Start Varia Pięćdziesiąt lat później. W cieniu legendy

Pięćdziesiąt lat później. W cieniu legendy

 
Mamy jubileusz

W tym roku mija 50 lat od pierwszego Złotego Grona – obrosłego już legendą wydarzenia artystycznego, które znalazło swoje zasłużone miejsce w historii sztuki polskiej. Sympozja i wystawy złotogronowe odbywały się w Zielonej Górze przez dwie dekady i były widocznym znakiem obecności lokalnego środowiska na artystycznej mapie kraju. Legendarne to dzisiaj czasy i legendarni ludzie, obecni wciąż w anegdocie, przypominani w kolejnych opracowaniach, książkach, artykułach, utrwaleni w słowie, pamięci i spiżu... Mimo upływu lat ich dorobek wciąż rzuca potężny cień.
A jak wygląda dzień dzisiejszy? Jaka jest mapa zielonogórskiej sztuki współczesnej Anno Domini 2013? Spróbuję, rzecz jasna subiektywnie, naszkicować jej zarys.
Jest więc... inaczej. Zamiast jednego, skonsolidowanego środowiska mamy wielość grup, stowarzyszeń, instytucji i indywidualności; zamiast jednego głosu – chór śpiewający różne pieśni.
Zacznijmy od miejsc – scen i aren, na których sztuka współczesna może prężyć muskuły, szczerzyć kły i rozpościerać pawi ogon.
Zielonogórska Galeria Biura Wystaw Artystycznych (13 miejsce w tegorocznym rankingu najlepszych polskich galerii tygodnika „Polityka”) sama w sobie jest nieoficjalnym pomnikiem lokalnego środowiska twórczego i jego złotego wieku. Nie jest jednak mauzoleum minionej chwały, lecz miejscem nieustannych poszukiwań i eksperymentu. Program instytucji, kierowanej przez Wojciecha Kozłowskiego, jest autorski i bezkompromisowy, daleko odchodzi od idei utylitarnej galerii miejskiej (co dla jednych jest zaletą i przyczyną sukcesu, dla innych zdecydowaną wadą placówki). Wokół BWA skupiło się także środowisko młodych, acz już zauważonych zielonogórskich artystów. Przy Galerii działała też Lubuska Zachęta Sztuki Współczesnej, dziś jednak zdaje się pozostawać w stanie uśpienia.
Nieprzerwanie od dekad sztuką współczesną interesuje się Muzeum Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze, zwłaszcza Galeria Nowy Wiek (prowadzona przez Leszka Kanię) wprowadza na muzealne sale awangardę nie tylko polskich twórców, umieszcza także aktualne poszukiwania w szerszym kontekście czasu. Przykładem takiego podejścia może być wystawa Marian Szpakowski – kontynuacja z 2008 roku, w ramach której grupa młodych zielonogórskich artystów odnosiła się do twórczości i legendy artysty. Dział Sztuki Współczesnej MZL koncentruje się na prezentacji sztuki nowoczesnej ostatniego stulecia, a działająca także w Muzeum Galeria Twórców Galera (pod kierunkiem niżej podpisanego) skupia się z kolei na „poboczach sztuki współczesnej” – ilustracji, komiksie, grafice cyfrowej i flirtach z popkulturą.
Istotnym miejscem wystaw i wydarzeń artystycznych są również przestrzenie Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej im. Cypriana Norwida, instytucji gromadzącej pokaźne zbiory prac naszych artystów. Przy bibliotece działa Muzeum Ilustracji Książkowej, które można zwiedzać również wirtualnie.
Na zielonogórskiej starówce wciąż działa Galeria Pro Arte Okręgu Zielonogórskiego Związku Polskich Artystów Plastyków. Obecnie kierownikiem Galerii jest Iwona Peryt-Gierasimczuk, wystawy odbywają się regularnie, prezentując twórczość artystów nie tylko należących do struktur zielonogórskiego ZPAP. Sam Okręg zrzesza dziś blisko setkę twórców różnych pokoleń – od artystów sędziwych, związanych z naszym Miastem od dziesięcioleci po świeżych absolwentów uczelni artystycznych. W kontekście jubileuszu Złotego Grona warto przypomnieć, że to właśnie Okręg Zielonogórski ZPAP był głównym organizatorem sympozjów. Dziś, mimo że artyści zrzeszeni reprezentują bardzo wysoki poziom i odnotowują znaczące sukcesy, sama organizacja zdaje się angażować w kształtowanie kulturalnego pejzażu Miasta z wyraźnie mniejszym entuzjazmem niż w dekadach poprzednich.
Kreśląc mapę zielonogórskiej kultury, nie można nie wspomnieć o Instytucie Sztuk Wizualnych Uniwersytetu Zielonogórskiego. W jego strukturach działa kilka galerii: Galeria PWW, Na Dole, Rektorat, Galeria Biblioteki Sztuki. Prezentują one zarówno twórczość ważnych artystów nowoczesnych, jak i studentów, będąc często miejscem ich debiutu. Kadrę uczelni tworzą w dużej mierze twórcy zielonogórscy (m.in.: Alicja Lewicka-Szczegóła, Magdalena Gryska, Radosław Czarkowski, Jarosław Dzięcielewski, Wojciech Kozłowski, Mirosław Gugała oraz zmarły niedawno Zenon Polus). Instytut przez ponad dwadzieścia lat swego istnienia wrósł w ciało Miasta i zauważalnie zmienił jego artystyczny kształt.
Głównie za sprawą absolwentów. Przybywa ich rok po roku, część pozostaje na stałe, tworząc coraz liczniejsze środowisko połączone wspólną przeszłością. Znajdziemy ich chyba już w każdej lokalnej instytucji kulturalnej czy agencji reklamowej. Nie ma prawdopodobnie w mieście restauracji, kawiarni czy knajpy, gdzie nie odbywałyby się czasem jakieś wernisaże i wydarzenia artystyczne. Czasem są to wydarzenia jednorazowe, czasem przyjmują charakter mniej lub bardziej efemerycznych galerii. Wielu spośród absolwentów Instytutu zaznaczyło już swoją obecność w sztuce nie tylko polskiej.
Ciekawym przykładem wydarzeń efemerycznych mogą być spontaniczne akcje, happeningi, działania w miejskiej przestrzeni, wystawy sztuki zaangażowanej w nietypowych, opuszczonych przestrzeniach realizowane przez nieformalny kolektyw F13/Centralę Twórczą. Grupa rozpoczęła działalność w ruinach starej fabryki włókienniczej C. Eichmanna przy ul. Fabrycznej 13, przekształcając to miejsce w centrum alternatywnej kultury. Po, nie do końca dobrowolnej, wyprowadzce z dawnej tkalni grupa koncentruje się na cyklu działań Look&See, imprezach promujących współczesną kulturę audiowizualną, niszową muzykę... Równocześnie animatorzy F13, Anna Kraśko i Adrian Nejman starają się aktywnie uczestniczyć w dyskusji o kształcie przestrzeni Miasta. Warto tu wspomnieć spontaniczną akcję sprzątania grobowca Georga Beuchelta czy ocalenie przed zniszczeniem szyldów Polonu i Hermesa. Wróćmy jeszcze na chwilę na ulicę Fabryczną.
W 2011 roku zakończył się remont starej tkalni Eichmanna, odrestaurowany budynek przeznaczono na żer kultury. Wraz z sąsiednimi obiektami utworzył on Zaułek Artystów, szybko przemianowany na Krzywy Komin. Działalność jako pierwsza rozpoczęła Fundacja Salony, założona przez grupę młodych artystów i animatorów kultury (Fundację tworzą: Marta Gendera, Michał Rogoziński, Basia Bańda, Jarosław Jeschke, Aleksandra Kubiak, Michał Jankowski, Rafał Wilk, Marek Lalko). Grupa, obok organizacji wystaw i pokazów, stara się również aktywnie uczestniczyć w życiu Miasta. Przykładem może być trwająca już od wielu miesięcy akcja mająca na celu rewitalizację Parku Tysiąclecia i uczynienie z niego przyjaznej przestrzeni, nie tylko rekreacyjnej. Artyści nie proponują tu gotowej recepty, założeniem projektu jest jej wypracowanie, także z udziałem mieszkańców. Projekt ma charakter otwarty i jeszcze nie można stwierdzić, czy doprowadzi do nowej jakości kreowania wspólnej przestrzeni, czy spektakularnej katastrofy. Obserwując działania i aktywność Fundacji, mam wrażenie, że powoli staje się ona dla Miasta tym, czym w latach 60. i 70. był zielonogórski ZPAP, czuję tu aspekt symbolicznego dziedzictwa, kontynuacji...
Również w Zaułku Artystów znajduje się Galeria Art Marii Idzikowskiej, miejsce dla nieco innej publiczności, przede wszystkim prowadzące sprzedaż dzieł sztuki.
Trzecim przyczółkiem sztuki współczesnej w cieniu Krzywego Komina jest Galeria Twórców Galera. Tu Galera działa w gościnnych przestrzeniach klubu Piekarnia Cichej Kobiety, prezentując twórczość najczęściej młodych artystów (choć obok debiutów zdarzają się wystawy twórców już uznanych). Sama galeria jest przedsięwzięciem nieformalnym, mimo to (a może właśnie dlatego?) działa już siedemnasty rok, do dzisiaj pod jej sztandarem zorganizowano 205 wystaw. Galera realizuje swoje działania w różnych miejscach, początkowo były to korytarze Instytutu Sztuki i Kultury Plastycznej (obecnie Instytut Sztuk Wizualnych), potem studenckie kluby, kilka pubów i ośrodków kultury, a obecnie portami Galery są Muzeum Ziemi Lubuskiej i Piekarnia Cichej Kobiety. Kierownictwo Galerii spoczywa w rękach moich i Anny Nabel-Myszkiewicz.
Wciąż powstają nowe miejsca prezentacji sztuki nowoczesnej. Warto wymienić tu choćby Bunkier Kultury, działający od kilku miesięcy w dawnym schronie przy Centrum Biznesu. Odbyło się tu już kilka wystaw i pokazów, Bunkier nawiązał także współpracę z Galerią Pro Arte. Koordynatorem przedsięwzięcia jest Łukasz Musielak, a inicjatorem Klub Krytyki Politycznej w Zielonej Górze. Autorzy projektu widzą w działaniach artystów znak zmian zachodzących w kulturze i chcą w tych zmianach czynnie uczestniczyć.
alt
   Igor Myszkiewicz, Zdobywcy II, tusz, 42x56 cm

Bardzo ciekawą inicjatywą jest działająca przy Młodzieżowym Centrum Kultury i Edukacji Dom Harcerza Galeria „Dzika” – pokazuje prace współczesnych, zielonogórskich artystów widowni, którą stanowią dzieci i młodzież.
Nie sposób wymienić wszystkich miejsc, środowisk i inicjatyw. Raz, że część z nich ma charakter jednorazowy, efemeryczny, dwa, że dzieje się po prostu dużo. Również obszar poszukiwań nie ma ostrych granic; sztuka wysoka przenika się z popkulturą, język hermetyczny krytyków z komiksowym dymkiem.
No właśnie – komiks. Zielonogórskie środowisko komiksowe rozwija się z żelazną konsekwencją. W zeszłym roku ukazała się drukiem antologia 30 będąca symbolicznym wyjściem zielonogórskich komiksiarzy ze świata undergroundowych zinów, w tym roku doczekamy się kolejnej zbiorowej publikacji. Niektórzy twórcy mają już na koncie dobrze przyjęte albumy, wymieńmy choćby Kapitana Niepalnego Marka Starosty i Szymona Teluka. Podobają się także komiksy sieciowe zielonogórzan – Niecodziennik MKK Martyny Krutulskiej-Krechowicz (w tym roku ukaże się także wersja drukowana!), mój Zdeptak i Kryzys Wieku... Zielonogórskie komiksy prezentowane są także często w formie wystaw. Liderem i animatorem Zielonej Grupy Komiksowej jest Sławomir Sznajder.
Widoczni są także rzeźbiarze, w ciągu ostatnich kilku lat nastąpił wysyp pomników i rzeźb w przestrzeni miejskiej, w większości były to prace miejscowych twórców. Wymieńmy tu choćby pomnik Ignacego Łukasiewicza i Matkę Sybiraczkę Roberta Tomaka, Obelisk Smoleński Małgorzaty Bukowicz i oczywiście Bachusiki wyżej wymienionych rzeźbiarzy i Artura Wochniaka. Są one kreowane na jeden z symboli i atrakcję turystyczną Miasta, przez jednych znienawidzone, kochane przez drugich. Często padają ofiarą celowych dewastacji, choć raczej nie z powodów ideowych, lecz pewnej niefrasobliwości w wyborze miejsca i sposobu usadowienia. Nasi rzeźbiarze mają także na koncie bardzo spektakularne realizacje – świebodziński Chrystus Król powstał według projektu Mirosława Pateckiego, członka zielonogórskiego ZPAP, natomiast Artur Wochniak jest autorem rekonstrukcji (na podstawie modeli Ernsta Rietschela z 1863 roku) Kwadrygi Brunonii w Brunszwiku, jest to największa rzeźba tego typu w Europie.
Nie przeoczymy także murali. Barwne kompozycje pokrywające wyznaczone ściany przykuwają wzrok, często nawiązują do funkcji danego budynku lub zielonogórskiej symboliki czy historii. Zielonogórscy streetartowcy działają pod egidą Fundacji Bezpieczne Miasto, a za ich niekwestionowanego lidera można uznać Jakuba Bitkę, również absolwenta Instytutu. Na kilku ścianach znajdziemy także arty Sławomira ZBIOKa Czajkowskiego, artysty i graficiarza zauważonego już w kraju i za granicą. Jego zielonogórskie murale nawiązują do dramatycznych wydarzeń mających tu miejsce w dawnej (XVII-wieczne procesy czarownic) i mniej odległej (zamieszki po śmierci kibica Falubazu z 2011 roku) przeszłości naszego Miasta.
Kulturalnego pejzażu Zielonej Góry nie tworzą tylko środowiska profesjonalne. Swój udział mają także uprawiający sztukę rekreacyjnie amatorzy (choćby studenci Uniwersytetu Trzeciego Wieku), jak i artyści traktujący ją bardziej jak zawód i sposób na życie, choć bez dyplomu w kieszeni. Nie sposób przemilczeć tu osoby Jana Papiny, od lat przenoszącego obrazy Matejki w monumentalne, drewniane płaskorzeźby. Choć jego prace zyskały rozgłos i wielbicieli, Papina jest zaciekle atakowany, najczęściej przez twórców profesjonalnych (jestem dziwnie przekonany, że gdyby ten rzeźbiarz był zawodowcem, luminarze sztuki zachłystywaliby się nad „przewrotną transpozycją dzieła zastanego” lub czymś podobnie enigmatycznym).
Dyplom uczelni artystycznej nie jest już dziś (w dobie wolności sztuki) gwarancją posiadania konkretnych umiejętności. Jego brak zresztą też. Liczy się tylko weryfikowalny etap końcowy, jak choćby długa lista nagród i wyróżnień dla teoretycznie nieprofesjonalnych fotografików i grafików cyfrowych – Bogusława Strzegowskiego, Adama Andrearczyka, Patryka Cielińskiego, Rafała Karalusa. Tworzenie jest dzisiaj popularne, trendy; dzięki społecznościom sieciowym nie ma także problemu ze znalezieniem towarzyszy, mentorów i nauczycieli. Grupa zielonogórska na portalu artystycznym digart. pl liczy dziś 456 dusz, profesjonalistów i amatorów.
Dzieje się więc dużo. Obraz zielonogórskiej sztuki tkają przeróżne środowiska i utalentowane jednostki (na szersze omówienie poszczególnych sylwetek wyróżniających się artystów potrzeba by niejednego tomu). Nie ma tygodnia bez przynajmniej jednego wydarzenia artystycznego, nigdy też w naszym mieście nie mieszkało tak wielu, tak różnych, kreatywnych artystów. Sztuka współczesna objawia się w pełnej palecie swych odcieni, od zaangażowanej awangardy, przez nawiązania i flirty z klasyką aż do popkulturowych gier. A jednak wciąż z nostalgią wspominamy tamte czasy sprzed trzydziestu, czterdziestu lat. Powracają nazwiska: Szpakowski, Felchnerowski, Rojowski, Słocki, tamte wystawy, przytaczane po wielokroć te same anegdoty... Czytając o sztuce współczesnej w Zielonej Górze, odnoszę czasem wrażenie, że zakończyła się na latach 80. i to raczej w pierwszej połowie. Dlaczego?
Czy w ciągu ostatnich trzech dekad nie działo się nic istotnego, nie pojawiło się żadne nazwisko lub wydarzenie godne zapamiętania? Wręcz przeciwnie, dzieje się tyle, że nie sposób we wszystkim uczestniczyć. Może więc sztuka dzisiejsza jest słabszej próby? Inna – oczywiście, ale dowolna wystawa retrospektywna powinna wyleczyć nas z kompleksów.
Z pewnością żyjemy w innym świecie, inaczej zorganizowany jest nasz czas, inne myśli, inne śnimy sny, ale chyba nie o to tylko chodzi. Czego więc brakuje? Kalendarze kulturalne pękają w szwach, na wernisażach nie ma problemów z frekwencją.
Brakuje barda.
Nie wystarczy wydarzenie, choćby i było spektakularne. Potrzebny jest jeszcze bard, nie tylko świadek, ale i pieśniarz, który zamiast prostej relacji zamieni wspomnienia w opowieść, felieton, artykuł, pieśń, legendę. I nie o chwalbę tu chodzi, ale właśnie o ciekawą, porywającą lub też szyderczą i drażniącą opowieść. Opowieść wartą zapamiętania.
Dziś artyści nie mają swojego Andabaty, w którego felietonach, potem książkach przetrwałaby i uwzniośliła się ich codzienność. Lokalna prasa zamieszcza czasem relacje z wystaw, ale od lat nikt nie odważył się napisać recenzji. Głębsze teksty o lokalnej kulturze można właściwie spotkać tylko na tych łamach, może kolejnym miejscem stanie się redagowany przez Łukasza Musielaka „Grinzin”? Nie ma już także dyskusji, kontrowersji, sporu. Może to znak czasów lub towarzyskiego konformizmu, ale bez tego opisania, opisania subiektywnego, a zarazem porządkującego, wszystko, co robimy, dołączy do terabajtów skompresowanych i automatycznie kasowanych wspomnień, nie utrwalonych chwilą refleksji czy ciętą anegdotką.
A wielki, fascynujący cień tamtych czasów, tamtych artystów sprzed dekad, będzie leżał na nas jak ciężki, mokry całun, aż wszystkich późniejszych nas i nasze działania pochłonie.

Igor Myszkiewicz