Start Zbliżenia Po prostu przyjemność bycia razem

Po prostu przyjemność bycia razem

O środowisku literackim Gorzowa i Zielonej Góry, latach 70. i pasji czytelniczej z Krystyną Kamińską rozmawia Mirosława Szott

Pochodzi Pani z Łodzi. Tam skończyła Pani studia uniwersyteckie i obroniła doktorat. Jaką była Pani studentką? Gdyby nie literatura, to jaką ścieżkę wybrałaby Krystyna Kamińska?

Kończyłam szkołę średnią, gdy żywa jeszcze była trauma wojny i dlatego wtedy ceniło się fach, czyli taką umiejętność, która będzie przydatna w każdych okolicznościach. Z drugiej strony już zaczęła się nowoczesność, technika, nauka. Bardzo modna była chemia, bo podobno wtedy stał na niej świat. Łódź była dumna z nowej specjalności: chemii spożywczej, czyli jak wtedy się uważało, takiej bardziej damskiej odmiany tej nauki. Naprawdę niewiele brakowało, a wylądowałabym na tym kierunku, bo całkiem dobrze radziłam sobie z przedmiotami ścisłymi. Za jeden z największych swoich sukcesów życiowych uważam piątkę na maturze z matematyki. Na szczęście przyjechał do nas wujek chemik, wtedy dyrektor wielkiej fabryki chemicznej w Szczecinie-Podjuchach i powiedział, że nie ma damskiej i męskiej chemii, bo każda jest równie śmierdząca. W ten sposób szala decyzji przechyliła się na stronę mojej mamy, która czytała bardzo dużo książek i mnie też zaraziła literaturą. Stąd piątka na maturze także z języka polskiego. Na egzamin wstępny poszłam ze świadomością, że powinnam jeszcze się pouczyć, a wtedy egzaminy miały charakter konkursu. Zdałam za pierwszym podejściem. Jaką byłam studentką? Już nie tą z piątkami ze szkoły średniej, bo wtedy na polonistyce dominowała olbrzymia lista lektur. Na pewno wszystkich nie przeczytałam. Natomiast nigdy nie żałowałam, że nie zostałam chemiczką, choć przyznam, że ciągle imponują mi koleżanki z tytułem inżyniera chemii, których sporo pracowało kiedyś w Stilonie.

Od lat 70. pisze Pani rozdział swojego życia na Środkowym Nadodrzu? Dlaczego akurat tu?

Los tak chciał i jeden pan. Na pewno nie żałuję miejsca do życia.

W latach 1974-1979 pracowała Pani w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Zielonej Górze. Rodzi się wówczas zielonogórskie środowisko studenckie, wychodzi pierwszy numer „Faktora” (1975). Jakie wspomnienia zostały z tamtego okresu?

Rozpoczęłam pracę w 1974 r., w którym dotychczasowa Szkoła Nauczycielska zyskała status Wyższej Szkoły Pedagogicznej z uprawnieniami do nadawania tytułu magistra. Wiedzieliśmy, że rozpoczynamy historię humanistycznego szkolnictwa wyższego. Wyższa Szkoła Inżynierska już istniała, ale dla nas, pedagogów, naprawdę nie była tak ważna. Do WSP przyszli wtedy zdolni i samodzielni młodzi ludzie. Dziś nawet się dziwię, dlaczego nie jechali do Wrocławia lub Poznania, a pozostawali w Zielonej Górze. Moim zasadniczym przedmiotem była literatura XIX wieku. Pamiętam, że przeczytanie utworów musiałam ostro egzekwować, ale dyskusje o nich potem były niezwykle ciekawe. Pyta Pani o „Faktora” i inne studenckie sukcesy tego okresu. Wiedziałam o „Faktorze”, ale wydaje mi się, że studentom nie było potrzebne błogosławieństwo wykładowców. Oni się szczycili uznaniem w kraju, ale do współpracy nas nie dopuszczali. Nie przypominam sobie żadnej rozmowy o studenckich sukcesach w gronie
pracowników. Dziś sama się dziwię, że wtedy istniała taka bariera.

W 1994 r. założyła Pani z Ireneuszem Szmidtem Wydawnictwo Artystyczno-Graficzne „Arsenał”. Jaką rolę odegrało ono w historii środowiska?

Wcześniej, bo w 1979 r., dwa dni po egzaminie doktorskim, odeszłam z uczelni i rozpoczęłam pracę w redakcji tworzonego wówczas pisma „Ziemia Gorzowska”. I nigdy nie żałowałam tej decyzji. Zdecydowanie bardziej odpowiadała mi żywa, dziennikarska praca z ludźmi niż drążenie przeszłości. Teraz, po latach, znów mam wielką przyjemność we wnikaniu w czasy odlegle, obserwowaniu przemian, spotykaniu literackich „znajomych”. Ale pewnie także dlatego, że bardzo zmieniła się dziennikarska profesja. Obawiam się, że nie umiałabym pracować w takim pośpiechu i w takiej agresywności, jakiej wymaga obecne dziennikarstwo.
Wydawnictwo założyliśmy z mężem w 1994 r., gdy samodzielność była nie tylko możliwa, ale i frapująca. Najpierw wydawaliśmy gazety lokalne i miesięcznik „Arsenał”, od 1999 r. zamieniony na rocznik, potem tylko książki. „Arsenał” był pierwszym gorzowskim pismem poświęconym wyłącznie kulturze. Nagle okazało się, że kultury w naszym mieście jest całkiem dużo, co dla nas nie było odkryciem, a dla mieszkańców miasta sporym. Nigdy nie narzekaliśmy na brak tematów. Byliśmy też pierwszym w Gorzowie wydawnictwem, które podkreślało potrzebę i wagę pracy nad książką. Po 1990 r. powstało wiele drukarń, które drukowały, co kto chciał. Dużo pracy włożyliśmy w uświadomienie poczatkującym autorom, że nie wystarczy zanieść wiersze do drukarni, aby powstała książka, że jej jakość zależy nie tylko od autora, ale od procesu pracy nad jej redakcją tak merytoryczną, jak i techniczną. W „Arsenale” wydaliśmy 99 książek. Teraz wydajemy je w serii „Biblioteki Pegaza Lubuskiego”, już blisko 90. Były także inne, myślę więc, że w spółce z mężem pracowaliśmy nad ponad 200 książkami.

Jest Pani jedną z najbardziej czynnych kobiet działających w lubuskim środowisku literackim. Systematycznie recenzuje Pani książki w audycji Czesława Markiewicza w Radiu Zachód, pisze Pani dla portalu EchoGorzowa. Poza tym redaguje Pani almanachy, antologie, tomiki poetyckie, monografie. Czy nazwałaby się Pani pasjonatką lubuskiej literatury?

Czytanie książek to sama przyjemność, dzielenie się swoimi o nich refleksjami to już przywilej, z którego chętnie korzystam. Zarówno w radiu, jak i w internecie zajmuję się nie tylko literaturą, ale książkami tematycznie związanymi z Gorzowem i regionem. Za mojego przewodnika po historii i społeczeństwie regionu uznaję Zbigniewa Czarnucha, niestrudzonego regionalistę. Jego książki, opowieści, a przede wszystkim niezliczone wycieczki po polskiej i niemieckiej stronie dały mi wiedzę i świadomość przemian. A literaturę lubuską, głównie tę z północy, znam, bo czytam wszystko, co się u nas ukazuje. Znam wszystkich autorów, co bardzo ułatwia lekturę i zaciekawia, jakie nowe pomysły przynosi kolejna książka. Na pewno znaczący wpływ na te kontakty ma mój mąż, który jest prezesem gorzowskiego oddziału Związku Literatów Polskich i hołubi autorów wszelkich prób literackich.

W powojennej historii regionu to często Gorzów tracił wpływy na rzecz Zielonej Góry (np. 1950 r.). Zobaczmy same początki – to na południu powstaje Lubuskie Towarzystwo Kultury, zaczyna funkcjonować „Nadodrze”. Teraz jakby więcej inicjatyw przejęła północ. Jak ocenia Pani współczesną relację między środowiskiem literackim Zielonej Góry i Gorzowa? Czy możemy wyzwolić się od opozycji podrzędność – nadrzędność? A może w ogóle tego już nie ma między nami?

Od połowy XIX wieku Gorzów był miastem przemysłu, a Zielona Góra miastem winnic. Po utworzeniu województwa zielonogórskiego w 1950 r. w jego stolicy rozwijała się siedziba administracji. U nas byli robotnicy, w Zielonej – urzędnicy. Zrozumiałe więc, że u was rodziły się inicjatywy kulturalne. Po powołaniu u was uczelni wyższych rozdźwięk się pogłębiał. Na szczęście na nas też oddziaływaliście. U nas była Akademia Wychowania Fizycznego, później Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa, dziś już Akademia Jakuba z Paradyża. Ten proces ciągle trwa, a po degradacji podstawowej siły Gorzowa, czyli przemysłu, szale trudne będą do wyrównania. Jeśli chodzi o literaturę, porównania są mało precyzyjne, bo na jej miejsce pracują indywidualności. Gdzie ich więcej? Nie wiem. Obecnie wiele zależy od promocji, reklamy, a na braki w tym zakresie narzekamy wszyscy.

Czy wierzy Pani w powstanie czasopisma integrującego środowisko lubuskie? Czy jest takie czasopismo potrzebne?

Nie wierzę w siłę integrującą środowisko, która będzie miała wpływ na poziom dokonań literackich. Podobnie jak nie ma na to wpływu przynależność do związków twórczych. Środowisko rozumiem raczej jako miejsce kontaktów towarzyskich, rodzenie się przyjaźni, wzajemne wspieranie inicjatyw organizacyjnych, inspiracji. Po prostu przyjemność bycia razem. A w przypadku związków twórczych dochodzi jeszcze tylko akceptacja jakości dokonań. W Gorzowie okazją do takich kontaktów są promocje kwartalnika „Pegaz Lubuski”. Samo ukazywanie się tego pisma od blisko 15 lat daje autorom możliwość publikacji swoich utworów. Obawiam się, że geograficzna odległość 100 kilometrów, z pozoru niewielka, jest jednak przeszkodą w stałych kontaktach zielonogórsko-gorzowskich. Dobrze więc, że wytworzyły się dwa ośrodki, a przyjacielska postawa obu szefów eliminuje ewentualne rozbieżności.

Czym jest dla Pani działalność krytycznoliteracka? Jaki jest jej sens?

Nie mogę nazywać tego, co robię, działalnością krytycznoliteracką, bo nie kieruję się żadną teorią krytyczną. Moje felietony radiowe lub omówienia w internecie i w „Pegazie Lubuskim” nazywam po prostu opowieściami o książkach. W każdym z tych mediów są nieco inne, w radiu najkrótsze, w internecie najdłuższe, choć swojej oceny nigdy nie zmieniam. Staram się informować o różnych książkach tematycznie lub miejscem zamieszkania autora związanych z Gorzowem i północną częścią województwa lubuskiego. A ukazuje się ich dużo. Problem polega na tym, że większość nie jest kierowana do sprzedaży w księgarniach, bo są wydane przy udziale funduszy unijnych wykluczających korzyści finansowe. Ale można je dostać u wydawcy. Każdy może być wydawcą, jednak dystrybucja to już sztuka. Taka sytuacja wymusiła moje miejsce: opowiadam o książkach, zawsze (w internecie) informując, jak można do niej dotrzeć lub jak ja do niej dotarłam. Mam życzliwe echa moich
poszukiwań i ocen.

Co dla Krystyny Kamińskiej jest wyznacznikiem dobrej literatury?

To trudne pytanie. Zazwyczaj czytam te książki literackie, o których już coś wiem, lub mam zaufanie do autora. Niestety, taka selekcja eliminuje przyjemność odkrywania czegoś nowego, ciekawego. Jednak za dużo jest książek na rynku, aby liczyć na odkrycie, działając po omacku. Dla mnie wyznacznikiem dobrej literatury jest to, czy uwierzę w świat przedstawiony przez autora. Nie chodzi tu wyłącznie o realizm: czy uwierzę w jego fantasmagorie, w kreacje jego bohaterów, w język itp. Żeby książka była dobra, muszę w nią wejść. A gdy coś mnie odrzuca – po prostu nie wchodzę.

Jak reaguje Pani na książki grafomańskie (których nie brakuje)? Czy uważa Pani, że lepiej je przemilczeć czy próbować „nawracać” autora?

Nawrócić autora się nie da. Tak myślę. Ma on pełne prawo być wiernym sobie. Nawet gdy pracuję nad ostateczną formą książki, gdy pokazuję autorowi, co mi się nie podoba, zawsze jemu zostawiam ostatnie zdanie. To on bierze odpowiedzialność za treść i formę utworu literackiego. Wiele książek powstaje ze względów terapeutycznych. Przyznam, że one często mnie wzruszają, bo choć nieudolne, niosą jakąś prawdę. Dlatego namawiam do spisywania wspomnień w pierwszej osobie lub w trzeciej. Wszystko jedno. Lubię takie „domowe” książki. Bardziej mnie przeraża ilość tłumaczonych złych książek, bo to forma ich akceptacji. Pewnie jednak nic w tym względzie nie zmienię. Mam tylko jedno wyjście: odkładam i nie polecam.