Start Varia Historia pewnej poezji, czyli wiersz idzie do pracy. Radiowy przypadek Zenona D.

Historia pewnej poezji, czyli wiersz idzie do pracy. Radiowy przypadek Zenona D.

Mapa Zielonej Góry dla przeciętnego użytkownika kultury to zieleń, Piotr Bukartyk, tutejsze kabarety, kryminalne powieści Koziołka czy bachusiki rozsiane po ulicach Winnego Grodu. Biblioteka Norwida, Galeria BWA, Lubuski Teatr, Muzeum Ziemi Lubuskiej oferują co prawda szeroki wachlarz repertuarowy, który nie pozwala odbiorcom sztuki wizualnej się nudzić. Co jednak z audiofilami? Nie mówię tu bynajmniej o fanach gatunków czysto muzycznych. Oni znajdą w mieście w miarę zróżnicowany wachlarz imprez. Chodzi mi o nieprzewidywalną formalnie i niekonwencjonalną sztukę foniczną. Artystyczne kroki przechodniów (które w ramach eksperymentu rejestrowałem kiedyś w okolicach deptaka), przenikliwy głos Norwida spod bibliotecznej ławeczki, głosy Tatiany Kołodziejskiej i Janusza Młyńskiego w Radiowej Książce Poetyckiej – to nie wszystko.
Jako smakosz dźwięków wyrwanych spod hegemonii obrazu (tak zwanej sztuki radiowej, audialnej) upraszałbym się, by w mieście o tak bogatej tradycji słuchowiska, ten gatunek powrócił i zamieszkał ponownie. Co jest dziś w stanie zaoferować regionalna rozgłośnia? Dzięki radiu każdy może stać się bohaterem dnia codziennego. Radio skutecznie łamie hegemonię w „światkach” artystycznych. Skazywani na niebyt, niewidoczni artyści mogą poprzez eter dotrzeć do mas. Kultura obrazu nauczyła nas plakatowości, gdzie wszyscy przechodnie zlewają się w jedną plamę. Jedynie tutaj, w radiu, obudzić się z ciszy mogą niewinni czarodzieje literatury. Poniżej zawarłem przykład na to, że dzięki sztuce dźwięku żadne podziały nie mają miejsca, a „szufladowa” twórczość każdego z nas może znaleźć nowe mieszkanie: eter radiowy.

Co słychać w ZG?

Radio Zachód zamilkło na mapie teatru radiowego. Powodem może być co prawda niszowość i kosztowność tej gałęzi sztuki, tak często dziś zaznaczane. Czy to jednak nie jest czasem wygodna i dyplomatyczna wymówka ludzi mediów? Dowodami na to, że regionalna stacja może powrócić do sztuki fonicznej w trudnych dziś „misyjnie czasach” są rozgłośnie w Lublinie, Poznaniu, Krakowie, Gdańsku, Szczecinie, Koszalinie, Bydgoszczy. Nie marzę o wielkich poszukiwaniach formy, superprodukcjach audialnych na miarę krakowskiego Wesela1. Chciałbym, by w ramówce radiowej znalazła się choć jedna godzina rocznie poświęcona wyłącznie teatrowi radiowemu. W mieście żył i tworzył Michał Kaziów, człowiek z „otwartym uchem” na świat i ceniony teoretyk tej ulotnej gałęzi sztuki, jaką jest teatr radiowy. W pamięci słuchaczy zostały zapewne słuchowiska Zdzisława Morawskiego, Andrzeja Krzysztofa Waśkiewicza, Kazimierza Malickiego. Tak znane głosy w Polsce jak Halina Lubicz, Zdzisław Wardejn czy Jerzy Glapa najwcześniej były słyszalne właśnie w „zielonogórskim teatrze wyobraźni”, jak mawiał o regionalnej sztuce radia Kaziów. Irena Linkiewicz wprowadzała na niwę radiową projekt „teatru naturalnego” (naturszczycy odtwarzali sceny ze swojego życia), a Zygmunt Galek z pasją realizował spektakle zielonogórskiej rozgłośni. Czesław Markiewicz z Radia Zachód wspominał mi, że niegdyś utworzyła się nawet komórka artystyczna, zwana „Departamentem Słuchowiska”, która miała odpowiadać za uobecnianie tego gatunku w przestrzeni ramówki. Niestety, dzisiaj z tych planów wiele już nie pozostało. Co pozostało ze starej szkoły zielonogórskiego słuchowiska? Radiowa książka poetycka? Powstają formy hybrydyczne, niekiedy ocierające się o słuchowisko (utwory radiowe Cezarego Galka, syna Zygmunta) czy eksperymenty performatywne autorstwa Małgorzaty Nabel (m.in. nagrania grupy Wątpliwi Krewni Orsona Wellesa). W tym roku Radio Zachód obchodziło swoje 60-lecie. Zabrakło z okazji tych obchodów akcentu artystycznego, na jaki naszą rozgłośnię stać (Koszalin, dla porównania, z okazji 60-lecia swojej rozgłośni przysposobił radiowo Siedem dalekich rejsów Leopolda Tyrmanda w reżyserii nagrodzonego Prix Europa Krzysztofa Czeczota). W Zielonej Górze gatunkowego teatru radiowego niestety nie ma. Mijają kolejne lata przeglądu słuchowisk Dwa Teatry w Sopocie, a Zielona Góra repertuarowo nie żyje. Każdy impas można przerwać. Udowodnił to jeden z katowickich pasjonatów sztuki dźwięku.
W przestrzeni ogólnopolskiej zła karta zaczęła się już odwracać. W tegorocznej edycji festiwalu PRIX EUROPA najlepszym słuchowiskiem Starego Kontynentu zostało polskie słuchowisko Andy autorstwa wspomnianego Czeczota. Gatunek ten zaczął rozwijać się prężnie na nośnikach cyfrowych (audiobooki przybierają formę wielogłosowych spektakli) i wrócił wreszcie z ciekawą ofertą artystyczną do nowo kształtowanych misyjnych ramówek regionów. To dobry czas, by Zielona Góra włączyła się w ten radiowy dialog. „Niewidzialny teatr” zaczyna ponownie wracać do łask. Słuchowisko kontynuuje swoją drogę misyjną, jednocześnie stanowiąc wizytówkę radiowej marki Krakowa, Olsztyna czy Lublina. Dlaczego nie Winnego Grodu? W eterze znajdują dziś niszę artyści, którzy ujrzeli przestrzeń dla sztuki wolnej od komercji i polityki marketingowej. Dzięki odwadze i pasji jednego z młodych twórców z Górnego Śląska dostaliśmy sygnał, że istnieje ktoś taki jak Zenon Dytko.

Z Katowic w eter ogólnopolski

Słowa uczą (stąd rola radiowego teatru jest nieoceniona), a przykłady pociągają, dlatego mam nadzieję, że przemówi nam do wyobraźni przykład z Katowic. Śląska rozgłośnia zamilkła kilka lat temu głośnym, nagradzanym i mocno osadzonym w realiach tamtejszego miasta (strajki w kopalni Wujek) słuchowiskiem Feliksa Netza Pokój z widokiem na wojnę polsko-jaruzelską (2006 rok). Znalazł się jednak młody twórca, który zaryzykował i zobaczył w medium radiowym bardzo chłonne miejsce dla twórczych poszukiwań. To Krzysztof Kiczek – realizator dźwięku, filolog, któremu zapaliła się w głowie lampka z pewnym nieszablonowym pomysłem. Postanowił otworzyć nowy katowicki rozdział teatru radia. Na warsztat reżyserski i adaptatorski wziął wiersze mało znanego w Polsce poety, Zenona Dytki. Ten „antypoetycki”, jak niektórzy mawiają autor, zawarł w kilku swoich tomikach na tyle interesujące wiązki poetyckiej układanki, że Kiczek usłyszał je w partyturze słowno-dźwiękowej. Tej kompozycji dał nazwę Grymas O. Tytuł zaczerpnął z jednego tomiku Dytki. Słuchowisko przekonało do siebie odbiorców do tego stopnia, iż miało swoją premierę ogólnopolską, na antenie I Programu Polskiego Radia.
Na takich aktorów, jacy wystąpili w poetyckim spektaklu Kiczka, nie każdy reżyser może sobie pozwolić: sam autor Dytko, prof. Krzysztof Kłosiński z UŚ, szef anteny Radia Katowice Jacek Filus, redaktor tejże rozgłośni Maciej Szczawiński, aktorzy: Grzegorz Przybył i Dariusz Chojnacki, a nawet (uwaga!) syntezator mowy IVONA. Skład obsady zwiastował już, że nie będziemy mieli do czynienia z klasycznym spektaklem. Nie otrzymaliśmy jednak awangardowego miksu, a pogłębiony, antropologiczny obraz artysty. Słuchowisko dotyka bowiem tworzenia w bardzo ludzkim tego słowa znaczeniu. Kiczek nie szukał w wierszach Dytki poetyckich sensów naddanych, spiętrzonych metafor czy hiperbol. Ułożył z rozrzuconych tekstów, wypowiedzi i dźwięków zagadkę twórcy, który nie musi być szyfrem w stylu „czterdzieści i cztery”, a może być prostym sąsiadem zza ściany, który pisze po to, by w pewnym sensie być.
Spektakl wprowadza nas w twórczość poety in statu nascendi. Słyszymy, jak redaktor Radia Katowice, Szczawiński dzwoni do Prof. Kłosińskiego, by ten wziął udział w poetyckim spektaklu o Dytce. Z rozmowy telefonicznej wyłania się słuchaczom obraz poety. Ten uciekinier ze świata metafory i lirycznego splendoru „nie kombinuje, a jeśli kombinuje, to tak, że się całkowicie rozbraja artystycznie”. Co jakiś czas z kolażowo zaprojektowanych ujęć fonicznych wyłania się głos Dytki, który rytmicznie przeplata się z głosami aktorów mówiących wiersze. Niektóre dźwięki budzą słuchacza jak w przerwanym koszmarze. Muzyka nie pełni tu roli tła. Jest realnie istniejącym w obrębie świata przedstawionego WSPÓŁBOHATEREM. Nie jest to bohater wesoły, radosny. Do „uśmiechniętego” głosu Dytki muzyka wprowadza melancholijny „znak wodny”, który pomaga nam czytać tego twórcę fenomenologicznie, bez wyrobionych gustów, poglądów czy ugruntowanej wiedzy. Kiczek do słuchowiska wybrał te wiersze Dytki, w których podmiot staje się przechodniem, zatrzymanym w miejscu flaneurem. Poeta kadruje rzeczywistość w konkretnych mgnieniach i grymasach (w przejściu podziemnym, na ulicy, w autobusie, na parkingu). W tych miejscach przejść i poczekalniach poetyckich czai się koza. Tak, koza. Profesor Kłosiński zauważa, że to usymbolizowane zwierzę stanowi oś jego wierszy. „Na pochyłe drzewo każda koza wlezie” – to przysłowie sprawdza się chociażby w tekście Dytki z puentą: „ja, cywil/ żaden awangardzista/ [...] biedny człowiek/ słabe mięśnie/ pochyły kręgosłup/ byle koza wlezie”. W każdym wierszu świat zaczyna ukazywać swoje nowe krzywizny. Nie wiadomo już, czy to poeta się nam tak garbi, czy widnokrąg się zakrzywia. Kruchość istnienia szybko jest tu jednak ucinana złowróżebną puentą: „ale miejcie tego świadomość/ że co do mnie to taka figę dostaniecie/ i popamiętacie ruski miesiąc”2. Dytko co rusz podsuwa tu nam swoje sugestie co do głosu aktorów recytujących jego teksty. Wiemy, co akceptuje, co chętnie by zmienił. Ta nieskrywana obecność poety w tym spektaklu na początku może drażnić. Dopiero z czasem uświadamiamy sobie, że to jego osoba jest właściwym tekstem do odczytania, samotworzącym się wierszem z krwi i kości. Ten wiersz idzie do pracy, wraca autobusem, mieszka w pokoju o metrażu 5 metrów na 3 metry. Wiersz może mieć pusty portfel, słuchać muzyki i nie musi chcieć dyskutować z ludźmi. Dytko jest wierszem najistotniejszym. Bardzo ważną kwestią poruszoną w słuchowisku jest głos poety. Dytko ma ciepły, delikatny głos z szeroką paletą groteskowych przeobrażeń. Potrafi jednak się zdenerwować i powiedzieć prosto z mostu. Żaden aktor nie jest w stanie zaoferować nam tak intymnej prawdy o swojej twórczości. Nikt nie przeczyta genialnych wierszy Bursy lepiej niż sepleniący ironista z absurdem wypisanym w głosie jak Bursa właśnie. Nikt także w spektaklu Grymas O nie sili się na stwarzanie poetyckiego, nadmuchanego parnasu wokół Dytki. Fenomen poezji przedstawiony jest tu jako rebus kulturowy, który próbuje rozwikłać błyskotliwy umysł Profesora Kłosińskiego. Badacz zaskakuje swoim żartobliwym i ironicznym stosunkiem do spraw, które porusza w rozmowie. Kłosiński zaciekawia, wprowadza w swoje antropologiczne refleksje sporą dawkę bystrej obserwacji i humoru.
Jednym z pośrednich bohaterów słuchowiska są bezkręgowce. „Dla mnie robak to trochę jak człowiek”, mówi roześmiany Dytko. Mamy tu historię mszycy, która „zaczyna grać na nosie”, muchy, z którą podmiot liryczny chciałby się czasem zamienić. Świat Dytki jest także światem ćmy, z którą bohater dzieli mieszkanie. Owad projektuje wreszcie Innego, którego trzeba znaleźć, by lepiej umiejscowić siebie. To obce ciało, które lgnie do naszego domu i chce tu zostać. „Człowieku, nie śpij spokojnie/ być może w kącie twojego pokoju lub gdzieś w świecie właśnie się coś wylęga/ by zakłócić twój spokój”. Owady stają się furtką ku temu, co ciemne, „podskórne” i „niepokojące”. Podobne skojarzenia wypełnia poezja dużo szerzej znanego i bardzo radiowego twórcy Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego (co za podobieństwo nazwisk), gdzie znajdziemy np. ślimaki. Tkaczyszyn podczas wieczorów autorskich tworzy ze swojej poezji układankę dla słuchaczy, gra konwencjami i burzy co chwilę odbiór. To bardzo foniczne zabawy z wierszem. W omawianym słuchowisku za tę grę odpowiada Kiczek. Z pomocą przychodzi także Gombrowicz, który głosem aktora wypowiada swoje słynne: „ja cię dutknę!”. „Odrobaczenie to jest z jednej strony dobra rzecz, a z drugiej zła. Nie można całkowicie być odrobaczonym. A jak się nie da, to nie ma innej możliwości – trzeba zakatrupić” – mówi w słuchowisku Dytko. Dźwiękowe rozgryzanie tej poezji można porównać z odrobaczaniem właśnie. Jednocześnie, ów robak jest potrzebny, by pisać i myśleć. Stan względnej czystości wróży śmierć tworzeniu. W Grymasie O obok słuchaczy roztacza się świat, w którym czai się niepilnowany Wróg. Kusiciel przejawia się wszędzie: w gazecie, w sklepie, w reklamie, w powrocie z pracy, w wietrze. Jest tu wreszcie, uobecniany poprzez odgłosy biczowania i chóralne Stabat Mater Dolorosa, motyw odkupienia poprzez cierpienie. Jest to najbardziej zagadkowa i mroczna strona idiomu poetyckiego Dytki. To, co rejestruje Kiczek „pod słowem”, jest zawsze wskazówką, ścieżką dookreślającą. Ten spektakl nie ma początku i końca. Dla każdego zaczyna się w najmniej oczekiwanym momencie odsłuchu. I to jest jego wielka siła. Od tego momentu, który „złapiemy”, spektakl jest już „nasz”. Nie przypomina on w niczym kameralnych montaży poetyckich, gdzie aktorzy silą się nad recytacją poszczególnych wierszy Wieszcza. Kiczek uruchamia pewien proces, który planowo wymyka się spod kontroli. Bohaterowie tego słuchowiska krążą między sztuką a życiem i podporządkowują się prawom nieokiełznanego dźwięku. Mamy tu rozmaite zabiegi na poziomie modulacji głosu i masteringu, które stanowią wyrafinowaną podróż akustyczną.
Dziś, w dobie tryumfalnie wieszczonego kresu kultury wysokiej (rzecz jasna przesadnia), literatura może wyjść z ciasnych bibliotek i zajrzeć do odbiornika. Przy nim siedzieć będzie młody słuchacz, którego w szkole męczą jedynie słusznym Słowackim czy innym Mickiewiczem. Zamiast spędzać wieczór z joystickiem i najnowszą wersją Call of Duty czy FIFY, ten młody obywatel świata Kultury może nagle w wierszach mało znanego Dytki usłyszeć wreszcie siebie. Dlaczego? Ponieważ nikt mu w radiu nic nie rozkaże i nie narzuci. On sam poprzez głosy wydobywające się z eteru, zrozumie, że ktoś do niego mówi. W poprzednim numerze „Pro Libris”, Przemek Grzesiński powiedział mi, że dzielenie odbiorców na głupszych i mądrzejszych jest u swych podstaw błędne. Nie można skreślać z obiegu kultury tych, którzy Paderewskiego mylą z Pendereckim a Pana Tadeusza z Panem Wołodyjowskim. To właśnie oni mogą stać się najbystrzejszymi jej adresatami, nieuwikłanymi w to, „co jedynie ważne, mądre i prawdziwe”. To „budowanie piętrowe” jest przyszłością sztuki, które nie będzie eliminowała i wykluczała niewyrobionych słuchaczy, czytelników, widzów.
Grymas O to dzieło jednego człowieka. Skomponowanie takiego spektaklu to wieloaspektowa czynność. Sterem, żeglarzem i okrętem jest sam sobie Kiczek. Montaż, reżyseria i muzyka to wyłączna praca katowickiego twórcy. To ewenement jak na debiutanta (Grymas O jest pierwszym słuchowiskiem tego twórcy). Kiczek to rzadko spotykany przykład reżysera mozaikowego, który łączy wiele czynności w jednym planie artystycznym. W tym spektaklu najbardziej dotyka mnie chęć zrozumienia zwyczajności. Pewien nikomu niewadzący poeta, zamieszkujący jedno z małych, śląskich mieszkań staje się poprzez radio naszym sąsiadem, z którym spacerować będziemy ulicą, jeść kolację i jechać samochodem (jedna z przyczyn przewagi radia nad telewizją). Tak samo jak Dytkę, dopaść nas może „koza” i w równym stopniu możemy czuć się samotni. A jeśli radio mówi językiem skromnego poety z Chorzowa, to i nam w tym teatrze samotności jest raźniej. Zielona Góra także może mieć swojego Dytkę. Czy nie stać nas na to? Mieliśmy i mamy wydarzenia poetyckie. Niedawno pożegnaliśmy poetkę zjawiskowego pióra, Annę Tokarską (jak ona potrafiła mówić poezją!). Formulistyczna zagadka Andrzeja Krzysztofa Waśkiewicza również domagałaby się fonicznej realizacji. Wśród młodszego pokolenia bogactwem ironii i obserwacji wykazuje się Małgorzata Stachowiak-Schreyner (wiersze, które w Radiu Zachód czytała Tatiana Kołodziejska, zapadły mi głęboko w pamięć). W mieście rodzą się kolejne mikroświaty poetyckie. Artystyczny potencjał jest tu obecny. Odwieczne porównania z parnasem literackim i kompleksy „niższości” to nadmuchany balon. Wielka sława to żart. W każdym miejscu świata kryć się może poeta. Może mieć złe uzębienie i dykcję. Nie musi być autorytetem moralnym i nieskazitelnym piewcą Prawdy. Wystarczy, że jest sobą, jak Zenon D.:
 
  nie udawało mi się z kobietami
  nie udało mi się zostać naukowcem
  nie dla mnie to wszystko
  jedyne co się udało to być poetą

Grymas O
Autor wierszy – Zenon Dytko
Adaptacja, reżyseria, realizacja akustyczna i opracowanie muzyczne – Krzysztof Kiczek
Premiera ogólnopolska: 6.10.2013 r., I Program Polskiego Radia

Janusz Łastowiecki

1 - W zeszłym roku Radio Kraków zrealizowało Wesele Stanisława Wyspiańskiego z udziałem publiczności. Reżyser, Andrzej Seweryn, nie dokonał w realizacji żadnych skrótów. Tekst został „podany” przez aktorów bez skrótów przy uwspółcześnionej muzyce Adama Walickiego.
2 - Wiersz do znalezienia także w tomiku. Z. Dytko, Grymas O, Chorzów 2007, s. 8.