Start Varia Zamiast ruszyć w Polskę zostałem w Zielonej Górze

Zamiast ruszyć w Polskę zostałem w Zielonej Górze

Podczas zdobywania zawodu nauczyciela rysunku więcej czasu poświęcałem premierom w łódzkich teatrach oraz zajęciom w Zespole Dramatycznym przy Łódzkim Domu Kultury. Kilkoro członków tego zespołu zostało aktorami. Między innymi zielonogórski aktor Cezary Kazimierski, warszawski aktor Bogusław Koprowski. Również ja, zafascynowany teatrem, po uzyskaniu dyplomu nauczyciela rysunku, zatrudniłem się w charakterze aktora-adepta w Państwowym Teatrze Lalek „Pleciuga” w Szczecinie.
Los adepta w teatrze zawodowym nie był łatwy. Na początku pomagałem zespołowi technicznemu w zmianach dekoracji. Od czasu do czasu zagrałem małą rólkę w przedstawieniu. W okresie terminowania pod okiem kierownika technicznego wydarzył się zabawny epizod. Po przedstawieniu w terenie razem z zespołem technicznym rozmontowywałem i ładowałem do samochodu dekoracje. Niosłem właśnie na plecach ciężką skrzynię ze sprzętem elektrycznym. Obok szedł kierownik brygady technicznej z rękami w kieszeniach i wypominał mi, że nie zdążyłem w czasie spektaklu na czas przestawić drabinę, przez co aktor spóźnił się na plan. Puściły mi nerwy. Ostatkiem sił uniosłem skrzynię nad głową i cisnąłem na betonowe podłoże tak skutecznie, że rozpadła się na kawałki, ukazując zwoje kabli elektrycznych. Znakomity w swoim zawodzie pan Adam Tokarski zamiast pomstować uścisnął mnie i powiedział:
– Dojrzałeś. Od dziś jesteś zwolniony od wszelkich zadań technicznych.
Po dwóch latach terminowania na niewielkiej gaży adepta, pojechałem z „Pleciugą” na festiwal teatralny do Torunia. Po spektaklu inspicjent powiadomił mnie, że w kawiarence teatralnej czeka na mnie jakaś tajemnicza dama w kapeluszu. Gdy chciałem przywitać ją tak, jak na to zasługiwała, ściągnęła do dołu moją rękę i oderwała swoją dłoń od moich warg gotowych do całowania. Jej niebieskie źrenice wpatrywały się we mnie badawczo.
– Halina Lubicz – przedstawiła się. – Przy Teatrze Lubuskim w Zielonej Górze powstaje Scena Lalkowa. Angażuję pana. Zapewniam dużo grania, gażę aktorską, pokój w Domu Aktora.
Zanim się opamiętałem, miałem w ręku podpisaną umowę.
Do Zielonej Góry przyjechałem w nocy do nieistniejącego już dzisiaj hoteliku Pod Orłem. O dziesiątej rano na stoliku zadzwonił telefon.
– Witam pana. Marek Okopiński. Jestem dyrektorem Lubuskiego Teatru. Jak tam podróż? Przyjedzie po pana kierownik gospodarczy nyską. Pojedziecie na dworzec po bagaże, a potem do Domu Aktora. Czeka tam na pana umeblowany pokój. Gdy się pan rozpakuje, proszę przyjść do mnie.
Kremowy mikrobus z bagażami zatrzymał się na podwórzu przed Domem Aktora przy ulicy Wandy.
– Bardzo pana przepraszam – zwrócił się do mnie gospodarczy. – Musimy chwilę poczekać w samochodzie, sprzątaczka kończy pastować podłogę.
Podobną propozycję przejścia drogą rozpisanego konkursu do Cudaczka – bo tak nazwano zielonogórską scenę dla dzieci – otrzymała moja żona, Janina Janiak-Garbowska, która w tym czasie pracowała w charakterze choreografa i aktorki w Państwowym Teatrze Lalek „Czerwony Kapturek” w Olsztynie.
Zatrudniliśmy się w teatrze, o którym było głośno w Polsce. Na Kaliskich i Wrocławskich Spotkaniach Teatralnych Lubuski Teatr zdobył: sześć nagród za najlepsze przedstawienie; sześć nagród za scenografię; siedem nagród za reżyserię i osiemnaście nagród aktorskich. Ponadto nagrodę specjalną miasta Kalisz za konsekwentną prezentację sztuk polskich na Kalskich Spotkaniach Teatralnych. Prócz tego Stanisław Hebanowski otrzymał nagrodę za twórczą współpracę literacką z teatrem, zielonogórski Teatr uhonorowano nagrodą Ministra Kultury i Sztuki za twórczość artystyczną w roku 1963, a władze lokalne przyznały Teatrowi nagrodę kulturalną miasta Zielona Góra.
W zespole artystycznym dramatu w tym czasie byli: Danuta Ambroż, Stefania Cybulska, Irena Grzonka, Antonina Girycz, Sława Kwaśniewska, Halina Lubicz, Amelia Szymańska, Halina Winiarska, Anna Wróblówna, Barbara Zgorzalewicz, Stanisław Cynarski, Maciej Dzienisiewicz, Józef Fryźlewicz, Zdzisław Grudzień, Zdzisław Giżejewski, Wirgiliusz Gryń, Aleksander Iwaniec, Jarosław Strzemień, Lech Pietrasz, Bolesław Idziak, Bogusław Jerke, Ryszard Jakubowicz, Andrzej Mrozek, Zygmunt Malanowicz, Henryk Machalica, Józef Michalcewicz, Hieronim Mikołajczak, Zygmunt Szpecht, Andrzej Tyralewski, Zdzisław Wardejn.
Marek Okopiński dbał o swój zespół. Dawał szanse każdemu. W jednej sztuce aktor grał epizod, w następnej główną rolę. Wymagał bezwzględnej dyscypliny. Za spóźnienie na próbę lub przedstawienie karał surowo. Przyjście do pracy w stanie nietrzeźwym kończyło się dyscyplinarnym zwolnieniem.
Natomiast na spotkaniach popremierowych wódki nie brakowało. Techniczni w czasie całej libacji musieli być trzeźwi. Popijali herbatkę i czuwali nad porządkiem. Kto wypił o kieliszek za dużo, był wynoszony na noszach do zaplecza sceny i układany na rozścielonych kotarach. Dwóch technicznych czuwało nad śpiącymi uczestnikami popremierowej biesiady. Marek Okopiński od czasu do czasu przychodził sprawdzić, czy komuś nie jest potrzebna pomoc lekarska. Po imprezie budzono śpiących i rozwożono do domów. Gdy kończyło się przyjęcie techniczni dostawali przechowany dla nich w gabinecie dyrektorskim należny alkohol.
Odchodząc do Poznania, Marek Okopiński zabrał ze sobą sporą grupę aktorów, którzy wyróżnili się później w teatrach i filmach. Mimo że byliśmy z żoną aktorami-lalkarzami, zaproponował nam pójście za sobą. By lepiej nas poznać, kazał w ramach ćwiczenia przygotować sztukę Aleksandra Fredry Świeczka zgasła. Żonie powierzał asystenturę, opracowania choreograficzne i ruch sceniczny. Lecz pani Halina Lubicz zrobiła wszystko, by zatrzymać nas w Zielonej Górze.
Nie wiem, co by nas czekało u boku znakomitego reżysera, ale to, co przytrafiło się nam, młodym aktorom, przybyłym z dużych miast do jednego z najmłodszych teatrów w Polsce, zupełnie nam wystarczyło, by się spełnić.
Aktor, który wiązał się na stałe z takim miastem jak Zielona Góra, zwłaszcza w tamtych czasach, był pozbawiony możliwości współpracy z telewizją, radiem czy filmem. To dzisiaj działają agencje aktorskie, które zajmują się proponowaniem aktorów do filmu.
Pewnego razu zostałem zaproszony do jednej ze szkół lubuskich na spotkanie z widzami. W „Gazecie Lubuskiej” któryś z dziennikarzy mocno przesadził, bo napisał, że odbędzie się spotkanie ze „znanym aktorem teatralnym i filmowym”.
Gdy jeszcze nie myślałem o zawodzie aktora, statystowałem w kręconym w Łodzi filmie Krzyżacy w reżyserii Aleksandra Forda. Scena, w której Zbyszko klęczy przed królem i tłumaczy się, dlaczego zaatakował niewinnego Krzyżaka, w dalszym planie stoi szereg pachołków ze świecami. Jadąc na spotkanie, poprosiłem operatora świebodzińskiego kina, by wyciął mi jedną klatkę z tej sceny. Zapytany o mój dorobek filmowy, wyświetliłem na ścianie slajd. – To jest scena z filmu Krzyżacy – wskazałem na jednego z pachołków – ten to właśnie ja – po chwili poprawiłem – o, przepraszam to nie ten – przesunąłem wskaźnikiem po szeregu stojących ze świecami w identycznych strojach i perukach – raz, dwa, trzy, cztery, pięć... To ten. To jest mój dorobek filmowy.
Po planie filmowym chodziłem ze szkicownikiem, wykorzystując wolny czas na rysowanie. A czasu było dużo, bo na swoją scenę czekałem ubrany w strój kilka dni. Reżyser nie pozwalał nikomu przebywać na planie poza biorącymi udział w zdjęciach. Jeden z asystentów reżysera wypatrzył mnie i głośno wyprosił z planu. Przechodząc w ciszy obok reżysera, który siedział na stylowym zydelku, powiedziałem „przepraszam”. Aleksander Ford, wskazując na trzymaną w ręku teczkę, zapytał:
– Mogę zobaczyć? – Przejrzał rysunki i powiedział: – Pan może zostać.
W czteroosobowym zespole aktorskim Sceny Lalkowej (Janina Janiak-Garbowska, Kira Franciszkowicz, Andrzej Rettinger, Roman Garbowski) graliśmy po kilka ról w spektaklu. W pierwszej sztuce rozpoczynającej działalność Sceny Lalkowej przy Teatrze Lubuskim, Janek Wędrowniczek według Marii Konopnickiej, grałem narratora przed parawanem oraz kilka postaci lalką. Właśnie zszedłem z proscenium za parawan by zagrać Młynarczyka. Za parawanem czekał na mnie zawsze techniczny z pacynką, by szybko nałożyć mi ją na rękę. Rozpoczynałem scenę piosenką. Tym razem techniczny spóźnił się. Obracając się wokół swojej osi, wypatrywałem technicznego, śpiewając pod muzykę puszczoną z taśmy magnetofonowej:
Kręci się wiatrak kręci
Miele nam mączkę miele.
Musiałem zabawnie wyglądać, kręcąc się dookoła. Koledzy pokładali się ze śmiechu. Młynarczyk wszedł na scenę w połowie piosenki.
Czasem graliśmy po trzy spektakle dziennie w bazie i terenie. Widownia pękała w szwach. Granie dla dzieci to niesamowite przeżycie dla aktora. To wspaniali widzowie. Reagują spontanicznie. Są widzami surowymi, ale sprawiedliwymi. Po spektaklu dzieciaki nie szczędziły nam braw, obdarowywały kwiatami, pomagały technicznym rozładowywać i załadowywać dekoracje. Gdy odjeżdżaliśmy, biegły za autobusem, machając wdzięcznie rączkami.
Nie ograniczaliśmy się do bycia z kolegami tylko na próbach i spektaklach. Mieszkanie w Domu Aktora stwarzało możliwości spotkań przy posiłkach, drobnych uroczystościach, wspólnym czytaniu z podziałem na role sztuk teatralnych, prowadzenia do późna rozmów na temat teatru. Sami przygotowywaliśmy drobne realizacje sceniczne na festiwale. Aktorzy przychodzili na próby, nie szczędzili uwag i wszelkiej pomocy. W różnych porach dnia i nocy pukali do nas aktorzy z dramatu, prosząc, by partnerować im przy uczeniu się tekstu do kolejnej premiery.
Ponieważ w naszym pokoju był piec z fajerkami, składaliśmy się i gotowaliśmy wspólne obiady. Pewnego razu Kira Franciszkowicz przyniosła w garnku obrane ziemniaki, by ugotować je dla siebie. Pod ziemniakami ukryła kotlet schabowy. Sprawa wydała się, gdy pokój wypełnił się zapachem gotującego się mięsa.
Byliśmy jedną zżytą rodziną. Na zmianę zajmowaliśmy się pilnowaniem dzieci. Również wakacje spędzaliśmy razem pod namiotami nad jeziorem.
W zespole aktorskim i pomocniczym zawarto kilkanaście małżeństw. Nasz ślub cywilny zawarliśmy w Urzędzie Stanu Cywilnego w Zielonej Górze. Natomiast kościelny odbył się w Olsztynie, tam gdzie mieszka rodzina mojej żony.
Dzieci pracowników teatru grały w sztukach, zatrudniały się w pracowniach pomocniczych przy teatrze. Kilkoro zostało aktorami. Nasze dzieci, Emil i Hanna, grały na scenie, a gdy dorosły: córka odbyła praktykę w pracowni fryzjersko-perukarskiej, zaś syn napisał muzykę do jednej ze sztuk i przygotował wokalnie zespół aktorski.
Ulubieniec publiczności, Zdzisio Grudzień znalazł żonę poza teatrem. Bardzo był szczęśliwy, gdy przyszła na świat córeczka. Po spektaklach szybko biegł do domu. W stolarni teatralnej wykonywał dla niej zabawki. Prowadził staranną kronikę rodzinną. Jest posiadaczem zbioru poświęconego Lubuskiemu Teatrowi.
Jeździliśmy z przedstawieniami w teren autobusami, w których szwankowało ogrzewanie, owinięci w obszerne służbowe szoferskie kożuchy. Graliśmy w salach niedogrzanych, bo szkoda nam było dzieciaków, które dowożono z sąsiednich wiosek na traktorowych nieosłoniętych przyczepach. Często po powrocie z terenu na zespół czekała, ugotowana przez Halinę Lubicz, gorąca zupa.
Całe moje życie zawodowe związałem z Teatrem Lubuskim. Z wyjątkiem trzech lat kierowania Świebodzińskim Domem Kultury oraz dwóch sezonów w Teatrze Gorzowskim, gdzie rolą króla Francji Zygmunta w sztuce Christophera Marlowe Tamerlan Wielki (prapremiera polska 8 marca 1985 r.) w reżyserii Wiesława Górskiego, obchodziłem swoje 25-lecie pracy na scenie. Wykorzystując dodatkowe umiejętności, z tej okazji w holu teatralnym przygotowałem wystawę moich grafik na temat Gorzowskich Spotkań Teatralnych.
Mój jubileusz 40-lecia pracy na scenie świętowałem Opowiadaniami Antoniego Czechowa we własnym tłumaczeniu, własnej adaptacji, scenografii i reżyserii, zrealizowanymi w założonym przeze mnie Studiu Teatralnym „Komedianci” pod patronatem Uniwersytetu Zielonogórskiego. Na spektakl złożyły się cztery jednoaktówki Drogi pies, Złoczyńca, Narzeczony i ojczulek, Oświadczyny, w których zagrałem: Emerytowanego Porucznika Dubowa, Chłopa Denisa, Ojca siedmiu córek na wydaniu Kondriaszkina i Obywatela ziemskiego Czubukowa.
Na scenie „Komediantów”, z okazji Dni Zielonej Góry – Winobrania, w reżyserii Waldemara Mystkowskiego wystawiliśmy w roku 1998 farsę Karla von Holtei’a Trzydzieści trzy minuty w Zielonej Górze. Recenzentka Danuta Piekarska napisała: „Towarzystwo Komediantów zdążyło z premierą sztuki 33 minuty w Zielonej Górze Karla von Holtei’a, wymarzonej wprost na Winobranie”.
Warto wspomnieć z okazji obchodów 60-lecia Lubuskiego Teatru, że przed II wojną światową tą jednoaktówką zrealizowaną w Teatrze Miejskim w Głogowie otwierano zielonogórski teatr.
W zespole „Komediantów” zagrali: Magdalena Ostolska, Beata Sobicka-Kupczyk, Janina Janiak- -Garbowska, Agata Miedzińska, Monika Brzózka, Beata Gomzar, Ewa Wojnowska, Cezary Kazimierski, Janusz Młyński, Sławomir Krzywiźniak, Robert Ostolski, Krzysztof Machalica, Roman Garbowski. Współpracowali: Maria Jolanta Fraszewska (teksty piosenek), Monika i Wojciech Żabiccy (muzyka), Paweł Kraszewski (oprac. muzyczne), Janina Janiak- -Garbowska (układ ruchu w piosenkach), prof. dr hab. Andrzej Ksenicz (konsultacja przekładów Czechowa), Grzegorz Osyczka (oprac. akustyczne). Przemysław Pochanke (światło i dźwięk).
„Komedianci” przeprowadzili szereg akcji charytatywnych, między innymi; granie spektakli dla dzieci powodzian; zabawa w teatr na obozach harcerskich, koloniach, w przedszkolach; wspólnie z telewizją lokalną „51” i firmą teleinformatyczną ITSERWIS przez dziewięć lat prowadziliśmy akcję „Święty Mikołaj czeka”.
W ramach współpracy z Filharmonią Zielonogórską i Lubuskim Biurem Koncertowym, opracowałem dramaturgicznie koncert edukacyjny dla dzieci i młodzieży według muzyki do baletu Ludomira Różyckiego Pan Twardowski. Zaprojektowałem kostiumy i grałem Diabła Kusego. Ten koncert-spektakl w ciągu dziesięciu lat zagraliśmy siedemset razy.
Drugą wystawę rysunków zorganizowałem „za karę” w Lubuskim Teatrze z okazji wystawienia sztuki Jerzego Żurka Sto rąk, sto sztyletów (premiera 28 sierpnia 1981 r.). Był zwyczaj w teatrze, że egzemplarze po zrealizowaniu sztuki należało zdać do sekretariatu. Porucznik ułanów, którego grałem, miał tylko jedną scenę. Wykorzystując wolny czas, szkicowałem w egzemplarzu na stronach niezapisanych tekstem. Sekretarka poskarżyła się byłej dyrektorce i reżyserce tej sztuki Krystynie Meissner. Pani Dyrektor kazała w pracowni plastycznej, jak określiła skarżąca, „zasmarowane” kartki oprawić i wyeksponować w teatralnej kawiarence.
Po zdobyciu eksternistycznie dyplomu aktora- -lalkarza i aktora dramatycznego, otworzyłem przewód reżyserski. Do pierwszej realizacji dyplomowej przetłumaczyłem sztukę rosyjskiej autorki Zofii Prokofiew Wilk w butach. Zecer, który składał do druku materiał reklamowy, wniósł poprawkę i wydrukował Kot w butach. Nadgorliwy drukarz musiał wyrzucić wszystko do kosza i poświęcić całą noc na wydrukowanie od nowa plakatów i programów.
Wilka w butach (ze scenografią Zbyszka Burkackiego, muzyką Emila Janiaka-Garbowskiego, choreografią Janiny Janiak-Garbowskiej oraz w przekładzie i w mojej reżyserii) zagraliśmy gościnnie w warszawskim Teatrze Lalka. Natomiast Telewizja Poznańska nagrała nasz spektakl i pokazała dwukrotnie w programie ogólnopolskim, w ramach Telewizyjnego Przeglądu Sztuk Lalkowych.
Prapremierę polską Wilka w butach (27 kwietnia 1975) poprzedziło zrealizowane na podstawie tej sztuki słuchowisko w Rozgłośni Zielonogórskiej (scenariusz Roman Garbowski, muzyka Emil Janiak-Garbowski, reżyseria Jerzy Glapa, opracowanie akustyczne Zygmunt Galek). W obsadzie aktorskiej znaleźli się aktorzy-lalkarze oraz aktorzy dramatyczni.
Projektowałem lub nadzorowałem scenografie do masowych imprez, takich jak: Ogólnopolska Olimpiada Młodzieży ’99, Dni Zielonej Góry – Winobranie, Międzynarodowy Festiwal Zespołów Folklorystycznych.
W Lubuskim Teatrze wystawiono dwie sztuki z moją scenografią. Były to: Małgorzaty Wower Dama z łasiczką w reżyserii autorki (premiera 13 marca 1993 r.) oraz Janusza Wolskiego Tajemnicza Szuflada w reżyserii Wojtka Deneki (premiera 6 grudnia 1990 r.).
Przez cały czas, jako konsultanci i instruktorzy współpracowaliśmy z ruchem amatorskim. Przez szesnaście lat moja żona prowadziła w Klubie „Pod Hubą” przy Zielonogórskiej Spółdzielni Mieszkaniowej coś w rodzaju miniszkoły teatralno-baletowej dla dzieci i młodzieży pod nazwą Kabarecik Baj-Baj. Do realizowanych spektakli projektowałem dekoracje, lalki i kostiumy. Prawie za każdym razem wracaliśmy z ogólnopolskiego festiwalu jako pierwsi. Byliśmy również najlepsi na międzynarodowym festiwalu 28. LOUTKARSKE CHRUDIMI w 1979 r. Telewizja czeska pokazała fragmenty naszych spektakli oraz wywiad z reżyserem i scenografem.
Kilkoro uczestników Baj-Baju zostało aktorami lub tancerzami.
Uczniowie Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Zielonej Górze do pracy dyplomowej, pod naszym nadzorem, projektowali i wykonywali scenografie dla zespołów teatralnych. Studenci Wydziału Pedagogiki Kulturalno-Oświatowej zielonogórskiej uczelni w Baj-Baju zaliczali praktyki.
Oboje z żoną jesteśmy na emeryturze. By nie stracić kontaktu z zawodem, założyliśmy Studio Teatralne „Komedianci”.
Grzegorz Lipiec, szef kina niezależnego „Sky Piastowskie” oraz Marzena Więcek, dyrektor Lubuskiej Szkoły Filmowej i Telewizyjnej powierzają mi zadania aktorskie w swoich filmach. Czasem udaje mi się wygrać casting do filmu lub serialu.
Niestety, nie otrzymuję propozycji z macierzystego Teatru. Tak jak i inni aktorzy. A to jak poniżej:
• Filmowego i teatralnego aktora Jerzego Śliwę nie zobaczyliśmy już na scenie, mimo że po przejściu na emeryturę postanowił zostać na Ziemi Lubuskiej i to w znaczeniu dosłownym.
• Zdzisław Grudzień przez jakiś czas „grał”, nie gorzej niż na scenie, „rolę” radnego oraz rzecznika praw mieszkańców Zielonej Góry przy Urzędzie Miejskim.
• Jerzy Glapa z powodzeniem pełni funkcję świeckiego mistrza ceremonii pogrzebowej.
• Sławek Krzywiźniak ma swoje Studio Teatralne „Guliwer”.
• Małżeństwo Beata i Robert Belingowie założyli Teatr Trójkąt.
• Zostali również w Zielonej Górze młodsi aktorzy, którzy część swego życia poświęcili temu miastu.
Gdy Teatr stał się dla nich niegościnny, znaleźli sobie inne zajęcie.
Niestety, większość kierowników artystycznych Teatru nie zawsze pamiętała również o byłych pracownikach działów pomocniczych, bez których trudno wyobrazić istnienie teatru. Oni przecież razem z zespołem artystycznym tworzyli historię tego teatru.

Roman Garbowski