Start Zbliżenia Janusz Koniusz (1934-2017)

Janusz Koniusz (1934-2017)

Wspomnienie o pisarzu – prywatnie i literacko

W drugiej połowie lat 80. ubiegłego wieku rozpocząłem studia na polonistyce w zielonogórskiej WSP, gdzie udzielałem się dziennikarsko w redakcjach pisma „Faktor” i akademickiego radiowęzła (Akademickie Studio Radiowe „Maczek”, potem „WySPa”) oraz pisarsko w Klubie Literackim Lubuskiego Towarzystwa Kultury i w Grupie Działań Artystycznych „Budowa II”. Spotkania literackie w LTK pozwoliły mi osobiście poznać wielu zielonogórskich literatów, w tym pioniera lubuskiego piśmiennictwa Janusza Koniusza, ówczesnego redaktora naczelnego „Nadodrza”. To w tym właśnie piśmie, organie LTK, wielu rozpoczęło swoją karierę literacką przeważnie od publikacji wiersza. Nie inaczej było w przypadku większości członków Klubu Literackiego LTK, któremu prezesował Jerzy Przybecki, a opiekował się merytorycznie Czesław Sobkowiak. To wówczas miałem możliwość poznać Janusza Koniusza, tego wielkiego Koniusza, o którym wcześniej tylko czytałem, słyszałem i którego wizerunek kojarzyłem, znając jego portrety z okładek książek.

Kiedy wydałem, jeszcze w trakcie studiów, drugi tomik wierszy, otrzymałem propozycję od Janusza Koniusza wstąpienia do Związku Literatów Polskich. W 1992 r. zostałem przyjęty do ZLP. „Nadodrze” już nie istniało, ale Koniusz wraz z Gustawem Łapszyńskim prowadzili kolejne czasopisma – „Głos z Regionów”, potem „Zachód”. Poprzez moją obecność, a potem działalność w oddziale zielonogórskim ZLP miałem możność bliższego poznania Koniusza. Pracowałem wówczas w szkole i zapraszałem go na tzw. pogadanki, czyli spotkania z młodzieżą. Pan Janusz lubił opowiadać o swoich związkach ze znanymi pisarzami, autorami szkolnych lektur. Dzięki jego opowieściom tacy pisarze jak Nałkowska, Borowski, Przyboś, Broniewski, Andrzejewski, Iwaszkiewicz, Wańkowicz, Ważyk przestawali być li tylko nazwiskami znanymi z okładek lektur; uczniowie chętnie poznawali interesujące historie z ich życia, ciekawie przekazane, dzięki czemu postacie te stawały się im bliższe, prawdziwe… Koniusz miał dar oratorski.
Potrafił pięknie i bardzo plastycznie, emocjonalnie opowiadać, chciało się go słuchać, umiał intrygować i zachwycić słuchaczy.
To właśnie te spotkania w szkole, na zebraniach związkowych, na wieczorach autorskich i imprezach literackich zbliżyły nas. Ponieważ mieszkałem tylko przecznicę dalej, Koniusz, wychodząc na spacery z psem do pobliskiego Parku Tysiąclecia, odwiedzał mnie. A ponieważ bardzo interesowała mnie historia regionu i powstania miejscowego życia literackiego, które Koniusz współtworzył, mieliśmy wspólne tematy. Z czasem zakres tematyczny naszych spotkań rozszerzał się, ewoluował. Dużo rozmawialiśmy o historii chrześcijaństwa, o Parandowskim, Kosidowskim, samej Biblii. Wiele utworów poetyckich Koniusza oscyluje wokół tematów religijnych, biblijnych, nawiązuje do mitów i symboliki świata judeochrześcijańskiego. Wystarczy spojrzeć na tytuły jego tomów poetyckich – Z Kaina i Abla, Ład i chaos, Pierworodny grzech słowa, Moje stworzenie świata, Po wyjściu z arki czy ostatni zbiór Na własne podobieństwo.
W 1995 r. postanowiłem zbierać materiały do monografii o życiu środowisk twórczych na Ziemi Lubuskiej. Bardzo pomocni w tej kwerendzie i zbieractwie okazali się Janusz Koniusz i Alfred Siatecki, do którego przychodziłem, kiedy mieszkał jeszcze w wieżowcu na Kaczym Dole. Opowieści Koniusza nagrywałem na taśmy magnetofonowe i później wykorzystywałem wywiady z nim w mojej dysertacji, tworząc cykl wspomnień pionierów lubuskiej literatury.
Jeździliśmy wspólnie do Warszawy, czy to na zjazd Związku Literatów Polskich, czy też na Warszawską Jesień Poezji. To wówczas poznałem Piotra Kuncewicza, Aleksandra Nawrockiego, Bohdana Urbankowskiego, Adama Lizkowskiego czy Jana Pawła Gawlika, z którym raz dzieliliśmy pokój. W trakcie jednej z powrotnych podróży, kiedy wiedziałem już, że nie otrzymam dotacji z miejskich funduszy na wydanie mojej monografii o lubuskim środowisku literackim, Koniusz podrzucił mi pomysł, abym nie zniechęcał się i pisał swoją pracę dalej, a zamiast wydania jej drukiem, zasugerował, abym złożył ją w formie doktoratu. Jak wspominał – sam miał taką możliwość napisania
pracy doktorskiej o znanym malarzu zielonogórskim z okresu baroku Tadeuszu Koniczu. W 1960 r. powstał jego esej Taddeo Polacco z Zielonej Góry z reprodukcjami malarskimi. Na jego bazie Koniusz mógł napisać dysertację, gdyż temat ten był mało wówczas zbadany. Posłuchałem mojego mentora i krótko po tej podróży spotkałem się z prof. Jackiem Łukasiewiczem, który gościł w Zielonej Górze na sesji mickiewiczowskiej. Profesora znałem z konkursu poetyckiego w Lubinie, gdzie był jurorem, a ja otrzymałem nagrodę. Temat zaintrygował profesora i zaproponował otwarcie przewodu. Ponieważ jednak nie mógł być promotorem z uwagi na dużą liczbę doktorantów, których prowadził, poprosił, abym pisał pracę pod kierunkiem prof. dr hab. Joanny Pyszny, specjalizującej się w twórczości Marka Hłaski. A tego znał przecież Koniusz. W ten sposób pan Janusz stał się ojcem chrzestnym mojego doktoratu na Uniwersytecie Wrocławskim.
Nie byłem pierwszym doktorantem prof. Pyszny, ale byłem pierwszym, który obronił pomyślnie pracę. To dodawało dumy. Wiele razy podczas spotkań z prof. Pyszny rozmawialiśmy o Koniuszu, a z Koniuszem o pani profesor, która bardzo interesowała się naszym środowiskiem i literaturą tworzoną w regionie lubuskim. Z naszym regionem kojarzyła właśnie Koniusza, Waśkiewicza, Trziszkę, Papuszę. Żałuję jednak, że Koniusz nie brał udziału w obronie mojej pracy, choć wiem, że bardzo chciał. Przyczyny, głównie finansowo-organizacyjne stanęły wówczas na przeszkodzie. Dziś wydają się one błahe, ale nie wtedy, kiedy cały rok przebywałem na urlopie zdrowotnym, a moja matka doznała udaru mózgu, a później jeszcze połamała się.
Podczas naszych licznych spotkań namawiałem Koniusza do spisania swoich wspomnień ze spotkań ze znanymi pisarzami. Wcześniej takie książki napisali Bronisław Suzanowicz i Zenon Łukaszewicz, a przecież nie znali tej elity polskich pisarzy, którą znał Koniusz. I udało się. Najpierw wyszedł zbiór opowieści Kamień z serca, a cztery lata później Wiązania pamięci. Choć i tak nie wszystkich pisarzy ze swoich wspomnień uwiecznił na kartach książek, czego można tylko żałować, gdyż zawsze barwnie o każdym opowiadał.
Tak się złożyło, że ostatni wieczór autorski Koniusza, na którym promował on swój ostatni tomik wierszy Na własne podobieństwo, miałem zaszczyt prowadzić. Myślę, że ten zbiorek był w pewien sposób pożegnaniem się poety z tym światem, a przynajmniej przeczuciem nieuchronnego. Głęboka czerń okładki, jakby żałobna, biblijne motywy na okładce i wewnątrz tomu pochodzące z inkunabułu Liber chronicarum Hartmanna Schedla, średniowiecznego humanisty, historyka, podróżnika i lekarza z Norymbergii, potęgowały ten nastrój. Ilustracje z dzieła Schedla doskonale współgrają z tematyką wierszy poety, ulubionymi motywami mitologicznymi, religijnymi, eschatologicznymi, soteriologicznymi. Koniusz pozostał na podobieństwo ojca i dziadka górnikiem słowa, przez lata rzeźbił w nim, szlifował, wygładzał niemal jak węgielny głaz:

i jak górnik
zagłębię się w niezgłębioną geologię kopalni
w majestat węgla
by w trójcy świętej ognia
na jeden oddech
ożyć

Koniusz bawił się słowem i żył słowem, przekształcał słowo w poezję, kroił je, rozczłonkowywał i zaglądał do wnętrza, aby wydobyć z niego więcej, niż ono samo sobą określało. Przez niemal całe życie doskonalił warsztat (pisał już w siódmej klasie podstawówki, a mając niecałe 16 lat, wygrał swój pierwszy konkurs na wiersz zorganizowany przez redakcję „Górnika”), doprecyzowywał każdy utwór, skracał go, minimalizował, aby za pomocą jak najmniejszej liczby słów wydobyć jak najwięcej ich znaczeń i przekazać maksimum treści1. Świadczy o tym m.in. wiersz Napis na murze:

Ziemia zapadnie się w ziemię
woda się utopi
ogień w ogniu spłonie
proch się w proch rozsypie

O wcześniejszym tomiku Nic nie było z 2003 r., liczącego ponad 120 tekstów, mającego podobny wydźwięk co ostatni, Konrad Wojtyła pisał, że jest to „materialny dowód tego, co było dla autora endemiczne, co zrosło się z nim przez lata w jedną, nierozerwalną osobowość na poziomie wierszy. Tom to obszerny, w zasadzie »pośmiertny«, a co za tym idzie, trudny do jednoznacznych eksplikacji […]. Poeta brodzi w smudze cienia, rozlicza się z przeszłością. Przegląda się w lustrze minionej epoki, dostrzegając zarazem niepokojący kryzys wiary, wartości, kultury. Ten wybór wierszy […] jest w zasadzie dopełnieniem, twórczości Koniusza. Takie literackie pogrzebanie za życia”2.
Z kolei o całokształcie twórczości poetyckiej autora Tempa krążenia Małgorzata Mikołajczak napisała: „u Koniusza, który swoje liryczne światoodczucie lokalizuje w »łożysku słów«, istotny jest aspekt »exegimonumentalny« i refleksja nad możliwością (czy raczej niemożliwością) trwania – refleksja pesymistyczna, gdyż nawet ocalenie w słowie nie niesie pocieszenia”3. W wierszu Ocalenie poeta bowiem skonstatował: „Za chwilę mnie nie będzie/ Nikt tego nie zauważy”.
Co istotne, przez cały czas pracy literackiej towarzyszył Koniuszowi syndrom „papierowych trzewików”, jakie zakładano do pochówku ubogim4. Pisarz często powracał do tematu ojca5, który zginął w kopalni (podobnie jak dziadek i stryj), do traumatycznych przeżyć z dzieciństwa naznaczonego wojną i okupacją oraz robotniczą biedą i głodem, do mitycznego fatum wiszącego nad losem górniczych rodzin6. O dramatycznych doświadczeniach, które były wszechobecne w jego pisarstwie, wspomniała M. Mikołajczak: „Śmierć ojca to, w sensie dosłownym i przenośnym, pierwsza przyczyna poezji Koniusza. Sięgnięcie po pióro poeta tłumaczy po latach pragnieniem uniknięcia tragicznego losu, wymknięcia się fatalizmowi górniczych doświadczeń”7.
Ostatni wydany za życia poety tomik jest osobistym przeglądem jego życia, wspomnieniem dzieciństwa, lat młodości, przywołaniem matki, ojca, rodzinnego domu, szkolnych i studenckich lat nauki, często sparafrazowanych i ukazanych na tle antycznych, mitycznych lub parabolicznych wydarzeń i ponadczasowych przesłań. Bogata wyobraźnia liryczna i wyszukane obrazowanie przy minimalnej lub delikatnej metaforyce a zwykle silnej i dobitnej puencie – to cechy warsztatowe Koniusza. Ostatnia, szósta część zbiorku to również bardzo intymna i refleksyjna wypowiedź człowieka, który żegna się, który szykuje się do odejścia, który czeka na ostateczność. W wierszu Krzyk podmiot stwierdza: „Chciałem swoją starość/ Na śmierć/ zakrzyczeć”.
Z kolei w wierszu Prośba do ciała mówi otwarcie:

Bądź mężne moje ciało o trzech wymiarach
gdy po dziesięciu plagach egipskich
dopadnie cię zewsząd
czwarty wymiar

Odejdź z podniesioną głową
i równym korkiem
jak na paradzie

W posłowiu do tomiku Na własne podobieństwo Joanna Wawryk napisała, że to „Summa poezji Janusza Koniusza […]. Koniusz jest wierny wypracowanej przez lata poetyce, dąży do kondensacji znaczeń, swoistej jednorodności struktury i wyczyszczenia środków wyrazu ze wszystkiego, co zbyteczne czy jałowe. Ostrze metafory ma być precyzyjnie jak skalpel, bez zgrzytów i wahań w efekcie końcowym, poprzedzonym trudem i zmaganiem się z materią słowa […]. Cyzeluje [poeta] najdrobniejsze elementy utworu […] zbliżając do doskonałości, do i d e a l n e g o w i e r s z a ”8.
Niezwykle trudno – pamiętam – prowadziło mi się ostatnie spotkanie autorskie z Koniuszem – wolałem, kiedy opowiadał o swojej przeszłości, o Zagłębiu Dąbrowskim, Sosnowcu, Niwce, Trójkącie Trzech Cesarzy, emigracji na Ziemie Zachodnie, początkach swojego osiedlenia w Sulechowie, potem w Zielonej Górze i pracy społecznikowskiej w Lubuskim Towarzystwie Kultury, działalności organizacyjnej w Związku Literatów Polskich, pracy dziennikarskiej w „Nadodrzu”, bowiem mówienie o jego ostatnich wierszach niedowołanie pociągało ocieranie się o trudny temat starości, przemijania i śmierci. Teraz wydaje mi się, że Koniusz świadomie przygotowywał siebie i swoje otoczenie do tego momentu, niemal jak Leonard Cohen swoją pożegnalną płytą You want it Darker, triumfalnie oznajmiając: „I’m ready, my Lord”.
W utworze Moja ojczyzna autor wyznaje:

z chorągwią na znak starości opuszczoną do połowy
masztu

z ciągłym brakiem powietrza […]
moje ciało stało się całą moją ojczyzną
której granic nikt nie broni
przed nieustannym szturmem bakterii

Nie inaczej brzmi skarga w liryku Powrót do embrionu:

Spełnia się proroctwo
wygłoszone w każdym języku
o odejściu w tę stronę ziemi
skąd nikt nie powrócił […]
w milczeniu dogasa moje ciało
poza którym nic nie istnieje […]

Wzięty w krzyżowy ogień śmierci
kurczę się
jak embrion

W niezwykle pięknie i mądrze napisanym posłowiu J. Wawryk napisała: „Starość to l o s p r aw i e d o k o n a ny i żadna filozofia sprawy tej nie zmieni. Poeta jest szczery. […] wskazuje na egalitaryzm śmierci. Nie ma wyjątku. Z Heideggerowską mądrością, że człowiek jest bytem-ku-śmierci, nie ma potrzeby się kłócić, tylko można mężnie przyjąć przesądzony już los. Nie ma pocieszenia, żadnego non omnis moriar. Zostaje czekanie na kres w »ojczyźnie ciała«. Walka o […] jeden wiersz, który by unieśmiertelnił poetę, przechodzi w przekonanie, że ostatecznym wierszem jest zapis śmierci”9. Stąd w tekście o wymownym tytule Akt zgonu poeta wyznaje:

Pozostanie po mnie tylko
akt zgonu […]
mój jedyny wiersz
w którym każde słowo
będzie ostateczne
jak życie
i śmierć

W zamykającym tom wierszu Ty autor powiada, że każde życie jest wyjątkowe, jednorazowe, incydentalne i niepowtarzalne, jak owo „stworzenie świata”. Na końcu tego życia, zamykającego człowieczą wędrówkę stoi zawsze śmierć. Ona wieńczy ziemską drogę i jak dodaje Wawryk – „jest zawsze drogą powrotną, prowadzi nie donikąd, lecz do siebie, swoich najgłębiej skrywanych przeczuć i absolutnej pewności – pewności śmierci. Koło się zamyka”10. To było swoiste credo Koniusza – poety, pisarza, dziennikarza, animatora i działacza kultury, pioniera lubuskiego ruchu literackiego, dodajmy – autora szesnastu zbiorków wierszy, czterech tomów opowiadań, dwóch opowieści wspomnieniowych, dziewięciu słuchowisk radiowych i trzech szkiców historycznych, z który dwa były jego współautorstwa. Do tego dochodzi w jego biografii opracowanie redakcyjne czterech tomów pamiętników i wspomnień osadników z cyklu Mój dom nad Odrą, kilku tomów z serii lubuskich podań, legend i baśni, zbioru reportaży o Ziemi Lubuskiej, a także kilku antologii poetyckich autorów Środkowego Nadodrza.
Poeta pracował nad siedemnastym tomem poezji. Dzięki pomocy córki Donaty wiersze te zostaną zebrane i wydane pośmiertnie. Marzy mi się tablica na elewacji domu przy alei Niepodległości, gdzie całe życie mieszkał Koniusz i gościł wiele sław i znakomitości świata literatury; marzy mi się ulica jego imienia, a wreszcie marzy mi się pomnik pioniera lubuskiej literatury – pierwszy w Zielonej Górze pomnik miejscowego pisarza. Na to z pewnością Koniusz nie tyle sobie zasłużył, co przede wszystkim zapracował.


1 Por. Trwanie w dialogu. O twórczych pasjach z Januszem Koniuszem rozmawia Emilia Ćwilińska, [w:] Janusz Koniusz. W 70. rocznicę urodzin, wstęp C. Sobkowiak, Zielona Góra 2003, s. 27-28.
2 K. Wojtyła, Jakbym kulę ziemską obracał w palcach, „Pro Libris” 2004, nr 2, s. 104 i 106.
3 M. Mikołajczak, Słowo wstępne, [w:] Od słowa do słowa. Antologia poezja lubuskiej 2001-2006, pod red. tejże, Zielona Góra 2006, s. 10.
4 Zob. J. Koniusz, Spalony gołąb, [w:] tegoż, Wiązania pamięci, Zielona Góra 1998, s. 37.
5 Zob. tenże, Portret, [w:] tegoż, Dialog w domu. Opowiadania, Poznań 1969, s. 23-31.
6 Por. Trwanie w dialogu... , s. 24.
7 M. Mikołajczak, „Papierowe trzewiki”. Trop autobiograficzny w poezji Janusza Koniusza, [w:] Miejsce i tożsamość. Literatura lubuska w perspektywie poetyki przestrzeni i antropologii, pod red. M. Mikołajczak, K. Gieby i M. Sobczak, Zielona Góra 2013, s. 348.
8 J. Wawryk, Księga powrotu, [w:] J. Koniusz, Na własne podobieństwo, Zielona Góra 2014, s. 111.
9 Tamże, s. 115.
10 Tamże, s. 116.

Robert Rudiak