Start Varia

Varia

Tysiąc lat wspólnych dziejów

Wystawa w berlińskim Muzeum Martin Gropius Bau: Obok: Polska – Niemcy. 1000 lat historii w sztuce była doniosłym wydarzeniem artystycznym, zorganizowanym z okazji pierwszej polskiej prezydencji w Radzie Unii Europejskiej. Współorganizatorem wystawy był Zamek Królewski w Warszawie. Eksponaty wypożyczono m.in. z Muzeum Narodowego w Warszawie, The British Museum w Londynie oraz z Biblioteki Watykańskiej.

Fundamenty wspólnoty
To pierwsza taka wystawa w dziejach stosunków polsko-niemieckich. Jej organizatorzy zmierzyli się z trudnym tematem sąsiedztwa niemiecko-polskiego, z jego powikłaną historią i z pamięcią historyczną obu narodów, niewolną od stereotypów i uprzedzeń. Zorganizowanie tego wydarzenia w Berlinie stało się wyjątkową okazją do przezwyciężenia tych negatywnych emocji i do pogłębienia rozpoczętego po 1989 roku dialogu, ukierunkowanego na budowanie zaufania i współpracę.

Oznaczało to zatem również poruszanie się w kręgu trudnych tematów niemiecko-polskiego sąsiedztwa. Zaakcentowano jednak przede wszystkim to, co przyczyniło się do zbudowania fundamentów wspólnoty kultury, nauki i innych dziedzin, wspólnoty będącej jednym z filarów dzisiejszej Europy. „Bardzo bym chciała – podkreślała Anda Rottenberg, kuratorka wystawy – abyśmy dzisiaj postrzegali naszą europejską tożsamość przynajmniej w takim zakresie, w jakim widział to Wit Stwosz i Kopernik. [...] Oni byli Europejczykami pełną gębą.1 

Do ostatniego eksponatu
Wydarzenie w Martin Gropius Bau cieszyło się ogromnym zainteresowaniem. Gdy zwiedzałam tę wystawę, przed Muzeum widziałam mnóstwo autokarów z Polski. Wśród zwiedzających przeważała polska młodzież w grupach zorganizowanych. Ale nie tylko, bowiem wśród gości było także sporo osób niemieckojęzycznych. Wystawę można było zwiedzać z przewodnikiem lub wypożyczyć bezpłatnie audioguide, dostępny oczywiście również w wersji polskojęzycznej. Berlińska wystawa okazała się zajmująca i ciekawa aż do ostatniego eksponatu, co jest rzadką rzeczą, jeśli chodzi o tego rodzaju wydarzenia, bo na ogół na ostatnie sale nie starcza już sił, przechodzi się je już bez głębszego zainteresowania, z poczuciem przesytu i znużeniem. Tutaj było inaczej, choć ekspozycja była przedsięwzięciem na wielką skalę: pokazano około 700 obiektów w 19 salach o łącznej powierzchni 3 200 metrów kwadratowych. Różnorodność wystawianych eksponatów z pewnością miała tu znaczenie – oprócz obrazów, rzeźb i grafik na wystawie znalazły się także fotografie i filmy (m.in. Ziemia obiecana i Królik po berlińsku).

Największe wrażenie zrobiły na mnie oryginały słynnych dokumentów, było ich na wystawie łącznie 80 rękopisów i 60 starodruków. Tak, na wystawie w Berlinie można było zobaczyć oryginały prawdziwych historycznych „hitów”, doskonale znanych nam z podręczników! Żeby wymienić tylko niektóre: Dagome Iudex – odpis o 100 lat starszego dokumentu, w którym Mieszko I poświadcza oddanie swojego państwa pod opiekę papiestwa. Bulla gnieźnieńska z 1136 roku, w której papież Innocenty II uniezależnia diecezję gnieźnieńską od arcybiskupstwa magdeburskiego. Psałterz floriański, zwany Psałterzem Jadwigi z końca XIV wieku. Akt pokoju toruńskiego z 1466 roku, kończący trzynastoletnią wojnę Polski z Krzyżakami oraz wiele innych dokumentów, będących świadectwami najbardziej doniosłych wydarzeń ze wspólnej niemiecko-polskiej historii.

Postacie z historii
Fundamentalne wydarzenia historyczne, a na ich tle – pamiątki po sławnych postaciach z historii. W jednej z pierwszych sal mszał przypisywany księżnej Rychezie Lotaryńskiej, niemieckiej żonie Mieszka II. Aż trudno uwierzyć, że ta pamiątka liczy sobie około tysiąc lat! Rękopisy Mikołaja Kopernika: listy, dotyczące codziennych spraw związanych z zarządzaniem, które pisał jako biskup warmiński. To było prawdziwe przeżycie móc pochylić się nad tym samym kawałkiem zapisanego papieru, nad którym pochylał się osobiście wielki astronom...

Jest też pierwsza edycja jego epokowego dzieła O obrotach sfer niebieskich, wydanego po raz pierwszy w 1543 roku w Norymberdze. Co ciekawe, egzemplarz pokazany na wystawie pochodził z księgozbioru Johannesa Keplera i był otwarty na stronie, gdzie ten niemiecki matematyk i astronom na marginesie własnoręcznie napisał: certum est! (to pewne!). Spróbowałam się wczytać w skomentowany przez Keplera akapit w dziele Kopernika. Choć bez łacińskiego słownika trudno mi oczywiście było odtworzyć wierne tłumaczenie, bez wątpienia chodziło o rewolucyjne stwierdzenie, iż „Ziemia jest kulą i porusza się dookoła słońca”.

W innym miejscu – świadectwo przyjaznej współpracy pomiędzy literatami niemieckimi i polskimi: rękopis listu Juliana Ursyna Niemcewicza, wysłanego w 1830 roku do Towarzystwa Przyjaciół Nauk z rekomendacją dla Johanna Wolfganga Goethego, który starał się o przyjęcie w poczet członków Towarzystwa.

Jedna z wystawowych sal rozbrzmiewała muzyką. Były to „Tańce polskie” Georga Philippa Telemanna, niemieckiego kompozytora z okresu baroku. W 1987 roku odkryto nieznane dotąd notatki kompozytora, a wśród nich znalazł się nutowy zapis 31 tańców polskich. Zostały nagrane specjalnie na tę wystawę przez zespół pod nazwą Orkiestra Czasu Zarazy.

W Martin Gropius Bau najwięcej znalazło się dzieł malarstwa – aż 250. Między innymi – sławny portret Stanisława Augusta Poniatowskiego w stroju koronacyjnym, pędzla Marcello Bacciarelliego. Świetna parodia Bitwy pod Grunwaldem Edwarda Dwurnika. Luter Wilhelma Sasnala. Najbardziej znanym eksponatem na wystawie był oczywiście Hołd pruski Jana Matejki, pięknie wyeksponowany na zadaszonym dziedzińcu Muzeum. Do obrazu można było podejść bardzo blisko, nawet na odległość około metra.

Wymowne oskarżenie
Na szczególną uwagę zasługują sale poświęcone pamięci II wojny światowej. Tu ekspozycje są oszczędne, niemal bez słów, ale ze szczegółami o wielkiej sile wyrazu. Jednoznaczne. Nie było tu miejsca na grzecznościowe tuszowanie historii. Przejmujące obrazy z cyklu „Rozstrzelanie” Andrzeja Wróblewskiego. Korespondencja więźniów obozów koncentracyjnych z rodzinami. Niemym, ale jakże wymownym oskarżeniem była urna, w której przysłano rodzinie prochy zmarłego w obozie zagłady profesora Stanisława Estreichera. Profesor Estreicher, rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego, w swojej pracy naukowej zajmował się historią prawa niemieckiego i polskiego, interesował się wpływem prawa niemieckiego na średniowieczną Polskę. Zmarł w grudniu w 1939 roku w obozie w Sachsenhausen, aresztowany w trakcie Sonderaktion Krakau, w czasie której wywieziono do obozów koncentracyjnych prawie dwustu krakowskich wykładowców akademickich i studentów.

I czasy powojenne, podzielone na dwa rozdziały: lata przed 1989 rokiem i po tej dacie. Relacje polsko-niemieckie rozdarte pomiędzy dwa niemieckie państwa i rozdzielone żelazną kurtyną. Pamiętna wizyta kanclerza Niemiec Willy Brandta w Warszawie w 1970 roku. Wątek rodzącej się w Polsce „Solidarności” i powrót do normalności w stosunkach niemiecko-polskich po zjednoczeniu Niemiec i wyzwoleniem Polski spod komunizmu.

Zmiana myślenia
Zamierzeniem wystawy Obok: Polska – Niemcy, 1000 lat historii w sztuce było odejście daleko poza, nadal pokutujące u obu narodów, myślenie skażone nacjonalizmem. Stereotypowo, Niemcom i Polakom ciągle jeszcze zdarza się postrzegać siebie nawzajem przez pryzmat postaw etnocentrycznych. Wystawa w znacznym stopniu przyczynia się do zmiany tego myślenia, wyznaczając nowe spektrum dialogu i sąsiedzkich kontaktów. Tysiąc lat dziejów to metafora długiej, wspólnej historii naszych krajów, która ma swoje blaski i cienie. Nie chodzi o to, by usuwać i upiększać cienie, ale – pamiętając o nich – razem podkreślać jasne strony wspólnej historii. Tylko w ten sposób wzajemne zaufanie będzie stałym elementem naszych sąsiedzkich relacji.
Joanna Kapica–Curzytek

1  Sztuka jako świadectwo historii, rozmowa z Andą Rottenberg, „Dialog”, nr 96 (2011).

 

25 lat temu żegnaliśmy na cmentarzu komunalnym w Gorzowie Irenę Dowgielewicz

Powinien to być w naszym województwie lub choćby w Gorzowie rok Ireny Dowgielewicz. Przypadają bowiem w tym roku trzy ważne wydarzenia: 105 rocznica urodzin pisarki, 25 rocznica śmierci, 50-lecie debiutu pisarskiego (Lepszy obiad, Wydawnictwo Poznańskie, 1962). Była to pierwsza książka pisarza Ziemi Lubuskiej, która zwróciła powszechną uwagę krytyki i pozwoliła autorce – cytując słowa Henryka Ankiewicza – „wejść głównymi drzwiami do salonów powojennej polskiej literatury”. Potwierdzeniem tego jest umieszczenie opowiadania Komisja z tego tomu – w zbiorze Polskie opowiadania 1960–63, Czytelnik, 1965.

Jak wspomniałam wcześniej, pierwsza data to – przypadająca w grudniu – 105 rocznica urodzin pisarki (jeśli weźmiemy pod uwagę zapis w dowodzie osobistym). Rok 1917 umieszczony jest na płycie nagrobnej, ale w wielu wcześniejszych opracowaniach (m.in. Leksykon Literatury Gorzowskiej – Wyd. Arsenał; 2003, Pisarze lubuscy – LTK, Zielona Góra, 1981) spotkamy datę 31.12.1921! W pewnym dokumencie rodzinnym, podpisanym przez męża Michała, jest rok... 1918. Pasierbice Ireny Dowgielewicz, obecne na gorzowskiej sesji poświęconej jej twórczości, połączonej z odsłonięciem obelisku (styczeń 1998), skłonne były do akceptacji 1917 roku.

I niech tak zostanie. Warto jednak przypomnieć, że żadnej z tych dat nie prostowała. Dlaczego? „Podczas wojny raz musiałam być młodsza, a innym razem starsza” – wyjaśniała.

Wiązało się to z możliwością podjęcia pracy w czasie okupacji (fabryka drutu, firma budowlana) w Warszawie. W 1937 roku podjęła studia na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej, przerwane wybuchem wojny. Doświadczenia z tych lat przydały się pisarce, kiedy po przybyciu do Gorzowa Wlkp. podjęła w 1946 roku pracę w Witnicy, w Fabryce Mebli; szybko awansując na stanowisko dyrektora. Realia tych trzech lat odnajdziemy w jedynej jej powieści Krajobraz z topolą (Topolnica to właśnie Witnica); Wyd. Poznańskie, 1966.

25 rocznicę śmierci I. Dowgielewicz uczczono w Gorzowie skromnie, ale serdecznie. 21 lutego przy grobie autorki wybitnego opowiadania Przyjadę do Ciebie na pięknym koniu spotkały się delegacje instytucji i placówek kultury, szkół i miłośników twórczości pisarki: Wydział Kultury Urzędu Miasta, Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej, Wojewódzkiego Ośrodka Metodycznego, Klubu Kultury „Jedynka”, Medycznego Studium Zawodowego, Zespołu Szkół Budowlanych (od kilku lat opiekuje się grobem) oraz Stowarzyszenia Inżynierów i Techników Leśnictwa i Drzewnictwa (jedno z inicjatorów i realizatorów budowy pomnika Włodzimierza Korsaka w Parku Górczyńskim odsłoniętego 23 września ub. roku). O tzw. Witnickim okresie I. Dowgielewicz mówił przy grobie Jan Majewski – prezes gorzowskiego Oddziału Stowarzyszenia Inżynierów i Techników Leśnictwa i Drzewnictwa, które czyni starania o to, by w Witnicy w tzw. Żółtym Pałacyku (lub na zewnątrz budynku), który był siedzibą biura Fabryki Mebli, znalazła się tablica, upamiętniająca pracę późniejszej wybitnej pisarki. Zapłonęło wiele zniczy. Niestety, podczas uroczystości nie było przedstawiciela środowiska literackiego. Zebrani wysłuchali kilku wierszy, które odczytała studentka Małgorzata Murawicka.

W najbardziej związanym z naszym miastem poemacie Rzecz o mieście Gorzowie poetka napisała: „Nie od Rzymu, od domu wszystkie drogi”, bo też dom i rodzina były dla niej priorytetem. W jednej z rozmów powiedziała, że zaskoczył ją temat Rodzina i dlatego zgłosiła swój udział w zamkniętym Konkursie Wydawnictwa Łódzkiego na powieść o tej tematyce. Napisała tylko kilka rozdziałów; ręce odmawiały posłuszeństwa. Nie chciała, bo nie lubiła, pracować z magnetofonem. To, co zostawiła w dorobku pisarskim, daje jej znaczące miejsce w polskiej literaturze współczesnej. Podkreślali to krytycy literatury tej miary, co Witold Nawrocki, Henryk Bereza czy Tomasz Burek. „Pisarstwo I. Dowgielewicz zwró- ciło na siebie uwagę w sposób literacko-autonomiczny” – to zdanie H. Berezy (1966 rok) dobitnie określa walor i miejsce jej twórczości. A słowa Zenona Łukaszewicza: „Jestem pewien, że na zawsze swoimi książkami pozostała wśród nas, w naszej życzliwej pamięci. Jak jej bohaterowie...” są kwintesencją opinii, jaką chciałby mieć niejeden lubuski literat. Może warto w tym szczególnym roku powrócić do pomysłu umieszczenia tablicy z okolicznościową inskrypcją, np. z wiersza Notatki ze szpitala, na willi przy ul. Dąbrowskiego. Może nowej Pani dyrektor Wydziału Kultury uda się zrealizować plan z końca lat 90.? Życzę z całego serca powodzenia. Najbardziej przecież zrosła się z ziemią gorzowską. Tak powiedziała w „Tygodniku Kulturalnym” (1974): „Wszak tu przeżyłam najpiękniejsze lata życia [...], tu moja najbliższa ojczyzna, tu jest mój dom”.
Anna Makowska-Cieleń
 

Skradziony pocałunek (Dramat w jednym akcie)

Kto zdobywszy pocałunek nie sięgnął po nic więcej, jest niegodny i tego, co otrzymał.
                                                                                                                     Owidiusz

Osoby
KRYSTYNA
JOANNA
LISTONOSZ

SCENA PIERWSZA
Krystyna siedzi na taboreciku, na środku pokoju. Jest zamyślona, rozmarzona, uśmiecha się sama do siebie. Joanna chodzi wolnym krokiem wokół niej, co jakiś czas przystając i nerwowo gestykulując.

JOANNA Co ty wygadujesz, kobieto? To śmieszne i żałosne! Opamiętaj się! Gdyby nie ja, zrobiłabyś z siebie pośmiewisko! Jak to dobrze, że mnie się poradziłaś, jak to dobrze… (półgłosem) Ciekawe, jak by cię nazywali w dzielnicy? Może „Całuśna Krycha”? Albo wzięliby cię za… no, za osobę, która proponuje facetom seks. (po chwili) To wstyd, tak nie można!

KRYSTYNA (potakując, nieobecnym tonem) Nie można. Masz rację, nie powinni tak o mnie mówić…

JOANNA I nie mówią, bo jeszcze nie zdążyłaś się ośmieszyć, desperatko ty jedna! Kto to widział, żeby kobieta w twoim… to znaczy w naszym wieku, zaczepiała mężczyzn i pytała: „przepraszam, czy to pan mnie pocałował, kiedy siedziałam na ławce?". Też miałaś pomysł!

KRYSTYNA A co? Co innego mogłabym zrobić, żeby go odnaleźć? Może mam czekać, aż ten mityczny facet sam zadzwoni do moich drzwi?

JOANNA Mityczny! Nareszcie sama przyznajesz, że on nie istnieje! To już jakiś postęp…

KRYSTYNA Nie! Przecież wiem, że istnieje. To jest ten jedyny, stworzony dla mnie… Druga połówka jabłka, moja bratnia dusza… Nie wiem tylko, gdzie go szukać… (w rozmarzeniu) Siadłam sobie na ławce, na podwórku. Było chłodno, ale słonecznie. Dziwna rzecz: nie było deszczu, ale mimo to na niebie pojawiła się przepiękna, kolorowa tęcza. Zamknęłam oczy, trochę się zamyśliłam. I właśnie wtedy to się zdarzyło: ktoś mnie pocałował. Poczułam taką chemię… Tego się nie da wyrazić słowami… Niby to tylko pocałunek, a byłam taka szczęśliwa…

JOANNA Kto to był? Nie chciałaś zobaczyć?

KRYSTYNA Nie otwierałam oczu, bo myślałam, że to tylko sen. Nie chciałam się obudzić. Kiedyś już mi się śniło coś podobnego, ale po przebudzeniu okazało się, że całuję poduszkę… Tym razem było inaczej – w miarę upływu czasu coraz bardziej docierało do mnie, że to się dzieje naprawdę.

JOANNA To ile ten pocałunek trwał? Godzinę?

KRYSTYNA Nie mam pojęcia. Podobno każdy sen trwa tylko dziesięć sekund, ale po przebudzeniu i tak wydaje się, że zajmował całą noc… (wzdycha) Otworzyłam oczy, zerwałam się na nogi, rozglądałam się na wszystkie strony, zajrzałam we wszystkie zakamarki naszego podwórka… Nikogo nie znalazłam.

JOANNA Bo to było tylko złudzenie…

KRYSTYNA Żadne złudzenie! To zdarzyło się naprawdę!

JOANNA Dobrze, przypuśćmy na moment, że się zdarzyło. I co dalej? Co w końcu zamierzasz zrobić?

KRYSTYNA No, chcę odszukać tego faceta… Chcę poznać prawdę!

JOANNA (z ironią) Ciekawe, jak to zrobisz. Dasz ogłoszenie?

KRYSTYNA (ożywiona) A wiesz, że to całkiem dobry pomysł?

JOANNA To wcale nie był pomysł! To był żart…

KRYSTYNA Tylko ten, żaden inny! Muszę go odnaleźć!

JOANNA (śmieje się) W takim razie zrób tak, jak planowałaś: poświęć resztę życia na wypytywanie i całowanie wszystkich facetów po kolei! Pocałunek prawdę ci powie, dzięki niemu odnajdziesz tego jedynego… (obejmuje Krystynę, całuje ją w policzek) A teraz już na poważnie, Krysiu! Kiedy spotkasz faceta, który – jak sądzisz! – mógłby ewentualnie być tym, o kim mi mówiłaś, to w trakcie rozmowy dyskretnie, niby tak mimochodem, pół żartem pół serio, opowiedz mu o tym, co ci się przydarzyło. Ale nie mów o sobie – powiedz, że to się zdarzyło twojej przyjaciółce. Wtedy zobaczysz, jak on zareaguje, jak się zachowa, co na to powie. I od razu będziesz wiedziała, czy to ten. Nawet bez całowania.

KRYSTYNA A jeśli znajdę tego jedynego, a on będzie brzydki, stary i biedny? Co wtedy?

JOANNA No, nie wiem… (po chwili zastanowienia) Uważasz, że mogłabyś poczuć tę chemię do kogoś brzydkiego, starego i biednego?
KRYSTYNA Raczej nie…

JOANNA Sama widzisz… Zresztą ideałów na świecie nie ma, istnieją tylko zwykli ludzie, którzy nie są doskonali i mają wady. Tak naprawdę to nie kocha się za zalety, kocha się pomimo wad.

KRYSTYNA Pewnie masz rację…

JOANNA Wiesz co? Musisz w końcu wyjść z tej depresji, odprężyć się trochę. Co powiesz na małą wyprawę do centrum handlowego?

KRYSTYNA Kiedy?

JOANNA Teraz!

KRYSTYNA Dobrze. Ale wiesz, nie mam za dużo pieniędzy do wydania…

JOANNA Ja też nie mam, ale się nie martwię: czego nie kupimy, na to przynajmniej popatrzymy. Nic tak nie koi nerwów, jak zakupy!

KRYSTYNA Zgoda. (wstaje) Musimy też pójść na kawę.

JOANNA Nareszcie zaczynasz gadać do rzeczy. Chodź, tylko załóż coś na siebie, bo jest chłodno.

KRYSTYNA Czego bym nie ubrała i tak nie będę wyglądać jak Bożena. Tej to dobrze…

JOANNA Chciałabym być taka, jak ona. Nie tylko po to, żeby mieć jej urodę, ale wiesz… Żeby mieć w sobie to coś, co sprawia, że wszyscy cię uwielbiają. Tego się chyba nie da wszczepić…

KRYSTYNA Niestety… Wychodzą z pokoju. Przez chwilę słychać ich krzątaniną w przedpokoju, a potem kroki i zgrzyt klucza w zamku.


SCENA DRUGA

Krystyna stoi przed lustrem, czesząc i układając włosy. Potem odkłada grzebień i dokładnie przygląda się swojej twarzy, szukając ewentualnych defektów urody. Dzwoni telefon. Krystyna podchodzi do sofy, sięga po torebkę i wyciąga z niej komórkę. Przykłada telefon do ucha.
KRYSTYNA Aśka? Dobrze, że dzwonisz! (z radością) Słuchaj… Ja już… Już znalazłam! Jak to kogo? No tego… Tego, który mnie wtedy pocałował… (siada na sofie) Nie, nie znałam go wcześniej. On jest akwizytorem czy przedstawicielem handlowym, nie wiem, jak to się nazywa… Robi pokazy sprzętu w mieszkaniach klientów, dlatego często bywa u nas w dzielnicy… Jakieś odkurzacze, maty, lampy czy coś takiego… (z przejęciem) Żebyś wiedziała, jaki jest wygadany! Spotkałam go, jak wychodził akurat z pokazu u sąsiadów. Przywitał się szarmancko i zapytał, czy może ja też bym chciała taki pokaz. Coś mnie tknęło, że może to jest ten, który mnie wtedy pocałował, więc zaprosiłam go do domu; niby po to, żeby uzgodnić datę pokazu. Na pokaz się rzeczywiście umówiłam, ale przedtem opowiedziałam mu tak mimochodem całą historię. Nie, nie, oczywiście, że nie mówiłam o sobie, tylko o przyjaciółce… Tak, tak, pewnie, że byłam dyskretna i zdystansowana. Chociaż tak naprawdę to serce podchodziło mi do gardła z emocji… Wtedy taktownie dał mi do zrozumienia, że to był właśnie on. I wprost mi powiedział, że to ja byłam tą przyjaciółką, o której opowiadałam… (wzdycha) Żebyś ty wiedziała, jaka jestem szczęśliwa… Zgadłaś, zaczęliśmy się spotykać… Czy się całowaliśmy? Pewnie… (filuternie) Nie, nie było tak jak wtedy na ławce. No wiesz, wtedy to było coś jednorazowego i niepowtarzalnego! Ale nie mogę narzekać, teraz też jest wspaniale. On jest naprawdę dobry w tych sprawach… Coś ty, na pewno nie będę o tym mówić przez telefon! Chyba sama rozumiesz… Czy jest romantykiem? Raczej tak, chociaż czasem mi mówi, że miłość jest przereklamowana, że zawsze daje mniej, niż od niej oczekujemy. A poza tym, ma na imię Roman… (śmieje się) Jak on wygląda? Sama zobaczysz. Dał mi swoje zdjęcie, pokażę ci… Nie, nie jest ani brzydki, ani stary, ani biedny… Jesteś teraz w domu? Super! To czekaj, przyjdę zaraz do ciebie i wszystko ci opowiem… Na razie!

Krystyna chowa komórkę do torebki, a później lekkim, radosnym krokiem wychodzi z pokoju. Przez chwilę słychać jej krzątaniną w przedpokoju, a potem kroki i zgrzyt klucza w zamku.


SCENA TRZECIA

Krystyna stoi przed lustrem, czesząc i układając włosy. Potem odkłada grzebień i dokładnie przygląda się swojej twarzy, szukając ewentualnych defektów urody. Słychać dzwonek do drzwi.

KRYSTYNA Chwileczkę! (wychodzi z pokoju, żeby otworzyć drzwi) Kto tam?

LISTONOSZ Poczta!

KRYSTYNA Już otwieram! (słychać, jak otwiera drzwi) Ma pan coś dla mnie?

LISTONOSZ Oczywiście. Zaraz poszukam…

KRYSTYNA To zapraszam do pokoju.

Oboje wchodzą do pokoju. Listonosz sięga do torby, przegląda plik listów.

LISTONOSZ Polecony jest jeden, a zwykłe listy są dwa. Proszę bardzo! (wręcza listy Krystynie) Tylko trzeba tu podpisać…

Listonosz kładzie pokwitowanie na stoliku, wskazuje miejsce na podpis i daje Krystynie długopis.

KRYSTYNA (podpisuje, a potem oddaje Listonoszowi pokwitowanie i długopis) Proszę bardzo… (ogląda koperty swoich listów) Rachunki, jak zwykle rachunki… Mój ojciec zawsze mawiał, że rachunki to najpewniejsza rzecz na tym świecie: życie na ziemi przestanie istnieć, a one nadal będą przychodzić.

LISTONOSZ (z uśmiechem) Chyba coś w tym jest. (zamyka swoją torbę) Drugą tak pewną rzeczą jest miłość.

KRYSTYNA Miłość? (po namyśle) Jest przereklamowana, zawsze daje mniej, niż od niej oczekujemy.

LISTONOSZ Dawać nic nie musi, wystarczy, że jest… (z wahaniem) A skoro już o tym mowa, to ja jeszcze chciałbym…

KRYSTYNA Tak, słucham. O co chodzi?

LISTONOSZ Ja z góry panią przepraszam, bo... (speszony) Proszę mi obiecać, że pani się na mnie nie obrazi.

KRYSTYNA (zaskoczona) Dobrze, nie obrażę się… Ale zupełnie nie wiem, o co chodzi.

LISTONOSZ Bo ja… Ja pocałowałem panią, kiedy pani siedziała któregoś dnia na podwórku.

KRYSTYNA Co? Co takiego?

LISTONOSZ Pamiętam, że było wtedy chłodno, ale słonecznie. Nie padało, ale mimo to na niebie pojawiła się tęcza. Gdybym miał czas, to siadłbym sobie wtedy, żeby odpocząć, ale zostało mi jeszcze sporo listów… Zobaczyłem, że pani siedzi na ławce, taka zamyślona, rozmarzona, piękna… Nie mogłem się oprzeć: podszedłem, pocałowałem panią i ulotniłem się.

KRYSTYNA (z oburzeniem) Po co pan mi to opowiada? Co to za insynuacje? Co pan sobie w ogóle myśli?

LISTONOSZ Szybko odszedłem, żeby pani mnie nie zauważyła. Ale poczułem wtedy – proszę wybaczyć śmiałość! – że właśnie pani jest moją bratnią duszą, drugą połówką jabłka… Poczułem taką bliskość… Tego się nie da wyrazić słowami.

KRYSTYNA Jak pan może! Że niby ja nie zauważyłam, jak ktoś mnie pocałował? Uważa pan, że to w ogóle byłoby możliwe? Co za pomysł! To jakiś absurd!

LISTONOSZ Nie, no… Ja tylko…

KRYSTYNA To dopiero bezczelność! Nie spodziewałam się tego po panu! To jest pańska metoda na podrywanie samotnych kobiet?

LISTONOSZ Nie, kiedy ja naprawdę… Jeśli tak, to bardzo przepraszam.

KRYSTYNA Niech pan zachowa swoje urojenia dla siebie. Jeśli pan jeszcze raz kiedykolwiek będzie plótł takie bzdury, to zadzwonię do pańskich zwierzchników. Powiem im, że pan mnie dręczy swoimi obcesowymi zalotami i zażądam, żeby zmienili listonosza w naszym rejonie.

LISTONOSZ (zrezygnowany) Proszę się nie martwić. Może to wszystko naprawdę mi się tylko przywidziało. Obiecuję, że ani z panią, ani z nikim innym nie będę już na ten temat rozmawiał. Sprawa jest zamknięta… (zarzuca torbę na ramię) Do widzenia. I raz jeszcze przepraszam.

KRYSTYNA Żegnam…

Listonosz wychodzi z pokoju, po chwili słychać, jak zamyka za sobą drzwi wejściowe.

KRYSTYNA (sama do siebie, półgłosem) Coś takiego!

Przez chwilę oddycha głęboko, ale potem uspokaja się. Gładzi dłonią włosy, robi parę kroków. Wyciąga z torebki zdjęcie Romana, trzymając je w dłoni siada na taboreciku, na środku pokoju. Uśmiecha się sama do siebie. Ogląda z czułością zdjęcie, a potem je całuje.
Lech Brywczyński


 

Milczenie

Poza granice języka
Komunikując się z innymi, koncentrujemy się przede wszystkim na słowach i wypowiadanych zdaniach. Staramy się dobierać słowa, aby wyraziły możliwie jak najlepiej to co chcemy wypowiedzieć. Świat pełen jest słów, zapełnianie nimi pustki tylko dla samego mówienia jest cechą naszych dzisiejszych czasów. Przekaz medialny nie znosi ciszy, odzwyczaja nas od niej. Słowa toczą się łatwo i szybko, przez co tracą na swoim znaczeniu. Dlatego zbyt mało wokół nas i w nas milczenia. Coraz mniej jesteśmy z nim oswojeni. W ciszy coraz częściej czujemy się nieswojo, dlatego by ją przerwać – wolimy powiedzieć cokolwiek, by milczenie nam nie ciążyło i nie przeszkadzało. Rzadko też zastanawiamy się nad istotą i wartością milczenia. Nie zauważamy jego sensu i nie doceniamy siły jaką może ono mieć.

Więcej…

 

Co się zdarzyło w Kargowej…

Kozzi Gangsta Film Festiwal 2012
Rok temu burmistrz Kargowej, Sebastian Ciemnoczołowski, rozmawiał ze mną o Festiwalu, który miałby być dedykowany Maćkowi Kozłowskiemu. To pomysł Ciemnoczołowskiego, Zbigniewa Hołdysa i Agnieszki Kowalskiej. Potem spotkaliśmy się w magicznym miejscu na Roztoczu – w Zwierzyńcu, na tamtejszej Letniej Akademii Filmowej. Przechowuję w pamięci sms, jaki po zakończeniu Akademii otrzymałem od Sebastiana Ciemnoczołowskiego: Nasz będzie lepszy!, na który odpisałem bez wahania: Powinien przede wszystkim być inny

Więcej…

 
Więcej artykułów…