Start Varia Historia jednej muszli, czyli powstanie i upadek zielonogórskiej kuźni rocka

Historia jednej muszli, czyli powstanie i upadek zielonogórskiej kuźni rocka

Muszla Koncertowa stała w Zielonej Górze kilkadziesiąt lat. Zlokalizowana w Parku Tysiąclecia, stanowiła jedno z miejsc, do którego mieszkańcy Winnego Grodu szli tłumnie, by oddać się relaksowi i rozrywce. Mimo wspomnianego długiego stażu, w pamięci wielu najbardziej zachowały się ostatnie lata jej istnienia. Wtedy to okupowały ją gromady osobników z irokezami lub długimi włosami, w glanach, czarnych ubraniach i... z instrumentami w dłoniach. To będzie historia o prawdziwej kuźni rockowej muzyki, opowiedziana ustami tych, którzy ją współtworzyli.

Kiedy władze Zielonej Góry zadecydowały o stworzeniu parku w miejscu dawnego cmentarza Zielonego Krzyża, Muszla Koncertowa była jednym z elementów składowych nowego obiektu. Park Tysiąclecia miał być bowiem z założenia miejscem łączącym w sobie sektor wypoczynkowo-spacerowy, sportowy i rozrywkowy. Jak łatwo się domyślić, nasza „bohaterka” miała wchodzić w skład ostatniego. Przez wiele lat odbywały się tam koncerty Orkiestry Zastalowskiej i innych artystów albo po prostu było to miejsce odpoczynku dla zielonogórzan. Po latach rozkwitu zainteresowanie Muszlą niestety mocno spadło i budynek zaczął zamieniać się w ruinę. Tak było do końcówki lat 90., kiedy to miejsce zostało przez miasto oddane osobie, która miała na nie kapitalny pomysł. Było nim przystosowanie budowli pod salę prób, w której młodzi muzycy (a tych, w tamtym okresie w Zielonej Górze w żadnym wypadku nie brakowało) mogliby swobodnie rozwijać swoje umiejętności. Osobą tą był Andrzej Żołądziejewski – były gitarzysta nieistniejącej już grupy Light & Dark. To człowiek doskonale znany w zielonogórskim rockowym światku z racji tego, że jako jeden z pierwszych dał mu tak duże możliwości swobodnego rozwoju.

Rockowa geneza

Żołądziejewski jeszcze zanim rozpoczął działalność w Muszli Koncertowej, prowadził sale prób w różnych miejscach w Zielonej Górze. Wtedy także dowiedział się, jak ciężkie jest to zadanie. W żadnej z wcześniejszych lokalizacji nie gościł specjalnie długo. Z reguły był to rok. Tyle czasu spędził, działając w ognisku muzycznym przy ulicy Krasickiego i w V Liceum Ogólnokształcącym, które wówczas mieściło się przy ulicy Chopina. Nieco dłużej, bo dwa lata, Żołądziejewski zagrzał miejsce w Domu Kolejarza przy ul. Bohaterów Westerplatte. Ogólnie cały pomysł na prowadzenie sal prób był bardzo prosty.

Andrzej Żołądziejewski: Sam chciałem trochę pograć ze swoim zespołem. A że miałem sprzęt, to pomyślałem, że inni może by też chcieli pograć, a nie stać ich. W tamtych czasach było tak, że wpadasz do sklepu muzycznego, a tam jedna gitara i jeden komplet strun. Ciężko sobie to teraz wyobrazić, ale tak było.


Pomysł okazał się być bardzo dobry, bo chętnych do grania w salkach prowadzonych przez Andrzeja nie brakowało. Mało tego – z reguły szli za nim w miejsca, w które przenosił swoją działalność. Podobnie było z Muszlą Koncertową, którą, z tego co pamięta nasz rozmówca, udało mu się przejąć w 1998 roku.

Andrzej Żołądziejewski: W tamtym czasie dostałem też ultimatum z Domu Kolejarza. Było tam wtedy jakieś biuro i gdy ktoś zostawał w nim po 15.00, to od razu wpadał do nas z gębą, że hałasujemy i nie można pracować. Jako że oni dysponowali większą kasą niż my, szefowa obiektu kazała nam się wyprowadzić. Zmartwiłem się tym trochę, ale niedługo potem wpadli do mnie kolesie z jednej z kapel i powiedzieli, że przechodzili obok Muszli Koncertowej w parku. Zauważyli wtedy, że na jej zapleczu jest jakieś pomieszczenie. Udałem się więc do Urzędu Miejskiego, bo to była ich własność, i spytałem o wynajem pod zajęcia muzyczne. Zgodzili się, ale pod warunkiem, że zrobię tam remont. Musisz jednak wiedzieć, że w momencie, gdy przejmowałem Muszlę, był to obiekt zupełnie zdezelowany, z dziurami w dachu... Krótko mówiąc, totalna meta. W miejscu dla publiczności też już niczego nie było.


Początki były zatem bardzo ciężkie. Ostatecznie stanęło na tym, że Żołądziejewski miał jeszcze płacić 900 zł miesięcznie na rok, co i wówczas, i teraz nie jest wygórowaną kwotą. Co do remontu obiektu, okazało się, że jest szansa na jego bardzo sprawne wykonanie. Jak już zostało wspomniane wcześniej, część muzyków, których Andrzej gościł na swoich wcześniejszych salach prób, poszła za nim do nowego miejsca w Parku Tysiąclecia. I to oni bardzo mocno pomogli mu w odrestaurowaniu Muszli. Zespoły nie miały gdzie grać, więc muzycy rzucili się chętnie do pomocy. Zaszło coś na zasadzie pospolitego ruszenia. I to bardzo licznego.

Andrzej Żołądziejewski: Na Muszli było ok. 12 kapel. Licząc, że w każdej z nich było średnio po pięciu chłopa, to razem do pomocy miałem około 60 osób! Nawet jeśli mogła przyjść tylko połowa z nich, to i tak była już silna ekipa. A do zrobienia było sporo. Trzeba było wstawić nowe drzwi, wylać beton na scenę, powstawiać nowe szyby, wyremontować kibel, pomalować... Strasznie dużo roboty.


Wspólnymi siłami udaje się jednak osiągnąć wiele. W zasadzie z niczego powstała sala prób, której standardy nie odbiegały dużo od innych pomieszczeń tego typu w Zielonej Górze. Potwierdzają to również muzycy, którzy mieli okazję szlifować riffy w Muszli Koncertowej. Jednym z nich był Dawid „Gavlish” Kotlarek. Dziś gitarzysta i lider hardcorowej formacji Sophie Scholl, a w czasach Muszli łupiący w metalowym Epitafium.

Gavlish: Tak naprawdę standardem Muszla nie odbiegała jakoś specjalnie od miejsc, w których miałem okazję grać lub gram do dzisiaj. Przestrzeni nie było dużo, ale wszyscy się mieściliśmy. Często wraz z całą masą osób towarzyszących (śmiech). Była toaleta i dach nad głową... Resztą się jakoś nikt nie przejmował. Ważne, że mieliśmy
gdzie grać i się spotykać.


Podobnego zdania jest Tomasz „Ślimak” Siniak, który w czasach Muszli liderował działającemu od 1996, a obecnie już od kliku lat nieistniejącego, black metalowego Goatlord.

Ślimak: Warunki nie były takie złe. Nie ma co narzekać, bo były i są salki prób w gorszych miejscach. Może nie było za dużo powierzchni do grania, ale w fajnym miejscu, parku z klimatem. Radziliśmy sobie zwyczajnie. Zespoły miały ustalone grafiki, sprzęt Andrzeja był na miejscu... Ci, którzy chcieli grać na swoim sprzęcie, z racji niewielkich możliwości przechowywania go, dowozili swój na próby. Zdecydowanie Muszla w rękach i za czasów Andrzeja była jedną z lepszych salek do niego należących, bo osobiście uważam, że poddasze Kolejarza było tragiczne. Ale też tam graliśmy i niewielu marudziło.


Jedynym problemem mogły być niskie temperatury zimą. Tak przynajmniej wspomina to sam Żołądziejewski. Ale szybko potem dodaje, że po jakimś czasie udało się zainwestować w ogrzewanie. To jednak dość mocno zawyżało rachunki, ale grunt, że było ciepło.

Rockowe legiony

Skoro padła tu liczba zespołów, warto wymienić kilka z nich. Sam Andrzej przyznaje się, że po tylu latach ciężko mu przypomnieć sobie chociaż parę nazw grup, które u niego grały, nie mówiąc już o wszystkich. Lepszą pamięcią wykazali się jednak muzycy, których udało mi się na okoliczność tego tekstu przepytać. Padły tu już nazwy metalowych Epitafium i Goatlord. Inne grupy z metalowego worka to: Panteon, Darkespirium czy Inkarnatus. Nie ma co ukrywać, że frakcja preferująca najcięższe odmiany rockowego grania była dominującą na Muszli Koncertowej. Przez jakiś czas próby grała tam również żywa legenda zielonogórskiej sceny, zespół Supreme Lord. Inne stylistyki rockowych brzmień także miały w tamtym miejscu swoich reprezentantów. Moim rozmówcom udało się jeszcze przypomnieć sobie takie nazwy, jak hardrockowe Afterlong i Werner czy punkowe Dywersja i Jugosławia. Koloryt osobowości i gustów był zatem od zawsze dość spory, ale to wychodziło temu miejscu tylko na korzyść. Tak wspomina tamte czasy Mirosław „Mirus” Rosiński, obecnie bębniący w Warfist i obsługujący klawisze w Mystherium, wówczas perkusista Goatlord.

Mirus: Muszla miała swój klimat, to było miejsce spotkań. Przed Muszlą były ławki, na których spotykali się ludzie słuchający muzyki. Czasami po próbie wychodziliśmy z sali, a przed Muszlą było z 15-20 osób. Prawie jak mały koncert i nie było dla nich wtedy ważne, czy pada deszcz, śnieg, czy jest zimno…


W opinii na temat klimatu panującego w Muszli wtóruje swojemu dawnemu koledze z zespołu Ślimak.

Ślimak: Atmosfera w Muszli za czasów prowadzenia salki przez Andrzeja była bardzo dobra. Zespoły, które miały tam próby, raczej żyły ze sobą w zgodzie, utrzymywały dobre kontakty, pomagały sobie, pożyczając sprzęt... W większości do dziś grono osób pojawiających się wówczas i grających na Muszli trzyma się razem, spotyka w życiu prywatnym.


Zdaniem wielu grających tam muzyków, dobra atmosfera na Muszli była przede wszystkim zasługą prowadzącego ją Andrzeja Żołądziejewskiego. Zawsze mówią o nim bardzo pozytywnie i zauważają, że chyba nikt, mimo dużej niekiedy różnicy wieku, nie zwracał się do niego per „pan”. Sam zainteresowany również z dużą sympatią wspomina tamtych ludzi i tamto miejsce. Były nawet momenty, kiedy kapele prosiły go, by nieco z nimi „pojammował”. Zapytany o jakieś zabawne sytuacje z jego relacji z muzykami, po chwili przeglądania zasobów swojej pamięci odpowiedział, że było takich całe mnóstwo. Niestety mało z nich jest sobie w stanie sobie przypomnieć. Zdarza się, że ktoś wyśle mu czasem jakieś stare zdjęcia i wtedy coś zaczyna świtać. Żołądziejewski zauważa też, że gdyby Muszla działała w takich czasach jak dzisiejsze, wtedy tych pamiątek byłoby więcej. W końcu niemal każdy ma teraz opcję nagrywania na swoim telefonie komórkowym. Tak czy inaczej potwierdza, że między nim a zespołami układało się bardzo dobrze.

Andrzej Żołądziejewski: Kiedyś chyba nawet tańczyłem na czyjejś próbie. Nie to, że byłem nachlany czy coś (śmiech)! Po prostu podobała mi się muzyka, którą wtedy grał zespół. Oni z kolei skwitowali to słowami „Łe, jak cieciowi się podoba, to chyba nie jest tak źle” (śmiech). Zdarzało się też tak, że gdy ktoś nie przychodził na próbę zespołu, to grałem w jego miejsce. Ale musiały to być słabsze zespoły, bo ciężko by mi było nadążyć za jakimś rzeźnickim kawałkiem.


Oddajmy jeszcze na chwilę głos Ślimakowi, któremu udało się przypomnieć pewną anegdotę wskazującą na duże poczucie humoru Żołądziejewskiego.

Ślimak: Miło wspominam czas Muszli w rękach Andrzeja. Jako anegdotę teraz, a wówczas fakt, można opowiadać to, co zauważył sam Andrzej. Z jego obserwacji wynikało, że bardzo często przed, w trakcie, lub po naszej próbie padał deszcz. Zaczął więc żartować, mówiąc, że jak patrzy na grafik zespołów, to wie, jaka będzie pogoda, bo gdy gramy my, to pada.


Gabriel Myśliński, który w czasach funkcjonowania salki na Muszli Koncertowej grał na perkusji w grupie Afterlong, również z bardzo dużą sympatią wspomina gospodarza tego przybytku. Jak wynika z jego poniższej wypowiedzi, Żołądziejewski był nawet dla niektórych... obiektem kultu.

Gabriel Myśliński: Jeżeli chodzi o Andrzeja, to gość jest nie z tej ziemi! Zawsze przyjazny i pomocny, nie wtrącał się w to, co grasz, ale zawsze potrafił doradzić. A co ty z tym zrobisz, to twoja sprawa. Ludzie tacy jak Andrzej powinni być czczeni i wielbieni, bo on starał się coś zrobić, czymś zająć młodzież i ją zainteresować. Był źródłem pasji dla wielu, między innymi dla mnie. Bezinteresowny to przesada, bo była to jego praca i z tego żył. Ale nie jest to typ kolesia, który zedrze z ciebie, żeby zarobić. Muzyka była jego pasją i starał się nią zarazić, pomóc tę pasję rozwijać.


Rockowa kuźnia talentów

Wspominane wyżej historie są żywymi dowodami na to, że Muszla była miejscem z fantastycznym klimatem i bardzo inspirującym dla przebywających tam osób. Zainspirowała nawet samego gospodarza tego obiektu do rozpoczęcia nowego rozdziału swojej muzycznej działalności. Dziś Żołądziejewski jest znany głównie z tego, że nauczył gry na instrumentach wielu zielonogórskich rockmanów. Pomimo działalności w trzech innych placówkach przed Muszlą Koncertową, to dopiero w tym miejscu rozpoczął przekazywanie swojej wiedzy na temat gry innym. Ktoś mógłby rzec, że to kolejne świadectwo niesamowitej aury tego obiektu. Powody tej decyzji były jednak o wiele bardziej prozaiczne. Trzeba było skądś brać pieniądze na opłaty, których było niemało. Począwszy od prądu, poprzez gaz, na sprzęcie muzycznym kończąc.

Andrzej Żołądziejewski: Szczególnie szybko szły blachy, ale głośniki ze starych Eltronów również nie ciągnęły zbyt długo. Pomyślałem sobie więc, że aby to wszystko nie popadło zbyt szybko w ruinę, trzeba zacząć jakoś zarabiać. Postanowiłem zatem uczyć innych gry na instrumencie.


Od tego momentu każdy, kto chciał nauczyć się gry na gitarze, basie czy perkusji, miał już gdzie to uczynić. Co prawda sam Andrzej podkreśla, że jego głównym instrumentem zawsze była gitara elektryczna i to tajników gry na niej potrafił przekazać najwięcej. Adepci basów czy bębnów mogli jednak podłapać od niego trochę podstaw. Żołądziejewski wspomina też, że za czasów uczenia gry wypracował własny system rozpisywania utworów na tabulatury. Wyglądały one nieco inaczej niż tradycyjne zapisy tego typu, ale ich sedno, czyli oznaczenia poszczególnych progów na strunach i określenie tempa kawałka, zostały zachowane. Ta rzecz spełniała w zupełności swoje zadanie, choć jej twórca sam przyznaje, że proces produkowania takich tabulatur, był bardzo żmudny. Wspomina, że niekiedy poświęcał na rozpisanie jednej połowę czasu przeznaczonego na zajęcia. Zapytany o efekty swojego nauczania, odpowiada skromnie, że wiele przychodzących do niego osób posiadała już jakieś
umiejętności. Ma jednak na koncie ucznia, który studiował po lekcjach u niego na wydziale jazzu Akademii Muzycznej w Katowicach.

Andrzej Żołądziejewski: Koleś jest gitarzystą. Zanim zaczął studia w Katowicach, poszedł do szkoły im. Krzysztofa Komedy we Wrocławiu. Przyjechał do mnie któregoś razu i mówi, że komisja zbaraniała, gdy usłyszała, co miał do zagrania. Stwierdziłem, że to bardzo dobrze, bo nie zmarnowaliśmy czasu. Ale zawsze wychodziłem też z założenia, że takie osiągnięcia to zasługa tych ludzi, a nie moja. Ja tylko dawałem im pewne wskazówki, a to oni przesiadywali masę czasu z gitarą w rękach.


Trochę doświadczenia w nauczaniu innych Andrzej zebrał podczas swojego zagranicznego wyjazdu na międzynarodowe warsztaty muzyczne. Co ciekawe, został tam zaproszony jako jedyny przedstawiciel z Polski. Okazało się, że był on jedną z pierwszych prywatnych osób w naszym kraju, które miały zarejestrowaną działalność tego typu. To było dla niego bardzo dobre doświadczenie, ale nie ukrywa, że przeżył spory szok, zestawiając opowieści gości z krajów skandynawskich czy Wielkiej Brytanii z jego własną „muszlową” rzeczywistością.

Rockowe misteria

Muszla Koncertowa to oprócz szlifowania materiału na sali prób i nauki gry na instrumentach miejsce tętniące dobrą zabawą i imprezami. Co ciekawe, niemal żadna z przepytywanych przeze mnie osób nie potrafiła sobie przypomnieć jakichś pikantniejszych szczegółów związanych z balangami w tamtym obiekcie lub jego okolicach. Niektórzy mówili coś o zorganizowaniu tam imprezy sylwestrowej, ale na tym wspomnienia się urywają. Nie zatarła się jednak pamięć o koncertach odbywających się na „muszlowej” scenie. W sumie było ich trzy. Występowały na nich oczywiście zespoły grające próby w Muszli. Każdy, kto miał wówczas z tym miejscem coś wspólnego, wspomina te wydarzenia jako klasyczny przykład filozofii „D.I.Y.”, czyli „Do It Yourself”. Aby nagłośnić odpowiednio występy, każdy przyniósł, co tylko mógł. Nie było też problemów z udostępnianiem sprzętów innym. Każdy z moich rozmówców uczestniczył w tych koncertach, zarówno jako widz, jak i muzyk. Jak prezentują się te wydarzenia, widziane ich oczami?

Ślimak: Tak, faktycznie były koncerty. Czy trzy, to nie jestem pewien... Na pewno dwa, bo w jednym brałem udział z zespołem, grając m.in. w towarzystwie Darkespirum, a w drugim jako widz. Wtedy grał m.in. Werner. Atmosfera była spoko, na obu imprezach było sporo ludzi. Nie pamiętam, żeby były jakieś burdy, rozróby itp. A był to jeszcze czas, gdy można było spożywać legalnie alkohol w miejscach publicznych. Z racji muzyki z dominacją rocka i metalu, imprezy te były raczej dla młodych i taka publika wówczas tam przebywała.

 

Mirus: Pierwszy raz uczestniczyłem w koncercie jako widz. Właśnie przyjechałem wtedy z Pomorza – pamiętam wielki deszcz, kiedy występował zespół Panteon. Drugi raz graliśmy z Goatlord. Ludzie fajnie bawili się podczas naszego występu. A na trzecim koncercie niestety mnie nie było.

 

Gabriel Myśliński: Grałem na dwóch pierwszych koncertach. To była zajebista sprawa, bo gromadzili się tam ludzie, których się znało – przyjaciele i przyjaciele przyjaciół. Wszyscy pozytywnie nastawieni na muzę. Pamiętam, że sprzęt był zbieraniną, ktoś zawsze przyniósł coś, co miał dobrego i nie bał się tego udostępnić. Wiem, że zawsze impreza była przednia. Ja osobiście tak nie za bardzo pamiętam końcówek. To był czas, kiedy królował szlachetny trunek o nazwie „Czarna Perła”.

 

Gavlish: Brałem udział w dwóch imprezach jako muzyk, wraz z Epitafium. Pamiętam je do dzisiaj. Panowała wspaniała atmosfera, a w każdym koncercie brała udział spora publika. Grało kilka zespołów reprezentujących różne gatunki muzyczne, od punka, przez rocka, po metal. Ale nikomu to nie przeszkadzało w dobrej zabawie.


I chyba szkoda, że tylko tak mało odbyło się koncertów na Muszli. Jak zauważają niektórzy z moich rozmówców, najlepszy w tych imprezach był brak podziałów, jakie da się ich zdaniem zaobserwować na współczesnej scenie muzycznej. Chodzi tu przede wszystkim o wspieranie różnych odmian muzyki rockowej, niezależnie od tego, której z nich słucha się samemu na co dzień. Nawet Andrzej Żołądziejewski, który choć pytany o wspomnienia z Muszlą często z trudem wraca do wielu z nich, koncerty pamięta najlepiej. Dla niego to również były jedne z jaśniejszych momentów prowadzenia tego obiektu, które pokazywały jedność przebywającej tam ekipy.

Andrzej Żołądziejewski: Ogólnie idea koncertów była taka, że jak ktoś ćwiczy materiał na salce, to chce go zaprezentować publice. A że w tamtych czasach wszędzie robiono kapelom jakieś problemy z graniem na żywo, stwierdziliśmy, dlaczego by nie zrobić czegoś takiego u nas na Muszli? Jak się robiło koncerty, to każdy bardzo chętnie pomagał. Jeden porobił plakaty, drugi załatwił coś ze sprzętu, trzeci transport... Ja sam bym tego w życiu nie załatwił. Świetnie się współpracowało i dodatkowo redukowaliśmy sobie koszta, działając wspólnie. Dzięki temu była możliwość grania na żywo. Ludzi też przychodziło bardzo dużo. Raz tylko miałem lekkiego stracha. Na jeden koncert przyszło dużo punków i dość mocno dali w szyję. Zaczęli włazić na scenę, a ja sobie pomyślałem, że jak któryś wpadnie na kolumnę, która nie jest moja, i ją rozwali, to będą niezłe koszta. Ale na szczęście nic się nie stało. Poprosiłem chłopaków, żeby trochę „pokierowali” tym pogo i trzymali ludzi tylko pod sceną (śmiech).


Kiedy Andrzej wspomniał o problemach kapel rockowych z graniem koncertów w Zielonej Górze, nasuwa się pewno pytanie. Czy nie było żadnych kłopotów ze strony sąsiadów, w związku z prowadzeniem tak „głośnego” miejsca jak Muszla? Jak wspomina jego gospodarz wraz z przepytywanymi muzykami, trochę narzekań się zdarzało. Nie były to jednak sytuacje mocno nieprzyjemne. Z perspektywy czasu można nawet powiedzieć, że niektóre były wręcz zabawne.

Andrzej Żołądziejewski: Przy okazji koncertów zdarzało się, że dzwonili ze szpitala, skarżąc się na hałasy i mówiąc, że im pacjenci podskakują na łóżkach (śmiech). Trochę kłopotów było też ze strony mieszkańców bloku, który był położony zaraz za barem stojącym przy Muszli. Raz przyszedł jakiś gość i zdenerwowany się pyta: „Co wy tu małpi gaj robicie?”. Na co odpowiedziałem mu ze spokojem: „Nie, heavy metal”. I właśnie tym spokojem go „zabiłem” (śmiech).


Jeśli chodzi o poważniejsze sprawy, jak np. interwencje policji, to były one zdecydowaną rzadkością. Jeśli się zdarzały, to po godzinie 22.00, gdy część muzyków zostawała po próbach na terenie wydzielonym dla publiczności i robili małe imprezy. Ale nawet jeśli przyjazdy stróżów prawa miały miejsce, kończyły się z reguły upomnieniem, gdyż podczas owych zabaw nie miały miejsca żadne burdy czy chuligańskie wybryki. Zapytany o poruszane zagadnienie Ślimak wskazuje jednak na jeszcze jeden problem, którym nie byli ani mieszkańcy sąsiedniego bloku, ani policja, ani też miłujący ciszę pacjenci Szpitala Wojewódzkiego.

Ślimak: Jakiekolwiek problemy występowały zazwyczaj z powodu przebywających w parku meneli oraz klientów baru położonego na tyłach Muszli. To oni w tym miejscu najwięcej się awanturowali, dewastowali i również zaczepiali grających na salce muzyków. Nie powiem, żeby wszyscy z grających tam próby byli bez skazy, jak to w każdym środowisku. Ale z tego, co osobiście pamiętam, najwięcej problemów w tym miejscu było z powodu klientów baru „Pod trupkami”, w którym to można było kupić fajki na sztuki, alkohol na kubki itp.


Rockowy zmierzch

Ogólnie jednak Muszla Koncertowa w Parku Tysiąclecia była raczej synonimem miejsca, w którym powstawała dobra muzyka, a nie siedliska patologii. Niestety, nawet pomimo dobrej opinii, nie udało jej się zagrzać miejsca na zielonogórskiej mapie rockowej na długo. Pod koniec 1999 roku zapadła decyzja, że obiekt zostanie zburzony, a w jego miejsce wybuduje się skatepark, który znajduje się w Parku do dziś. Wiele osób, w tym oczywiście wszyscy związani w jakiś sposób z Muszlą, nie ukrywało zdziwienia tym stanem rzeczy. Niektórzy nawet do chwili obecnej snują teorie spiskowe na ten temat. Andrzej Żołądziejewski musiał się przenieść ze swoją działalnością
w inne miejsce, którym były pomieszczenia Zielonogórskiego Ośrodka Kultury. Jak przyznaje dziś, było mu smutno z powodu kolejnej przeprowadzki, ale dostrzegał też jej jasne strony.

Andrzej Żołądziejewski: Ogólnie muszę powiedzieć, że urzędnicy umiejętnie mnie wtedy podeszli. Powiedzieli, że remont, który zrobiłem na początku, już nie wystarcza, bo spodziewali się nieco innego efektu. Tłumaczyłem im, że bardziej inwestuję w sprzęt, a nie wygląd budynku. Poza tym nie mam z czego zrobić następnego remontu, bo biorę tylko 8 zł za lekcję. Powiedzieli zatem, że przeniosą mnie w inne miejsce. Miał być nim amfiteatr, co było nawet dobrym pomysłem. Przede wszystkim było tam ciepło zimą, a po drugie, dostałem do dyspozycji dwa pomieszczenia dla zespołów.


Mimo że Muszla odeszła w niebyt, to Andrzej i zaprzyjaźnione z nim zespoły nie zostali bez dachu nad głową. Ale rezydowanie w murach ZOK-u również nie trwało długo. Ówczesnej szefowej Ośrodka po jakimś czasie zaczęło przeszkadzać zbyt częste przebywanie młodych rockmanów na jej terytorium. Głównym argumentem za ich wyrzuceniem miały być zarzuty, że... chłopcy ćpają i piją. Nie pomagały tłumaczenia Żołądziejewskiego, że jeśli istnieją takie przypadki, to jest to margines. Nie powinno to też przekreślać faktu, że ludzie przychodzący na salkę, skupiają się na graniu, szlifowaniu utworów, dyskutowaniu o nich, czyli krótko mówiąc, poświęcają się swojej pasji. Po okołu sześciu miesiącach od przejścia z Muszli Koncertowej do ZOK-u Andrzej musiał szukać nowego miejsca do pomagania rockowemu narybkowi Zielonej Góry.

Rockowy epilog

Wiele wymyślonych riffów, zerwanych strun czy naciągów, pękniętych blach i przede wszystkim mnóstwo wspaniałych przeżyć – to wszystko działo się właśnie w Muszli Koncertowej w Parku Tysiąclecia. Miejscu, które dla wielu na zawsze pozostanie synonimem beztroskiego rockowego grania, a może nawet obiektem kultu. Każdy z moich rozmówców bez wyjątku wspomina je z olbrzymim sentymentem. Mówią o poczuciu wolności, oderwaniu się od szarzyzny i klimacie nie do znalezienia nigdzie indziej.

Gavlish: Muszla dawała przestrzeń, poczucie wolności i niezależności. Była naszym miejscem, azylem i odskocznią od codziennego życia. Integrowała środowisko muzyczne. Muszla pozostanie na zawsze w mojej pamięci. Były to najlepsze czasy mojej młodości.

 

Gabriel Myśliński: Muszlę darzę wielkim sentymentem. Wydarzyło się tam wiele mega momentów, które pamiętam po dziś dzień. Pamiętam próby jako przywilej, rarytas, czas tylko mój. Cztery godziny jazdy i przygody z muzą. Wyładowanie energii i całego ścierwa, jakie młody człowiek w sobie zbiera.

 

Mirus: Pamiętam, jak odbyło się pierwsze spotkanie po zamknięciu Muszli, kiedy urzędnicy stwierdzili, że powstanie tam skatepark. Nagle wiele osób z zielonogórskiej sceny muzycznej przyszło w to miejsce, ponieważ darzyli je wielkim sentymentem.

 

Ślimak: Muszla to kawałek mojego życia prywatnego, wielki sentyment do miejsca, czasu i ludzi… W Zielonej Górze powinno być takie miejsce. Niekoniecznie to, z racji bliskości do bloków mieszkalnych. Jednakże powinno w tym mieście znaleźć się miejsce, w którym ludzie chcący się wyładować, odstresować od problemów życia codziennego poprzez muzykę, mogliby sobie pograć próby, nawet i koncerty, wypić piwko na świeżym powietrzu bez groźby złamania przepisów i oberwania mandatu, pogadać ze znajomymi, poznać nowych.


Od czasu zburzenia naszej „bohaterki” mija w tym roku kilkanaście lat. Andrzej Żołądziejewski kontynuował przez ten czas swą działalność w różnych miejscach. Były to m.in. różne szkoły czy pomieszczenia w budynku biurowca przy ulicy Kożuchowskiej. Aktualnie uczy gry na instrumentach w sali, której właścicielem jest Szkoła Podstawowa nr 18 w Zielonej Górze. Cały czas nie może narzekać na brak zainteresowania, ale jak sam przyznaje, teraz to wszystko odbywa się na innych zasadach. Twierdzi również, że brakuje drugiego takiego miejsca w Zielonej Górze, bo mimo że on wciąż funkcjonuje, to drugiego takiego obiektu jak Muszla nie było już potem w ogóle. Niech jego wypowiedź będzie najlepszym zakończeniem tego artykułu.

Andrzej Żołądziejewski: Ja teraz pracuję z młodzieżą i z dziećmi, ale z tymi, których na to stać. Ale jest część ludzi, których nie stać, a mają talent. Takie osoby są poszkodowane, a nasze miasto powinno stworzyć właśnie coś na wzór Muszli. Ja sam chodziłem do prezydenta w tej sprawie chyba z sześć razy i znowu coś we mnie kwitnie, żeby pójść do niego po raz kolejny i domagać się czegoś takiego. Inwestowanie np. tylko w ludowe chóry śpiewu jest bez sensu. Nie neguję tego, że ktoś może chcieć pośpiewać. Ale nie powinno się inwestować tylko w coś, co jest tanie. Uważam, że miasto powinno działać szerzej na polu kultury.

Michał Cierniak