Start Varia Nihongo

Nihongo

 

W świecie widzianym przez pryzmat innych języków możemy dostrzec rzeczy zupełnie nowe, które dotychczas były dla nas niedostępne. Ich odkrywanie i doświadczanie są dla mnie źródłem najsilniejszych przeżyć związanych z uczeniem się obcych języków. Przeżywam wtedy radość, oczarowanie i zadziwienie.


Tajemnicze przypadki

Gdy uczymy się jakiegoś języka obcego – mamy okazję wyjść poza materię naszego własnego języka i przezwyciężyć jej ograniczenia. Możemy wtedy znaleźć się poza horyzontem naszego języka, w zupełnie nowym dla nas świecie, gdzie odkryjemy nieznane nam dotąd powiązania między naszą myślą a rzeczywistością. To pozwala zobaczyć otaczający nas świat od nowej, nieznanej strony.
Od jakiegoś czasu zgłębiam tajemnice Nihongo, języka japońskiego. Choć jego nauka nie jest łatwa, zdarza mi się uchwycić czasem jakiś niedostrzegany dotąd element otaczającego świata albo drobny okruch ukrytej w tym języku wielowiekowej wschodniej mądrości. Japoński jest jednym z bardziej tajemniczych języków ludzkich. Nie ma bliższej rodziny, nie znamy też dobrze jego pochodzenia. Naukowcy nie są w stanie jednoznacznie umiejscowić go na językowej mapie.
Są jednak takie podobieństwa, które mnie intrygują. Na przykład atama po japońsku oznacza głowę, a przecież podobne do niego jest (znane nam choćby z Sienkiewiczowskiej Trylogii) słowo pochodzenia prawdopodobnie turecko-tatarskiego ataman – przywódca, dowódca. Albo gaijin (czytane: gajdźin) to w języku japońskim cudzoziemiec, obcokrajowiec. W języku romskim gadzio to nie-Rom, obcy. Podobieństwa – czy może jednak tylko przypadki? Skąd się wzięły? Z pewnością mniej tajemniczy jest związek słowa cha – herbata ze słowem chai – występującym w języku hinduskim, perskim, hebrajskim – i oczywiście rosyjskim.

Osobliwe części mowy
To zdumiewające, ile rzeczy zupełnie dla mnie nowych zawiera gramatyka języka japońskiego, choć nie jest to pierwszy język obcy, którego się uczę. Pamiętam swoje zaskoczenie podczas jednej z pierwszych lekcji, gdy dowiedziałam się, że japońskie przymiotniki odmieniają się przez czasy. W tym języku, odmiennie niż w wielu innych, są tu tylko dwa: przeszły i teraźniejszy.
Japoński ma też takie osobliwe części mowy, które nie występują w językach europejskich. Na przykład towarzyszące liczebnikom klasyfikatory. Za ich sprawą inne są formy liczebników, gdy liczymy przedmioty płaskie, a inne – gdy mamy do czynienia z rzeczami o kształcie cylindrycznym. Jeszcze inne są formy liczebników dla obiektów małych i okrągłych. Dlatego jedna cebula to nie to samo co jeden długopis, a trzy komputery to nie to samo co trzy osoby. Dopóki będzie istniał język japoński, możemy być pewni, że nikt nie pomyli człowieka z maszyną. Odnoszące się do nich liczebniki – za sprawą klasyfikatorów – mają odmienne formy.

O sylabach i znakach
Japońskie pismo też ma swoje osobliwości. W tym języku obowiązują stosowane równolegle trzy systemy zapisu. Znaki katakana służą do zapisywania słów obcego pochodzenia oraz nazw gatunków roślin i zwierząt. W systemie hiragana notuje się formy gramatyczne (na przykład końcówki odmienianych wyrazów). Oba są pismami sylabograficznymi, gdzie jeden znak odpowiada jednej sylabie – i dlatego dla nas są dosyć łatwe do opanowania. Hiragana to prawdziwa deska ratunku dla cudzoziemców, którzy mogą nią zapisywać japońskie słowa, nie znając znaków kanji (czytamy: kandźi), trzeciego i najtrudniejszego systemu japońskiego pisma.
Znaków kanji jest dużo, prawie dwa tysiące (według oficjalnego rejestru znaków stosowanych współcześnie) i zapis niektórych z nich jest skomplikowany. Kanji zostały zapożyczone z pisma chińskiego w IV wieku naszej ery. Aby osiągnąć biegłość w ich odczytywaniu i pisaniu, potrzeba uczącemu się wielu miesięcy, a nawet lat nauki. Wszystko więc jeszcze przede mną. Znaki kanji to logogramy: kryje się pod nimi pojedynczy wyraz lub podstawowa cząstka znaczeniowa wyrazu, przetłumaczalna na inne języki. Zapisuje się nimi słowa rodzimego pochodzenia.

„Gdy umysł jest wypoczęty…”
Pisanie kanji jest prawdziwą ceremonią, regulowaną ściśle określonymi zasadami. Na lekcjach języka japońskiego uczyłam się dostrzegać i rozróżniać kreski, z których składają się znaki. Pisze się je od góry do dołu, od lewej do prawej. Najpierw kreskę poziomą, później pionową. Ukośną kreskę stawia się jako pierwszą, gdy jest ona krótsza od przecinającej ją kreski poziomej. Pozioma kreska będzie pierwsza, gdy jest krótsza od przecinającej ją kreski ukośnej.
Podczas pisania znaku trzeba też pamiętać o zachowaniu jego proporcji, aby znak miał siłę i wigor i aby każdy ze znaków odzwierciedlał właściwą osobowość jakiegoś istnienia lub przedmiotu, jak nauczał w II wieku chiński mędrzec Cai Yong. To tylko niektóre najprostsze zasady kaligrafii. W Chinach i Japonii uznaje się ją jako pełnoprawną dziedzinę sztuki, przenikającą się z malarstwem, poezją, a nawet filozofią.
Bowiem w myśl filozofii Wschodu człowiek pisze najpiękniejsze i najbardziej proporcjonalne znaki wtedy, gdy w nim samym jest spokój i harmonia. Cai Yong pisał: „Przed przystąpieniem do pisania należy przegnać z głowy wszelkie smutne myśli. Trzeba być w dobrym nastroju i czuć się swobodnym. Przed zaczęciem pisania należy przez pewien czas oddać się rozmyślaniom. Gdy umysł jest czymś zajęty, nie można dobrze pisać, nawet posługując się najlepszymi pędzelkami. Gdy umysł jest wypoczęty, ruch pędzelka jest swobodny i w ten sposób uzyskuje się wspaniałe znaki”*.

Kanji i herbata
Wielką lekcją języka, ale też i życia, było dla mnie nauczenie się, jak odczytywać znaczenie kanji. Trzeba najpierw dokładnie i bez pośpiechu przyjrzeć się pojedynczemu znakowi i odszukać w nim tzw. klucz. To jest element podstawowy, wyznaczający obszar znaczeniowy danego znaku. Słownik japońskich znaków sporządza się według kluczy. To z pozoru wydaje się proste, ale nie dla cudzoziemca, bo wszystkich kluczy jest dwieście czternaście.
Trzeba też dobrze policzyć, z ilu kresek składa się dany znak. I dopiero wtedy można zajrzeć do spisu japońskich kanji, uszeregowanych według kluczy oraz według liczby kresek. Często trwa to bardzo długo. Odnalezienie w słowniku jednego japońskiego znaku i ustalenie jego znaczenia może potrwać tyle, ile przetłumaczenie całego zdania, a nawet dwóch – w którymś z języków europejskich. Tutaj nie ma drogi na skróty i trzeba umieć zwolnić tempo, dostosować się do innego rytmu. Lepiej nie liczyć na szybki efekt i utrafienie w sedno tłumaczonego znaku jednym szybkim strzałem. Wszystko to w pewnym sensie pozwala się nam przybliżyć do jednej z wielu nauk filozofii Wschodu: przebycie drogi jest sensem samym w sobie i liczy się tak samo, jak dojście do celu.
Ten rytuał jest nieporównywalny z niczym, co dotąd poznałam, ucząc się języków. Potrzebny jest tutaj – jakie to nieeuropejskie – wysiłek, skupienie, dłuższy namysł, graniczący wręcz z medytacją. Do diabła z pragmatyzmem i pośpiechem typowym dla Zachodu. Czas zatrzymuje się w miejscu, chwila nabiera cech nieskończoności. Odczytywanie znaków jest swoistym obrzędem. Dostrzegam w nim wiele podobieństw do japońskiej ceremonii parzenia herbaty, gdzie każda czynność – wykonywana w milczeniu i z najwyższym namaszczeniem – ma swoje ustalone miejsce.
Znak kanji nie tylko odsłania wtedy przede mną tajemnicę swojego znaczenia, ale pozwala mi nawiązać symboliczny kontakt z ludzką myślą, która w tak odległych od współczesności czasach pozostawiła po sobie namacalny ślad. Niemal każdy z tych znaków jest w pewnym sensie historycznym świadkiem narodzin pisma w cywilizacji człowieka, jeśli wziąć pod uwagę, że kanji mogły pojawić się w Chinach już osiem tysięcy lat wstecz. To w dziejach ludzkości początek ery pisma. W takich chwilach jeszcze bardziej odczuwam łączność i pogłębioną więź ze wspólnotą wszystkich ludzi piszących i czytających, którzy kiedykolwiek żyli na świecie.

Poezja słów
Brzmienie Nihongo, języka japońskiego, nie zawsze kojarzy się nam miło. Europejczykom wydaje się krzykliwy, szorstki, niezbyt melodyjny. Ale to przecież tylko nasz punkt widzenia. Jestem przekonana, że japońskie słowa, powstające ze złożenia najczęściej dwóch znaków, zawierają w sobie wiele subtelności i poezji. Ucząc się ich, z zaskoczeniem odkrywam w moim własnym języku zupełnie nowe znaczenia słów i pojęć, które – wydawałoby się – znam już od dawna. To nauka japońskiego sprawia, że zauważam w nich na nowo głębszy sens.
Zapisując obok siebie znaki oznaczające „myśleć” i „wyciągać” – tworzymy nowe słowo: „wspomnienie”. Zestawiając razem znak „kobiety” i „dziecka”, otrzymujemy słowo „miłość”. Znak „niebo” obok „samopoczucia, ducha” tworzy słowo „pogoda”. Zwyczajne pytanie „jaka jest dzisiaj pogoda?” nabiera nieoczekiwanej wzniosłości: jakie samopoczucie ma dziś niebo? Kanji oznaczające „człowieka” razem ze znakiem „kształt, podobizna” tworzą słowo „lalka”. „Niebo” wraz ze znakiem oznaczającym „rzekę” tworzy pojęcie Drogi Mlecznej... W języku japońskim jest jeszcze wiele takich fascynujących złożeń.

Na początku drogi
I pomyśleć, że w nauce japońskiego jestem jednak jeszcze na samym początku drogi. Staram się oczywiście nie zapominać, że jej przebywanie jest równie ważne, jak dojście do celu. Na moim etapie nauki powinnam już znać około dwustu znaków kanji. Ale to nadal kropla w morzu... W obowiązkowym kursie japońskiej sześcioletniej szkoły podstawowej jest zarejestrowanych oficjalnie 881 znaków. Dzieląc tę liczbę przez sześć, obliczam, że znajomość dwustu znaków plasuje mnie na początku drugiej klasy...

Joanna Kapica-Curzytek

* Cytat za: Mieczysław J. Künstler, Pismo chińskie, Warszawa 1970, s. 148-150.