Start Varia Co ona takiego miała, czego inni nie mają

Co ona takiego miała, czego inni nie mają

W 200. rocznicę napisania Dumy i uprzedzenia Jane Austen.

Kiedy powieść zostaje uznana za klasykę, oznacza to, że albo została napisana z niezwykłym talentem, albo przedstawia wielkie sprawy, spektakularne sceny i ponadczasowe wartości. Najlepiej jest, jeśli posiada wszystkie te cechy. A jeszcze lepiej, aby autor był noblistą. Wówczas na pewno przeczyta ją każdy, kto ma wysokie ambicje czytelnicze i kulturalne. I na pewno nie będzie żałować. Na pewno będzie to czas spędzony w sposób wartościowy. W końcu klasykiem nie zostaje się tak zupełnie bez powodu. Jak często jednak zdarza się, aby powieść, która teoretycznie jest „tylko” romansem, nie tylko dostała się do ścisłego grona literatury klasycznej, ale jeszcze była czytana po prostu dla przyjemności, a nie tylko dla zaspokojenia ambitnych założeń czytelniczych?
Pomimo pewnych trudności, jakie autorka miała przy wydaniu niektórych swoich powieści, twórczość Austen dość szybko zdobyła sławę. Przyszło jej to w sposób jak najbardziej naturalny: po prostu była w tym dobra. Nie można było tego nie zauważyć i nawet jeśli ktoś nie przepada za romansami, musi przyznać jej talent. Możliwości promocji i reklamy na początku XIX wieku były raczej ograniczone, więc informacje o jej powieściach przekazywano ustnie, znajomi znajomym. Metoda ta, współcześnie nieco zaniedbana, okazała się niezwykle skuteczna i powieści Jane Austen były i są czytane i lubiane, nieprzerwanie od dwustu lat. I już teraz, z dwustuletnim wyprzedzeniem, gratuluję każdemu współczesnemu pisarzowi, któremu uda się ten sukces powtórzyć.
Z jej siedmiu ukończonych powieści, na podstawie sześciu nakręcono filmy, zresztą w większości bardzo udane, chociaż nie wszystkie utwory Austen są jednakowo cenione przez producentów filmowych. Tak więc Opactwo Northanger doczekało się zaledwie dwóch adaptacji, natomiast Dumę i uprzedzenie oglądać można w jednej z jedenastu wersji kinowych i telewizyjnych. Ta lista z pewnością nie jest jeszcze zamknięta.
Niezliczone są eseje, recenzje i omówienia twórczości Jane Austen, najczęściej bardzo pozytywne. Wiele z nich to arcydzieła same w sobie, prawie wszystkie słuszne. Nie brakuje w nich należnych autorce pochwał i w ogóle niczego w nich nie brakuje. Czasem tylko jest w nich czegoś za dużo: klasyfikacji. Austen pisała romanse i miała ogromne poczucie humoru. Liczne cytaty z jej powieści wciąż mogą być ozdobą każdej literackiej, salonowej lub kawiarnianej konwersacji. To wiemy. Miała swój styl i światły umysł. Głosiła chwałę małżeństwa z miłości, ale zachowywała jego zdrową, trzeźwą wizję. Tylko co tak naprawdę myślała, pisząc swoje utwory? Czy rzeczywiście miała zamiar umieścić w nich głębokie przesłanie? Czasami mam wrażenie, że nie tylko sama świetnie się bawiła przy pisaniu, ale również po prostu dawała sobie i innym prawo do pisania i czytania właśnie romansów, gatunku lekko pogardzanego przez takich czytelników, co to „tylko ambitną literaturę...”. Opactwo Northanger, powszechnie uważane za parodię powieści gotyckiej, wydaje się być raczej apologią gatunku. W tej powieści autorka kilkakrotnie broni powieści, zwłaszcza romansów, byle tylko styl dobrze świadczył o inteligencji i talencie autora.
Jane Austen jest mistrzynią równowagi w ocenie charakterów i sytuacji. Nie spotyka się w jej powieściach czarnych charakterów, a te negatywne stanowią najczęściej doskonałą pożywkę dla jej humoru. Wykorzystuje ona zazdrość, plotki i obmowę, aby w pełni rozwinąć swoją zdolność wychwycenia najśmieszniejszych cech charakteru, zwłaszcza u tych, którzy chcą wypaść bardzo poważnie, jak również śmieszności nakazów i zwyczajów swojej epoki. Panna Bingley używa obmowy, aby zniechęcić pana Darcy do Elizabeth, przeciwstawia własną elegancję i pozycję niskim koneksjom rodziny Bennet. W rezultacie traci tę elegancję i maniery. Maria Bertram, której życiowym celem jest korzystne zamążpójście zgodne z wymaganiami obowiązującymi w jej sferze towarzyskiej, uznaje, „że jej oczywistym obowiązkiem” jest małżeństwo z pewnym bogatym, młodym człowiekiem, obdarzonym „zdrowym rozsądkiem, ale niczym więcej”. Obie rodziny są przekonane o słuszności tej decyzji po przetańczeniu przez parę „odpowiedniej ilości tańców na odpowiedniej ilości balów”. W tamtych czasach takie decyzje i ich motywy były bardzo czytelne i przejrzyste.
W swoich powieściach Austen jest bardzo kobieca, wraz ze wszystkimi elementami tej kobiecości. Porusza ona sprawy miłości i małżeństwa, ważne role grają też pieniądze, pozycja społeczna, bale, flirt, plotki, moda, uroda, charaktery i wartości moralne. Te ostatnie potrafią nawet samodzielnie przejąć główną rolę, jak to było w przypadku Mansfield Park i przesympatycznego, choć śmiertelnie poważnego Edmunda Bertrama. Jest kilka rzeczy, którymi autorka wyraźnie gardzi, a raczej sprawia, że to czytelnik nimi gardzi. Są to między innymi obmowa i małżeństwo dla pieniędzy. Sama Jane Austen ostatecznie odrzuciła możliwość małżeństwa z zamożnym człowiekiem, którego nie kochała. Z drugiej jednak strony, potrafi ona uszanować rozsądek, który, obok wielkiej miłości, wskazuje na konieczność posiadania pewnych środków utrzymania rodziny. Na przykład pani Price, która wbrew rodzinie wyszła za ubogiego porucznika, staje się uosobieniem wielkiej pomyłki.
We wszystkich powieściach autorka zwraca szczególną uwagę fakt, że nie opisuje ona drobiazgowo wyglądu swoich bohaterek. Wygląd Jane, najładniejszej z sióstr Bennet, w ogóle nie jest opisany. Wiadomo, że „nie była tak lekka jak Elizabeth”. Sama Elizabeth opisana jest, zresztą niezbyt życzliwie, dopiero przez jej rywalkę, pannę Bingley. Są wyjątki. Na przykład uroda Harriett Smith w Emmie jest przedstawiona szczegółowo, bo uosabia ona ideał piękna obowiązujący w tamtej epoce. Natomiast sama Emma jest po prostu „piękna”. I wystarczy. Czyżby nie było to dla autorki istotne? Współcześni autorzy, a zwłaszcza autorki, nie pozostawiają czytelnikowi cienia wątpliwości, że ich bohaterki są szczupłe i długonogie. Ciekawe, że pomimo tego wyraźnego braku wyraźnych opisów szczegółów urody głównych bohaterek, który wyraźnie nadawałby powieściom rys „kobiecy”, panie zdecydowanie chcą te powieści czytać.
Atrakcyjność Jane, Elizabeth czy Marianny polega nie tylko na wyglądzie. Brzmi to banalnie i dlatego od razu wyjaśniam, że nie chodzi tu o znany komunał, że „piękno wewnętrzne...” i tak dalej. To akurat często bywa kłamstwem wmawianym mniej ładnym kobietom przez ich bezradnych i nieszczerych przyjaciół. Gdyby tak było, to w pierwszej kolejności odpadłaby Emma, wewnętrznie nieco mniej piękna, bo zbyt pewna siebie i zbyt łatwo oceniająca innych. Jane Austen ceni kobiety z klasą, obecnie często myloną z sukcesem zawodowym, dobrym makijażem i wysokimi obcasami. Wśród bohaterek Austen kobiety z klasą mogą być bardzo eleganckie, jak Emma, lub skromne jak Fanny Price. Co mają wspólnego?
Sofia Nogueira (Portugalia)

Potrafią, każda na swój sposób, zgrabnie wybrnąć z kłopotliwych sytuacji. Bez ukrywania własnych uczuć, ale i bez ich eksplozji, potrafią elegancko odpowiedzieć nieżyczliwemu rozmówcy. Nawet jeśli bardzo chcą kogoś uwieść, nie narzucają się mężczyźnie. To bardzo ważne. Nie zdobywają; to one są zdobywane. To kolejna różnica pomiędzy nimi a promowanym obecnie wizerunkiem kobiety, która sama zabija swoje węże. Ogólnie rzecz biorąc, każda z nich, cokolwiek robi czy mówi, nie przestaje być damą. Damą, lecz nie leliją. Bohaterka może być wiotka i słodka, smoki do pokonania pozostawi mężczyźnie, ale przy tym na pewno będzie miała własne zdanie. Do wytworności, zarówno wrodzonej, jak i nabytej, potrzeba też charakteru oraz godnego szacunku umysłu. Jane Austen nie zawsze wymaga od nich nie wiadomo jakiego wykształcenia, ani nawet szczególnej błyskotliwości. Ani Fanny Price, ani Katarzyny Morland nikt nie będzie podziwiać za błyskotliwość, ale na pewno nikt też nie uzna ich za głupie. Głupota – to właśnie wydaje się być największą wadą w opinii Austen. Największą, bo nie dopuszcza możliwości poprawy.
Austen nie jest mściwa i nie karze zbyt surowo tych, którzy zawinili. Pozwala też niekiedy tym mniej udanym bohaterom wyjść na koniec z opresji, w której znaleźli się z własnej winy. Wickham i Lydia są małżeństwem, może nie idealnym, ale w miarę stabilnym. Pani Bennet nigdy tak naprawdę nie odczuje konsekwencji własnych błędów i może, choć niezasłużenie, znajdować radość w drażnieniu sąsiadów sukcesem dwóch starszych córek. Pan Crawford traci wprawdzie Fanny, ale nie musi ciężko pokutować i w końcu na pewno ułoży sobie życie. Jedynie pani Rushworth autorka każe ponieść karę za wstyd, który ta przyniosła rodzinie i skazuje ją na resztę życia w towarzystwie cioci Norris. Ale przynajmniej zostawia ją w dostatku. Nie od niej nauczy się czytelnik pragnienia zemsty płynącego z niskich pobudek.
A więc co my tu mamy? Niepowtarzalny humor, doskonałe portrety psychologiczne, jeszcze doskonalsze połączenie otwarości wypowiedzi z taktownym dystansem. Autorka nie gorszy się, nie pała oburzeniem, nie wynosi nikogo pod niebiosa. Ona mówi to, co myśli i pozwala czytelnikowi robić to samo. Jane Austen zdaje sobie sprawę ze swojego talentu oraz doskonale wie, że jej obserwacje ludzi i sytuacji są trafne. Może i z tej świadomości bierze się jej swoboda pisania.
Sofia Nogueira (Portugalia)

Trudno byłoby „podsumować” Jane Austen. Wszystkie banały typu „wyprzedziła swoją epokę” wydają się raczej pomniejszać jej twórczość niż ją chwalić, bo nie obejmują całego obrazu. Geniusz? Na czym właściwie polega bycie geniuszem? Czy gdyby jakiś szarak był w stanie czyjś genialny umysł nazwać, sklasyfikować i precyzyjnie opisać, nie świadczyłoby to raczej o braku geniuszu opisywanego? A może tu nie chodzi o samą wielkość umysłu. Może to talent albo ta jej elegancja lub humor? Nie istnieje szufladka, do której ktokolwiek ośmieliłby się ją ograniczyć; sama myśl o szufladkowaniu Jane Austen powinna – odpowiednio do jej epoki – wywołać rumieniec wstydu na twarzy zbyt śmiałego krytyka.
Jane Austen wyraźnie ma zaufanie do inteligencji czytelnika, a to ujmuje. Nie tłumaczy, że ten bohater jest dobry, a tamten nie. Nie musi też niczego wyjaśniać ani uprzedzać czytelnika, żeby tej właśnie postaci nie ufał, bo on czy ona źle skończy, a zwycięży ktoś inny. Nawet kiedy pan Wickham od początku wzbudza sympatię, autorka nie próbuje temu zapobiec. Nie musi, bo czytelnik i tak do wszystkiego dojdzie nie tylko sam, ale i z większą przyjemnością, niż gdyby od początku był przekonywany, jakie stanowisko ma zająć.

Benita Szczaniecka