Start Varia O drwach i ogniu

O drwach i ogniu

 
Większość tajemnic to tylko prawdy zapomniane
Rajmund Kalicki, Dziennik nieobyczajny

Lubię patrzeć na ogień. Ale mam na myśli ogień, który jest, że tak powiem, oswojony. To znaczy taki, który trawi drwa w piecu, na kominku. Natomiast płomienie pełzające po gałęziach ułożonych w stertę pod gołym niebem (bez względu na to, jak bardzo byłoby ono rozgwieżdżone), nie robią na mnie już takiego wrażenia. Może dlatego, że kojarzą się mi z tymczasowością. Ognisko może być bowiem rozpalone gdziekolwiek. Nie to, co kominek bądź piec, które nie mogą być, tak po prostu, przeniesione. I które nie tylko kojarzą się z trwałością, ale także ją uosabiają (i tak jest od bardzo dawna). Dowodzi tego chociażby wyrażenie: ognisko domowe, które jest tożsame z rodziną, domownikami. Bo niewątpliwie to ogień, który pojawił się w prymitywnych szałasach, zmienił życie ludzi, związał ich z jednym miejscem; przynajmniej związał na dłużej. Wyrazem tego stało się obudowanie z czasem owych ognisk cegłami i kaflami.
Wiele napisano, i to w superlatywach, na temat obserwowania ognia na kominku bądź też przez na wpół otwarte drzwiczki pieca. I jest to jak najbardziej zrozumiałe, gdy weźmie się pod uwagę wspomnianą rolę odegraną i nadal odgrywaną w dziejach ludzkości przez ogień. Jest jednak coraz bardziej wątpliwe, czy nadal tak będzie. Już przecież od kilku dekad obserwujemy zanik jego obecności w naszym najbliższym, dosłownie, otoczeniu. Chociażby za sprawą centralnego ogrzewania, coraz szerszego stosowania czajników i płyt elektrycznych. Ale póki co, ogień wciąż służy do przygotowywania gorących posiłków, to po pierwsze; daje ciepło, to po drugie; wspomaga człowieka w jego działalności gospodarczej, to po trzecie; dostarcza wspomnianych wrażeń estetycznych, to po czwarte. To, że można czerpać przyjemność ze słuchania trzaskających podczas spalania się drew, gałęzi, to po piąte (o chorobliwym pociągu do podpaleń lub zabaw z ogniem tylko napomykam). Chciałbym jeszcze wspomnieć coś, o czym mógłbym napisać: po szóste. Mam na myśli przyjemność płynącą z rozpalania ognia. Z czym wiąże się, jak najbardziej, władza nad ogniem. Bo nie musimy przecież już strzec go dzień i noc, jak czyniły to westalki w świątyni Westy. I w przeciwieństwie do nich, w razie gdyby zgasł, nie grozi nam chłosta. Do tego dochodzi jeszcze to, że ogień jest symbolem tak wielu spraw. A symbolizuje między innymi wieczność, praprzyczynę; światło, Słońce, ciepło; Boga Stwórcę, gniew bóstwa, miłość bóstwa; zło, diabelstwo, piekło, karę, prześladowanie; pocieszyciela; mowę; potęgę; płciowość, płodność. Treści kryjące się za wszelkimi symbolami są już zresztą rodzajem języka na wymarciu. I szkoda, gdyż, jakby nie było, zostajemy o coś zubożeni. A przekaz naszych poprzedników, którzy za pomocą symboli utrwalonych na kartach ksiąg, płótnach obrazów, czy w kamieniu chcieli przekazać pewne treści, będzie czytelny jedynie dla nielicznego grona znawców.

Ognisko domowe i gościnność, także symbolizowane przez ogień, są już chyba ostatnimi symbolami, które wciąż są czytelne dla wielu ludzi żyjących w różnych częściach świata. Z ogniem, chociażby w postaci palącego się na kuchence gazu, wciąż ci, którzy byli dużo wcześniej bądź tuż przed nami. Według nich wokół ognia skupiali się nie tylko członkowie rodziny, rodu, plemienia, lecz także bogowie, duchy i duszki domowe. Było też przy nim miejsce dla gości. To właśnie ze względu na ten fakt ogień uosabia właśnie gościnność. Nie zapominajmy też, że obyczaj zapalania na grobach ogni w postaci zniczy, świec, lampek oliwnych, pierwotnie wynikał z chęci „ogrzania” zmarzniętej duszy.
Pocierając zapałkę o draskę (nie tylko jednak wtedy), można przywołać postać Prometeusza, który, sam będąc jednym z nieśmiertelnych, wykradł bogom ogień i nauczył ludzi posługiwać się nim. Naraził się przez to na gniew Zeusa. Za karę został przykuty do zbocza jednego ze szczytów Kaukazu. I codziennie przylatywał do niego orzeł, który wyrywał z jego ciała wątrobę. Ta zaś każdorazowo odrastała. Od tej męki uwolnił Prometeusza dopiero Herakles, zabijając orła. Natomiast ludzie, za to, że posiedli ogień, zostali ukarani.
W literaturze przykładem wagi przywiązywanej do ognia są liczne fragmenty, uwielbianego przeze mnie Klubu Pickwicka Charlesa Dickensa. Wprawdzie jego główni bohaterowie, to znaczy dziewiętnastowieczni dżentelmeni, nie rąbali drew, ale kominki (zresztą rzadko rozpalali w nich osobiście) odgrywały ważną rolę w ich życiu. Mając na uwadze tematykę niniejszego szkicu, nie waham się sformułować poglądu, że podróże dyliżansami, jakie odbywał pan Pickwick ze swymi przyjaciółmi, to jest panami: Tupmanem, Snodgrassem i Winklem, wiodły od kominka do kominka. Przy czym w tym samym stopniu chodziło o źródło ciepła, co o bardzo istotny element bezpośredniego otoczenia, który przyczyniał się do tego, że także poza własnymi mieszkaniami, na przykład w oberżach, czuli się dobrze. Ogień na kominku sprawia bowiem, iż świat staje się bardziej przyjazny. To dlatego w jego sąsiedztwie, gdy jeszcze dodatkowo w kieliszku jest jakiś znakomity trunek, tak dobrze się słucha opowieści. A te, opowiadane przede wszystkim przez osoby przygodnie spotkane przez głównych bohaterów, odgrywają w Klubie Pickwicka tak dużą rolę. Przykładem może być „Opowieść komiwojażera” będąca częścią rozdziału XIV. Zawiera ona między innymi ustęp dotyczący tego, jak Tom Smart, pewnego zimowego wieczoru, kiedy wiał gwałtowny wiatr i padał zimny deszcz, jechał swą jednokonką zaprzężoną w bułaną klacz. Aż w końcu, zmęczony, przemoczony i przemarznięty, dotarł do stojącej na pustkowiu oberży, która „miała przyjemny wygląd; z okna w sali wybiegało wesołe światło, łyskające na drodze aż do przeciwległego płotu; i inne jeszcze światło, to drżące i słabe, to żywe i jasne, błyszczało spoza zasuniętych firanek okna tejże sali; miła wskazówka, że paliło się na kominie”*.
Na marginesie wspomnę, że Klub Pickwicka stanowi doskonały przykład cechujących Charlesa Dickensa przyjaznych uczuć wobec bliźnich. Dawał im wyraz nie tylko jako twórca, należał bowiem do niezbyt licznego grona pisarzy chcących, aby każdy z bohaterów (nie tylko pozytywnych) ich utworów, znalazł w końcu swoje miejsce przy kominku (albo piecu); zarówno w przenośni, jak i w sensie dosłownym.

* * *
Jednak ognia na kominku lub w piecu nie będzie bez polan. A tak się składa, że lubię rąbać drewno na opał. Także dlatego, że bez nich... nie będzie ognia. To, że ta czynność stanowi także ćwiczenie dla mego ciała, jest sprawą marginalną. Rzecz jasna, gdybym dzień w dzień miał do porąbania, przykładowo, pięć metrów sześciennych drewna, i tak przez wiele lat, o rąbaniu pisałbym zupełnie inaczej. W moim jednak przypadku, na szczęście, chodzi o porąbanie wspomnianych pięciu metrów sześciennych w ciągu... wielu, wielu dni. Potem mam spokój na rok. Mogę więc to robić nieśpiesznie, jakby od niechcenia.
Ze sterty kloców pociętych piłą mechaniczną, na początek niezmiennie wybieram te, które mają najmniejszą średnicę bądź wyglądają na bezsęczne. Chodzi bowiem o to, abym jak najszybciej zobaczył, drew. Gdy ona już jest, wtedy przychodzi pora na te trudniejsze przypadki – kloce grube i z wieloma sękami.
Najbardziej lubię rąbać świerczynę. I to pomimo tego, że właśnie w tym drewnie jest najwięcej sęków sprawiających problemy każdemu rąbiącemu. Rzecz jednak w tym, że to z drewna świerkowego wydobywa się najwięcej żywicznego zapachu. Lecz jeszcze większym plusem, przynajmniej dla mnie, jest to, że podczas spalania się świerkowych polan słychać głośne i częste trzaski. Takie efekty dźwiękowe nie towarzyszą zamienianiu się w popiół drewna żadnego innego gatunku rodzimego drzewa. Sprawiają one szczególnie przyjemne wrażenie, gdy zmarzniętym wróciło się do domu i zajęło miejsce przed kominkiem lub przy piecu.
W domu moich Dziadków częścią kuchennego pieca był tak zwany murek. Gdzie indziej nazywany leżanką. Była to, długa na około półtora metra a szeroka na pół, powierzchnia pokryta gładkimi jasnozielonymi kaflami. Na murku można było siedzieć, opierając się równocześnie o ścianę pieca. I każdą częścią ciała, także nogami, czuło się ciepło. Można też było położyć się na nim. Z tym że tylko dziecko mogło leżeć wyprostowane. Wszyscy inni, w zależności od wzrostu, mieli nogi mniej lub bardziej zgięte, gdy leżeli na wznak bądź podkurczone, kiedy spoczywali na boku. Kontakt prawie całego ciała z ciepłymi albo bardzo ciepłymi kaflami był szczególnie pożądany, gdy bardzo się zmarzło. Szczególnie często z murka korzystała moja Babcia. Zwłaszcza kiedy przed udaniem się na spoczynek, ubrana w szlafrok, jeszcze brała udział w rozmowie, która niezmiennie kończyła dzień. I teraz, kiedy piszę te słowa, widzę ją siedzącą na murku. Z kolei Dziadek kładł się na murku jesienią i zimą, po wykonaniu jakichś prac w obejściu. Pod głową miał wtedy poduszkę. Niekiedy leżąc tak, zapalał papierosa. Za sprawą czasu oba te obrazy, jak zresztą wiele innych, są już trochę niewyraźne. Niestety, ich jakość będzie stopniowo pogarszała się w mojej pamięci.
Przed wielu laty, gdy przyjeżdżałem do moich Dziadków na wakacje, brałem zawsze udział w przygotowywaniu opału. I to nie tylko na zimę. Drewnem paliło się bowiem w piecu kuchennym także po to, aby przygotować posiłek (latem wykorzystywano do tego znajdującą się na zewnątrz tak zwaną kuchnię letnią). W mroźne dni dodatkowo rozpalało się ogień w zgrabnym piecu obudowanym białymi, ozdobnymi kaflami. Stał on w pokoju nazywanym: dużym. Z tym że palono w nim najczęściej drewnem brzozowym. Było ono używane tylko wtedy. Dawało bowiem najwięcej ciepła, było jednak droższe od sośniny i świerczyny.
Popiołu po spalonym drewnie pozostawało niewiele. Wystarczyło wybrać go z popielnika kilka razy w miesiącu (w okresie intensywnego palenia). Zimą posypywało się nim ścieżki wydeptane w śniegu i wszelkie miejsca oblodzone. À propos popiołu, w Słowniku symboli Władysława Kopalińskiego znajduje się następująca wzmianka na ten temat: „Popiół wg wierzeń ludowych wzmaga potencję (bo wynika z działania ognia), obdarza potomstwem, zapowiada urodzaj, zwłaszcza jeżeli wzięty z ognisk zapalonych w czasie świąt wspomagających moc Słońca, jak z ogni sobótkowych (w wigilię św. Jana, przesilenie letnie), w wigilię św. Piotra (28 VI), w wigilię Wszystkich Świętych czy na Boże Narodzenie (przesilenie zimowe) [...]”.
Sprawy związane z gromadzeniem opału zaczynały się od tego, że Dziadek mówił do Babci:
– Andzia, muszę wykupić asygnatę.
Słysząc to, Babcia najczęściej stwierdzała:
– Jak trzeba, to trzeba.
Ale niekiedy mówiła:
– Najwyższa pora, Ignacy.
Po otrzymaniu dokumentu potwierdzającego kupno drewna, czyli wspomnianej asygnaty, Dziadek sam, a niekiedy razem ze mną, przygotowywał w lesie drewno do wywózki: pnie oczyszczał z gałęzi i znosił je w jedno miejsce. Następnie, ale to już zawsze razem, wyruszaliśmy do lasu furmanką ciągniętą przez konia maści dereszowatej (preferowanej przez Dziadka). Szczególnie utkwiło mi w pamięci kilkanaście „wizyt” po opał w ostępie leśnym o nazwie Przewroć, położonym bardzo blisko Czarnej Hańczy.
Rósł tam wówczas, czyli w latach siedemdziesiątych XX wieku, dorodny starodrzew.
Składały się nań wysokie, smukłe świerki i sosny. Ich pnie pokryte były gęsto porostami. Ziemię zaś pokrywał jednolity i gruby dywan mchów. To właśnie tam widziałem po raz pierwszy, i jak dotąd jedyny, rysia. Dziadek pokazał mi go w chwili, gdy akurat przeskakiwał ponad drogą, z jednej gałęzi świerkowej na drugą. Poruszały się one jeszcze długo po tym, jak drapieżnik zniknął nam z oczu.
Pewnej zimy tamte drzewa legły pokotem pod ostrzami pił mechanicznych. I nie było tam już po co jeździć. Obecnie na Przewrociu rosną dwudziestokilkuletnie sosny i świerki, a także, nieco od nich młodsze, brzozy. Ale ja pamiętam tamten niezwykły stary las.
Kłody układaliśmy za stajnią, obok miejsca, gdzie stał drewniany kozioł. Potem kładliśmy na nim po jednym pniu, aby pociąć go na kloce. Praca ta wymagała równoczesnego i równomiernego ciągnięcia za piłę. Umiejętności tej nabrałem dopiero po pewnym czasie.
Rąbiąc drwa, niejednokrotnie powracam do tamtych, coraz bardziej odległych czasów, gdy mojemu Dziadkowi pomagałem w gromadzeniu opału. Powracam do nich między innymi za sprawą dziadkowej siekiery o ciężkim ostrzu. Używam jej czasami. To znaczy wtedy, kiedy mam do czynienia ze szczególnie opornymi klocami. Wprawdzie od czasu, gdy ostatni raz użył jej Dziadek, trzonek był już kilkakrotnie wymieniany, ale samo ostrze jest tym, które On wielokrotnie miał w rękach.
To Babcia rozpalała ogień w kuchennym piecu. Najpierw otwierała szyber w przewodzie kominowym. I zaraz potem wkładała do pieca palący się smolniak, czyli niewielkie drewienko nasycone żywicą. A gdy cały zajął się ogniem, kładła na nim dwa, trzy niewielkie polana. Kiedy i one już płonęły, dokładała jeszcze kilka dodatkowych, większych.
 
* * *
Dom Dziadków od dziesięciu lat jest opuszczony. Najpierw Babcia otrzymała propozycję nie do odrzucenia, aby z rana rozpalała ogień w Kuchni Niebiańskiej. Dwa lata później Dziadek został wezwany, żeby przygotowywał opał w Lesie Edeńskim.
Odkąd w domu Ich nie ma, nie wchodzę do środka. Nic bowiem nie jest w nim takie, jakie było.
W moich wspomnieniach związanych z Dziadkami, często obecne są ogień i drwa.
Zupełnie mnie to nie dziwi.
 
Dariusz Pawlicki

* Tłum. Włodzimierz Górski.