyszłości. Z łatwością poznawał nowych kolegów. Jednym z nich był Hans (nazywany Jankiem). Obaj chłopcy byli bardzo pracowici i już w tak młodym wieku mieli pomysł na siebie i na to, żeby pomagać innym. Ich przyjaźń była bardzo barwna. Nie było jednak łatwo odnaleźć się w nowej sytuacji. Mimo że Rozalia Garbowska wraz z dziećmi otrzymali dom, to jednak trzeba go było jakoś urządzić, a przede wszystkim utrzymać. Poza tym rodzina Romana Garbowskiego miała tylko jednego dorosłego, więc trudno było wykarmić wszystkich domowników. „Sybiracy” mieli dość duży problem z przystosowaniem się do społeczeństwa. Wyglądali inaczej niż mieszkający tam ludzie, mieli inne nawyki, a przede wszystkim byli inaczej traktowani:

Stołówkę dla przybyłych z Syberii zesłańcom, urządzono w Szkole Podstawowej nr 16 na Gumieńcach. W porze obiadowej ogromna rzesza wygłodniałych obdartusów zapełniała szkolną stołówkę. Stopniowo Sybiracy – jak ich nazywano, byli coraz lepiej ubrani. Jedząc regularnie, odzyskiwali normalny wygląd.

Podczas wojny i zesłania odebrano ludziom prawie wszystko. Roman, który przed wojną ukończył pierwszą klasę, miał początkowo pewne trudności z odnalezieniem się w szkole. Ludzie, zwłaszcza młodzi, stracili swoją tożsamość. Większość nie pamiętała nawet polskich kolęd. Dorosłym też nie było łatwo normalnie funkcjonować. W wielu rodzinach brakowało mężczyzn. Pomimo zakończenia wojny ludzie cały czas się bali. Większość osób czuła się niepewnie w nowym miejscu. Może nie musieli się już obawiać o życie, ale rodziły się w nich nowe pytania: jak będzie wyglądała przyszłość? Czy damy sobie radę? Jak utrzymać rodzinę? Dlatego też cieszyły ich drobne rzeczy, takie jak przystrajanie choinki w święta. Choinki, której większość nie miała już od bardzo dawna.
Wojna to zło, którego nie da się opisać. Ocaleni mieli tę trudność, że oprócz poradzenia sobie w nowym miejscu, z nowymi warunkami, musieli jeszcze zmagać się z piętnem odciśniętym na psychice. Większość nie dawała sobie rady, śniły im się koszmary, nie mogli się wyzbyć nawyków nabytych podczas wojny. Rozalii Garbowskiej przede wszystkim zależało na tym, aby jej synowie znów wrócili do normalnego stanu:

Na zesłaniu cieszył się każdym upolowanym zwierzęciem – powiedział Janek.
– A teraz rozpłakał się nad losem jednego zająca – dodał Bolek.
– Zmienił się wasz brat. Człowieka zmieniają warunki, w których żyje.
Stojąc między nimi, objęła ich ramionami.

Roman Garbowski próbował różnych prac. Od najmłodszych lat pomagał rodzinie, pracując w czasie wakacji. Jednym z ważniejszych miejsc pracy była Techniczna Obsługa Rolnictwa (stanowisko: technik gwarancji).

Od tego czasu, gdy Roman zjawiał się w hali produkcyjnej, był witany serdecznie, poklepywano go po ramieniu. Dziękowano mu, że upomniał się na zebraniu o premię dla pracowników fizycznych.

Duży wpływ na Romana Garbowskiego miała praca w rozgłośni radiowej, gdzie poznał ciekawych ludzi. Praca ta jednak przysporzyła mu późnej wielu problemów. Garbowski był niezależny i głośno wypowiadał swoje zdanie, nie respektował obowiązującej cenzury. Przesłuchiwano go, czy należy do jakiejś organizacji, czy bierze czynny udział w życiu politycznym. Garbowski interesował się także wieloma artystycznymi dziedzinami (np. teatr i film). Od najmłodszych lat wykazywał talent plastyczny. Zgłosił się więc do Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych. Szkoła mu się podobała i bardzo chciał się rozwijać. Rozalia Garbowska, która była opiekuńczą matką, martwiła się o to, jak chłopak poradzi sobie w tej szkole. Nie można zaprzeczyć, że Roman Garbowski niejednokrotnie przysporzył jej wielu trosk. Marzeniem Rozalii Garbowskiej było, aby syn został lekarzem. Wybrał jednak zawód reżysera filmowego. Warunkiem przyjęcia na ten kierunek był dyplom ukończenia dowolnej wyższej szkoły artystycznej. Wybrał wydział operatorski.
Do zdawania do szkoły teatralnej popchnęły Garbowskiego zajęcia, na których poprawiał wadę wymowy. Musiał uczęszczać na te ćwiczenia, aby zostać później nauczycielem. Spotkał tam profesora żywego słowa.

Zafascynowany teatrem z pasją grał w Zespole Dramatycznym przy Łódzkim Domu Kultury. Po zagraniu roli Jakuba, w Głupim Jakubie Tadeusza Rittnera, obsadzono go w roli Nauczyciela, w sztuce Michała Sebastiana Nieznana gwiazda.

Tak potoczyły się dalsze losy związane z teatrem. Autor trafił do Zielonej Góry z zespołem teatralnym. Poznał wtedy Halinę Lubicz, która zaproponowała mu etat w Lubuskim Teatrze. Większość życia zawodowego Roman Garbowski przepracował w tym teatrze. Z wyjątkiem trzech lat kierowania Świebodzińskim Domem Kultury oraz dwóch sezonów w teatrze gorzowskim, gdzie zagrał w sztuce Christophera Marlowe'a Tamerlan Wielki w reżyserii Wiesława Górskiego. Obchodził dwudziestopięciolecie pracy na scenie. Niewątpliwie dużym sukcesem było zagranie w filmie Romana Polańskiego Pianista.

* * *

Motyw gniazda sikorek pojawia się dopiero w finale opowieści. Z jednej strony może być metaforą czegoś kruchego, co można zniszczyć w jednej chwili, a z drugiej strony niezwykle trwałego – miłości. Dwadzieścia lat po przejściu na emeryturę Roman Garbowski z małżonką Janiną zdecydowali się na kupno działki ogrodowej. Na drzewach zamocowali budki dla ptaków, które szybko znalazły mieszkańców. Jedynie domek dla sikorek, na jabłoni, długo czekał pusty. W końcu zadomowiła się tam para sikorek wraz z pisklętami. Rozalia Garbowska, już w sędziwym wieku, lubiła siadać na ławeczce pod jednym z drzew i wsłuchiwać się w śpiew ptaków. Drzewo nazywano nawet „babcinym”. Rozalia mając prawie sto lat, odeszła na zawsze. Wyschło też wtedy drzewo, bo i po co – jak stwierdza autor – miałoby daremnie rodzić owoce. Janina i Roman wciąż słuchali „ptasiego radia”, dopóki niespodziewanie nie ucichło przez burzę, która uchylając drzwiczki domku, doprowadziła do wypadnięcia gniazda. Małżeństwo znalazło jego fragmenty wśród kwiatów jabłoni. Rozalia i Roman Garbowscy bardzo przeżyli tragedię sikorek, dostrzegając w niej podobieństwo do losu rodzin doświadczonych przez II wojnę światową.
Roman Garbowski – człowiek Kresów Wschodnich czy „Ziem Odzyskanych”? Każde z tych miejsc uważa za swoją ojczyznę. Kresy – dom dzieciństwa, „Ziemie Odzyskane” – miejsce wkraczania w dorosłość, samorozwoju, poszukiwania swojej ścieżki. Zdaje się, że nie można jednoznacznie odpowiedzieć na wyżej postawione pytanie. Zresztą – jak pokazuje fabuła Gniazda sikorek – najważniejsze okazuje się to, aby nawet w ekstremalnych warunkach, zmiennych okolicznościach historii być człowiekiem, który ma wyznaczony cel i jest gotowy walczyć o wartości.


1 E. Domańska, Historia ratownicza, „Teksty Drugie” 2014, nr 5, s. 19.
2 M. Czermińska, Miejsca autobiograficzne. Propozycja w ramach geopoetyki, „Teksty Drugie” 2011, nr 5, s. 183-200.