Start Varia Cudze chwalicie, swego nie znacie, czyli rockowy underground po zielonogórsku

Cudze chwalicie, swego nie znacie, czyli rockowy underground po zielonogórsku

 
Zielona Góra słynie na całą Polskę z kilku rzeczy – Winobrania, Festiwalu Piosenki Rosyjskiej (zwanej dawniej ze zrozumiałych przyczyn radziecką) oraz Zagłębia Kabaretowego. Mądre głowy w regionie zastanawiają się, dlaczego do tych elementów nie dojdzie jeszcze jeden, a mianowicie muzyka rockowa.
W powszechnym myśleniu pokutuje mit, że takie rzeczy istnieją tylko w wielkich miastach: Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu czy Katowicach. Jednak każdy, średnio zorientowany fan rocka wie, że lwia część dużych nazw w tej muzyce pochodzi właśnie z mniejszych miejscowości. Wystarczy wymienić KSU, TSA czy T. Love, którzy co prawda śpiewali o stolicy naszego kraju, ale pochodzą z Częstochowy. Zielona Góra jest kolejnym dowodem na słuszność tej tezy. Przez wiele lat powstały tu setki zespołów, w których zdarzały się naprawdę duże talenty. Uznane kapele koncertujące tutaj i mające za support lokalną grupę, często chwaliły zielonogórskich muzyków, ich wyobraźnię, warsztat i wreszcie twórczość. Sporo tutejszych formacji zdobyło uznanie w całym kraju, a nawet poza jego granicami, podobnie jak niektórzy muzycy indywidualni, koncertując po całym świecie i szerząc tam dobre imię naszego miasta i rockowej sceny. W myśl zasady cudze chwalicie, swojego nie znacie, mało kto z szarych obywateli Zielonej Góry o tym nie wie albo nie chce wiedzieć. Ba, czasem nawet ci „mniej szarzy” zdają się nie widzieć całego zjawiska, a działalność zielonogórskiej sceny jest naprawdę godna uwagi.
Jej początki sięgają przełomu lat 80. i 90., kiedy to na naszym gruncie coraz prężniej zaczęły działać formacje grające ciężkiego rocka. Mowa tu zarówno o najklasyczniejszej odmianie tego gatunku, jak i punk rocku czy metalu, którym to gatunkom poświęcimy w tym tekście miejsce. Zespoły z pierwszego nurtu nie były bowiem w tamtym okresie bardzo aktywne, jeśli chodzi o rewiry undergroundowe.
Obydwa środowiska na samym początku przenikały się. Wtedy po prostu chodziło o granie ciężkiej i głośnej muzyki, a kwestie ideologiczne były dużo mniej istotne. Zresztą nawet dziś zdarzają się przypadki muzyków metalowych, którzy na początku lat 90. przewinęli się przez jakieś punkowe składy i odwrotnie. Punk zaczął się rozwijać w Zielonej Górze wcześniej niż ekstremalny metal (który jak się po latach okazało, stał się jednym z bardziej rozpoznawalnych elementów naszego miasta poza jego granicami). Takie zjawisko miało miejsce w całej Polsce, ale tutaj trzeba by było zrobić analizę tego, co się działo w kraju od momentu wystartowania pierwszego festiwalu w Jarocinie i pojawienia się tam pierwszych punkowych bądź okołopunkowych grup. My zajmiemy się własnym podwórkiem.

Ojcowie założyciele

Pojawianie się pierwszych punkowych i hardcore’owych formacji w Zielonej Górze pod koniec lat 80. pamięta Piotr, który w Akademickim Radiu Index prowadzi audycję Scena.de, poświęconą niemieckiej muzyce niezależnej. O tej zielonogórskiej wie sporo i przytacza nam kilka zespołów kwalifikujących się do interesującego nas zagadnienia:

Od końca lat 80. w Zielonej Górze działali Flanelsi. Był to punkowy band, który miał próby w Szkole Podstawowej nr 19. Na wokalu był Wima, na gitarze Jonasz, brat niejakiego Dżakisa... Grały tam jeszcze dwie osoby, ale nie pamiętam teraz kto. Potem się rozpadli, jakoś na początku lat 90., i Wima założył P.O.W. Grali coś à la Biohazard i na pewno na pierwszej demówce był jakiś utwór jeszcze z repertuaru Flanelsów. Z tego, co pamiętam, to chyba Pijackie Reggae. altalt











     Christ Agony, Estrada 1994

Większość osób z wymienionych do tej pory kapel zakończyło już aktywną przygodę z muzyką. Jednak nie wszyscy, bo, jak zdradził nam Piotr, Jonasz z Flanelsów gra do dziś. Poszedł w nieco innym kierunku, ponieważ został gitarzystą... bluesowym.
Wracając do samych prekursorów punkowego grania – było ich zdecydowanie więcej. Nasz rozmówca jest w stanie przypomnieć sobie jeszcze kilka nazw:

Z zespołów klasycznie punkowych na pewno należałoby wymienić ADP, Czerwonego Kapturka, Ocet czy Kloshi Lumpen Terror. Większość z nich działała, dość krótko, w pierwszej połowie lat 90. Ciekawą sprawą jest to, ze w Czerwonym Kapturku grał Reyash, znany dziś ze swojej działalności na scenie metalowej. Wydaje mi się, że z wymienionej stawki najbardziej znani byli Kloshi Lumpen Terror. Przypuszczam, że nawet dziś wśród młodych punków znalazłyby się osoby, które ich kojarzą.

To stwierdzenie może być prawdziwe, gdyż popularna obecne w Zielonej Górze punkowo-reggae’owa formacja Jakoś To Będzie, wykonuje cover z ich repertuaru. Ciekawostką jest również to, że swego czasu w wielu miejscach Zielonej Góry można było znaleźć na murach napisy Kloshi. Jak zatem widać, ich działalność zdołała wzbudzić zainteresowanie wśród lokalnych miłośników punkowego grania.

Piotr: Ciężko mi sobie przypomnieć, czy chłopaki coś nagrali podczas swojej działalności. Udało im się jednak wbić do świadomości ludzi za sprawą swoich energetycznych koncertów.

Inną załogą, o której pamięć jest podtrzymywana przez wciąż grających kolegów, jest ADP.

Piotr: Zespół Jugosławia na koncercie z okazji 10-lecia swojego istnienia zagrał ich cover zatytułowany Chodzi lisek koło drogi. To była taka forma oddania hołdu starym czasom, z których przecież oni też się wywodzą.

No właśnie, Jugosławia. Chyba jedyna punkowa załoga z początku lat 90., która przetrwała do dziś. Ba, w ubiegłym roku obchodzili swoje 20-lecie istnienia. Jej założycielem i liderem jest Paweł Prokopiuk, znany bardziej jako Bełcyk. Dziś, oprócz współtworzenia składu nie tylko Jugosławii, ale także wspominanego już zespołu Jakoś To Będzie, jest także organizatorem cyklicznych koncertów pod hasłem Art Of Underground. Jugosławię założył w 1992 roku, jak sam pisze w oficjalnej biografii zespołu, pod wpływem takich zespołów jak Dead Kennedy’s czy krajowy Defekt Muzgó. Kapela ma na koncie trzy nagrane materiały studyjne, które zostały wydane na taśmach przez wytwórnię Rovers/Arlekin z Wałbrzycha. Dwie z nich ukazały się jeszcze w latach 90., natomiast ostatnia, Pustka w pustce, w roku 2000. Sporo koncertowali w Zielonej Górze i okolicach, ale mogą się także pochwalić trasą po Polsce wraz z argentyńską formacją Argies, która od kilku lat regularnie odwiedza Zieloną Górę z występami na żywo. Bełcyk, opisując myśl przewodnią swojego zespołu, stwierdza:

Nasza dewiza brzmiała i brzmi cały czas tak samo: każdy ma prawo myśleć i decydować za siebie, w swoim mózgu ma kształtować pozytywne postawy ludzkie wedle jego indywidualnych kryteriów.

Gatunkiem, który naprawdę rozsławił Zieloną Górę na undergroundowej scenie muzycznej w kraju, był jednak metal. Ekstremalny metal. Takie nazwy jak Supreme Lord, Witchmaster czy In The Depth Of Night są znane dziś w niemal całej Polsce, a także poza jej granicami. Co prawda w okresie, który nas interesuje, zaczynał tylko pierwszy z wymienionych bandów, ale wszystko po kolei. Korzenie tego typu grania w naszym mieście sięgają przełomu lat 80. i 90. Wtedy to niektórym długowłosym mieszkańcom Zielonej Góry przestało wystarczać samo delektowanie się metalowym łomotem z nośników zakupionych w najbliższej księgarni muzycznej. Postanowili sami chwycić za gitary.
Pierwszą kapelą, grającą ekstremalne metalowe dźwięki w Zielonej Górze, była formacja Slow Death. Potwierdza to Tomasz „Reyash” Rejek – muzyk Supreme Lord, Witchmaster, Profanum, a także Christ Agony czy amerykańskiej legendy death metalu Incantation (występuje w tej kapeli sporadyczne, w charakterze muzyka sesyjnego na koncertach). Warto dodać, że w latach 2008-2011 był basistą zespołu Vader.

Reyash: Slow Death jako pierwsi bawili się na naszym gruncie w tzw. ekstremalne granie. Później co prawda przeistaczali się muzycznie – swego czasu zmienili nazwę na Stillborn i zaczęli grać rzeczy pokroju Biohazard, a ostatecznie skończyli na muzyce pod Toola. Ale jeśli chodzi o ciężki metal w Zielonej Górze, to oni byli pierwsi. Potem pojawiliśmy się my z Mortuary.

Mortuary to oczywiście nazwa, pod jaką w początkowej fazie swojej działalności funkcjonowało późniejsze Supreme Lord. Obecny szyld przyjęli w 1995 roku, kiedy to wydali własnym sumptem pierwsze oficjalne demo At the Black Moon Night. Jak podkreśla nasz rozmówca, jego zespół jest jedyną kapelą z tamtych czasów, która funkcjonuje do dziś. Byli też pierwszą grupą, która zaprezentowała zielonogórskiej publiczności death metal. Poprosiliśmy zatem jej lidera, aby spróbował cofnąć się pamięcią do zamierzchłej przeszłości i przypomnieć sobie, jakie były reakcje na ten występ:
 
Reyash: Było to w 1992 roku i to był dla wielu ludzi szok! Nasz pierwszy koncert zagraliśmy bodajże w takim klubiku Tawerna Deliryczna, a zebrało się na nim jakoś ponad dwieście osób. W większości nie byli związani z muzyką ekstremalną i pierwszy raz dopiero mogli liznąć czegoś takiego. To była ich pierwsza styczność z growlem, przesterowanymi gitarami, podwójną stopą itd. Nic więc dziwnego, że reakcje były takie a nie inne.

Reyash przyznaje, że poza Slow Death i Mortuaty pojawiło się trochę nowych kapel, ale jest w stanie wymienić na chwilę obecną jedynie dwie nazwy: thrash metalowy Posejdon i kapelę z dziwną nazwą Pik-Pok Sadysta. W późniejszych czasach ekip, które poszły w ślady wymienionych grup, było coraz więcej. Wystarczy wymienić Profanum, Witchmaster, Demogorgon, Epitafium, Panteon czy Goatlord, a to tylko kropla w krwawym morzu metalowych grup z Zielonej Góry. Im więcej czasu poświęcimy w kolejnych artykułach. Teraz skupimy się na samych początkach. Znamy już „ojców założycieli”, czas dowiedzieć się nieco o otoczce ich działalności.

Wino, kobiety i koncerty

Ciekawostką, która może być dzisiaj dla niektórych nie do pomyślenia, jest fakt, że we wczesnych latach 90. podział na subkultury nie był czymś, co... dzieliło. Okazuje się, że w tamtych czasach wszyscy trzymali się z wszystkimi. „Metale bujali się z punkami, punki z metalami, a czasem do tego wszystkiego dołączali się jeszcze hipisi” – wspomina Reyash. Wtedy jedna i druga subkultura były undergroundem, alternatywą dla szarej rzeczywistości. Właśnie to było dla nich spoiwem – bycie w opozycji do powszechnie panujących trendów, a także tworzenie czegoś własnego, co je wyróżnia. Warto zauważyć, że na tle innych miast takie wyraźne podziały do dziś nie są mocno widoczne. Wciąż część przedstawicieli sceny hardcore/punk przychodzi na koncerty zespołów metalowych i odwrotnie. Przyczyną tego stanu rzeczy jest zapewne fakt, że duża część ekipy zaczynającej swoją działalność w interesującym nas okresie, jest cały czas aktywna, przynajmniej jeśli chodzi o wspieranie sceny przez swoją obecność na gigach.
Jak można się domyślić, sieć pubów i klubów rockowych na początku lat 90. nie była w Zielonej Górze tak mocno rozwinięta jak obecnie. Nie można jednak stwierdzić, że ówczesna undergroundowa młodzież nie miała gdzie spędzać czasu. Zapytany o to zagadnienie Reyash potrafił wymienić kilka takich punktów:

Jednym z takich miejsc spotkań była knajpa studencka U Ojca, która istnieje nadal... Oprócz tego chadzało się do Bieryozki, a także do wspominanej już przeze mnie Tawerny Delirycznej. Mieściła się przy Wzgórzach Piastowskich.

Wspomniana Bieryozka mieściła się dokładnie w tym samym miejscu, w którym dziś możemy znaleźć Straszny Dwór. To miejsce zresztą zmieniało właścicieli i profil kilkukrotnie, ale w roku 2004 postanowiono przywrócić kultową nazwę i wskrzesić dawnego metalowego ducha. Przez jakiś czas znowu odbywały się tam koncerty, a pomieszczenie wypełniały długowłose, odziane w ramoneski istoty. Jak wiemy, ten stan rzeczy niestety nie dotrwał do dnia dzisiejszego. Bieryozka ustąpiła Strasznemu Dworowi w okolicach 2006 roku.
altalt
    Vader, Estrada 1994

Oprócz klubów można było się spotkać z ekipą znajomych pod chmurką, jeśli tylko zezwalała na to pogoda. Bełcyk wspomina:

Pamiętam, że informacje o imprezach, koncertach często przekazywane było pocztą pantoflową, a miejscem takowych spotkań, gdzie można było dowiedzieć się wszystkiego, był plac Bohaterów Westerplatte. Na placu wieczorami spotykała się ekipa zielonogórska i można było dowiedzieć się wszystkiego oraz wypić wszystko.

Łączenie przyjemnego z pożytecznym, jak widać, było również chlubną cechą zielonogórskiego undergroundu.
Wywołany został tu także temat koncertów. Jak Polska długa i szeroka na przełomie lat 80. i 90. nie można było liczyć na organizowanie ich przez państwowe instytucje, a o czymś takim jak prywatne agencje koncertowe można było wówczas pomarzyć. Zielona Góra nie była w tej kwestii wyjątkiem. Nie była też wyjątkiem, jeśli chodzi o próby wzięcia spraw koncertowych w swoje ręce przez członków prężnie rozwijającej się sceny undergroundowej. To zjawisko w naszym mieście dowodzi po raz kolejny słuszności staropolskiej mądrości chcieć to móc. Podczas gdy dziś często narzeka się, że nie ma pieniędzy na organizację czegokolwiek, wtedy oprócz tego dochodziło do takich sytuacji, że nie było nawet... klubu, w którym taki koncert mógłby się odbyć.
O wypowiedź na temat sytuacji koncertowej w naszym mieście w tamtych czasach, poprosiliśmy Igora Skrzyczewskiego, menadżera artystycznego klubu 4 Róże dla Lucienne:

Wtedy nie było tylu klubów, gdzie można by zorganizować koncerty. Zresztą samych koncertów było bardzo mało. Jak już się jakiś odbył, było to duże wydarzenie. Organizowano je np. w szkołach. Dużym wydarzeniem był przegląd kapel o „Złoty Nocnik” w zielonogórskim Amfiteatrze. Koncerty odbywały się także w nieistniejącej już Estradzie, na scenie głównej lub częściej w holu. Od czasu do czasu grano także w muszli koncertowej w Parku Tysiąclecia, teraz w tym miejscu jest skatepark.


Wspomniany przez Skrzyczewskiego przegląd „Złoty Nocnik” to wydarzenie, przy którym warto byłoby się zatrzymać. Była to w tamtych czasach jedyna impreza, na której każda młoda kapela mogła się zaprezentować, niezależnie od muzycznego stażu, umiejętności czy wykonywanego gatunku. Przekrój uczestników był naprawdę szeroki – od łagodnego rocka, przez punka, po ciężkie metalowe brzmienia. Najważniejsze jest również to, że ów przegląd przyciągał także grupy spoza Zielonej Góry. Udział brały kapele z okolicznych miast ówczesnego województwa zielonogórskiego. Najmocniej jednak reprezentowany był Winny Gród.

Reyash: To było naprawdę wielkie wydarzenie. Cała zabawa wyglądała tak, że najpierw były eliminacje, w których startowało ok. 20-30 zespołów z całego województwa. Z tego zestawu do dalszego etapu przechodziło chyba dziesięć, a potem zostawały najlepsze cztery. I te cztery najlepsze zespoły mogły później zagrać jako support przed jakąś gwiazdą typu Acid Drinkers, Illusion czy Houk, która przyjechała by dawać koncert w Zielonej Górze.

Innym wspomnieniem Reyasha z przeglądów „Złotego Nocnika” jest jego frekwencja. Koncerty potrafiły przyciągnąć na amfiteatr ponad tysiąc osób, a niekiedy niemal w całości go zapełnić. Warto jednak pamiętać, że to były czasy, kiedy ludzie faktycznie uczęszczali na wszelkiego rodzaju koncerty, jak podkreśla nasz rozmówca. Zdaniem wielu spadkobiercą tradycji zapoczątkowanej przez ów przegląd, jest dziś festiwal Rock Nocą organizowany przez Fundację Rozwoju Kultury Kombinat Kultury, który doczekał się już czternastu edycji i od kilku lat jest wydarzeniem nie tylko ogólnopolskim, ale również międzynarodowym, posiadającym swoje sceny w kilku innych krajach Europy.
Wracając do czasów minionych, jak wspominają nasi rozmówcy, koncerty kapel znanych i posiadających już wyrobioną renomę, były rzadkością w Zielonej Górze. Od wielkiego dzwonu trafił się koncert wspominanych Acid Drinkers, albo innych grup tego pokroju. Miłośnicy punka mieli jeszcze gorzej, ponieważ występów ich ulubionych zespołów było jak na lekarstwo. Podobnie sytuacja miała się z fanami bardziej ekstremalnych odmian metalu niż ta prezentowana przez Titusa i kolegów. Jak się nie ma, co się lubi... to trzeba zakasać rękawy i to zdobyć!
Zaczęły się pierwsze próby organizowania koncertów na własną rękę. Początkowo były to imprezy obsadzane przez lokalne kapele np. w szkolnych aulach. Byli jednak tacy, którzy nie bali się pójść o krok dalej i postanowili zaprosić do Grodu Bachusa kapele spoza miasta... i to z górnej półki.

Reyash: W 1993 roku zaprosiłem na koncert do Zielonej Góry zespół Christ Agony, który przyjechał jeszcze rok później, tym razem w towarzystwie Vadera. Ten drugi koncert odbył się w holu nieistniejącej już Estrady. Były to pierwsze, a przynajmniej jedne z pierwszych koncertów z ekstremalnym metalem w Zielonej Górze.

Były one zresztą strzałem w dziesiątkę, ponieważ zgromadziły ok. 300-400 osób każdy i to publiki mieszanej, nie tylko związanej z najcięższymi odłamami metalowej muzyki. Nie trzeba chyba nikomu przypominać o dzisiejszej pozycji zespołu Vader, a i w czasach zaproszenia ich po raz pierwszy do Zielonej Góry była ona wysoka. Zespół był świeżo po wydaniu debiutanckiej płyty The Ultimate Incantation dla angielskiej wytwórni Earache Records. Udało im się jako pierwszej polskiej metalowej kapeli podpisać kontrakt z wytwórnią spoza granic naszego kraju. Christ Agony dziś również wymieniani są w czołówce polskiego (i nie tylko) metalu. Na początku lat 90. wydawali swoje pierwsze albumy, które dziś cieszą się statusem kultowych.

W zaciszu kanciapy

Zanim zespoły wkroczyły na sceniczne deski, aby zaprezentować się szerokiej publiczności, musiały opracować i przećwiczyć repertuar. Jeśli chodzi o sale prób w Zielonej Górze, ich liczba i stan także stanowiły problem. Obrazki jak z amerykańskich filmów, gdzie kapela zamyka się w swoim garażu i tam w pocie czoła kleci nowe utwory, były rzadkością. Bo nawet jeśli ktoś taki garaż posiadał, pojawiał się inny ciężki do przejścia kłopot – sprzęt, a raczej jego brak.

Bełcyk: Próby, podobnie jak i koncerty, odbywały się wtedy w miejscach dość dziwnych... Warunkiem było tylko posiadanie jakiegoś sprzętu i prądu. Na samym początku takowego sprzętu brakowało, więc często zdarzało się tak, że koncerty i próby odbywały się na jednym zestawie wzmacniaczy, gitar sklejonych na „zapałki”... Ale wtedy liczyło się tylko to, że można pograć, wyrazić swoje emocje głośno i szybko.

Reyash: W Polsce nie było wtedy ani gitar, ani wzmacniaczy, ani perkusji, a jeśli już jakimś cudem coś z tych rzeczy udało się znaleźć, to ludzi nie było na to stać. Zresztą w sprzęt zaopatrywano się wtedy najczęściej w ówczesnym NRD albo Czechosłowacji. My na początku pożyczaliśmy gitary od znajomych, a wzmacniacze robiliśmy z odtwarzaczy magnetofonowych albo winylowych. Perkusja to były natomiast zazwyczaj dwa stołki, kanapa i jakieś poduszki. Generalnie większość kapel w Polsce w tamtych czasach tak grała próby.
altalt





       Reyash na probie Mortuary, 1994                                           Przygotowania do koncertu, 1993


Jak widać, można przeskoczyć wszystko, bo przecież od czego jest pomysłowość i potrzeba grania. Z czasem sytuacja ekonomiczna w Polsce zaczęła się poprawiać i młodzi muzycy mogli powoli zaopatrywać się w sprzęt, chociaż ten najbardziej podstawowy. W Zielonej Górze takim miejscem był sklep muzyczny przy ulicy Bohaterów Westerplatte. Mieścił się w tym samym miejscu, gdzie dziś możemy znaleźć placówkę jednej z ogólnopolskich sieci handlujących instrumentami.

Reyash: Z perspektywy czasu można śmiało powiedzieć, że tam tak naprawdę nic nie było. Ale było to jedyne miejsce w mieście, gdzie można było kupić wtedy struny, gitarę na raty czy coś w tym stylu.

Wróćmy jednak do samych miejsc, w których można było grać. Jak udało się nam ustalić dzięki pomocy Bełcyka, próby robiło się gdzie popadnie. Jednak w tej kwestii miasto z czasem okazało się być bardziej pomocne niż w wypadku organizowania koncertów. Pomocną dłoń do młodych kapel wyciągnął Zielonogórski Ośrodek Kultury (wówczas Centrum Kultury), który udostępniał im pomieszczenia, w których mogli swobodnie ćwiczyć. Na dodatek były one już wyposażone w niezbędny sprzęt, więc odpadał kolejny problem.

Reyash: Na dole budynku Centrum Kultury była taka piwnica, w której zrobiono zaimprowizowane studio. Tam właśnie robiliśmy próby i jak naliczyliśmy, swojego czasu korzystały z tej salki dwadzieścia dwie kapele. Wszystkie zespoły były z pogranicza metalu, rocka, punka itd.

Co ciekawe, owo miejsce było również użyteczne, jeśli ktoś chciał przećwiczone utwory zarejestrować. Ze słów Reyasha wynika, że zastane tam warunki były odpowiednie do nagrania materiału promocyjnego lub dema. Była to też opcja dla tych, którzy nie mogli sobie pozwolić na wydatek i wizytę w profesjonalnym studiu. Takim było Polysound, mieszczące się do dziś przy ulicy Sienkiewicza w budynku Regionalnego Centrum Animacji Kultury.

Reyash: Tam swoje materiały nagrywaliśmy my i wiele zespołów nawet spoza Zielonej Góry. To było niewątpliwie najbardziej profesjonalne studio w mieście w tamtym czasie.

Igor Skrzyczewski: Innym, obok salki w Centrum Kultury, popularnym miejscem do grania była salka prowadzona przez Andrzeja Żołądziejewskiego. Andrzej jednak co dwa lata zmieniał chyba jej miejsce, ze względu na hałas i idące za tym problemy z sąsiadami.

To jednak nie lokalizacja, a osoba właściciela stanowiła magnes dla początkujących zespołów, aby grać właśnie u niego. Żołądziejewski to gitarzysta rockowy, który był związany z kilkoma lubuskimi kapelami, w tym jedną, w której śpiewała finalistka pierwszej edycji Idola, Ewelina Flinta. Oprócz tego, że wynajmował pomieszczenie do grania prób, udzielał lekcji gry na gitarze elektrycznej, basowej, a także podstaw gry na perkusji. Na tym polu działa zresztą do dziś. Krążą anegdoty, że jest jedynym człowiekiem w Zielonej Górze, który zna wszystkich tutejszych muzyków rockowych.

Wrogowie publiczni (?)

Jak wszem i wobec wiadomo, subkultury powiązane z cięższymi odmianami muzyki rockowej, nie zawsze spotykały się ze zrozumieniem i sympatią pozostałej części społeczeństwa. Do dnia dzisiejszego różnie z tym bywa, a co dopiero w okresie sprzed 20 lat. Zwłaszcza środowisko metalowe było na cenzurowanym, ze względu na swoje podejście do kwestii religijnych, które – delikatnie mówiąc – dalekie było od powszechnie przyjętych w naszym kraju. Niejeden długowłosy młodzieniec zarówno w tamtych czasach, jak i dziś, zmaga się z metką satanisty, nie zawsze słusznie przypinaną. Takie szufladkowanie jest tak samo stare jak muzyka metalowa, bo dotknęło przecież takich grup jak Black Sabbath czy Iron Maiden, które z kultem piekieł nie miały nic wspólnego.
W Polsce zmianie wizerunku metalowca nie pomagały poczynania rodzimych formacji, takich jak Kat czy Test Fobii Kreon, którzy spalili na scenie krzyż podczas swojego występu w Jarocinie. Każdy fan metalu wie jednak, że epatowanie diabelską symboliką to z reguły wyłącznie element wizerunku scenicznego i artystycznej ekspresji, a nie zjawisko, które może komukolwiek zagrozić. Ciężej to wytłumaczyć szaremu Kowalskiemu, który na nieszczęście młodego metalowca posiadającego swój zespół, jest często właścicielem dogodnego miejsca do grania prób. Ze względu na pewne przesłanki, o których usłyszał w telewizji czy w radiu, nie wyraża zgody, kiedy ów metalowiec z kapelą przyjdą spytać, czy nie wynająłby im pomieszczenia na próby. W końcu mogą zjeść tynk ze ścian, zakąsić go wykładzinami i popić krwią gruchających w okolicy gołębi. Historii o wyrzucaniu zespołów metalowych z ich sal prób bez podania konkretnej przyczyny jest mnóstwo. Nawet takie tuzy jak Vader musiały się swojego czasu zmagać z czymś takim. To zjawisko pokutowało w przeważającej części kraju. W przeważającej, bo okazuje się, że w Zielonej Górze nie było pod tym względem tak źle. Młodzi adepci metalowego grania generalnie mogli liczyć w naszym mieście, jeśli nie na przychylność, to chociaż tolerancję dla swojej pasji.

Reyash: Nie było jakiegoś wytykania nas palcami czy robienia problemów. W Zielonej Górze takie zachowania były marginesem. Z tego, co wiem, o wiele gorzej pod tym względem było we Włocławku czy Płocku. Tam nagonka była aż tak duża, że nie trzeba było słuchać metalu, a wystarczyło mieć długie włosy i już taki człowiek był ganiany, dochodziło do pobić itd. W Zielonej Górze nie mieliśmy z tym nigdy jakiegoś problemu.

Większych problemów z tolerancją wśród pozostałej części mieszkańców nie odnotowali również przedstawiciele sceny hardcore/punkowej w naszym mieście. Swego czasu często angażowali się w akcje społeczne, polegające na zbieraniu ubrań lub pożywienia dla bezdomnych, czy też pomagające zwierzętom z lokalnego schroniska.
Krąży jednak mit, że punkowcy i metalowcy między sobą także nie darzyli się specjalną sympatią. Do bójek i starć między tymi subkulturami dochodziło dość często w innych miastach Polski, ale jak już wspominaliśmy wcześniej, na tym tle Zielona Góra również się wyróżniała.

Bełcyk: Słyszało się o tym, że niekiedy dochodziło do jakichś „nieporozumień” na linii metale–punki, ale ja osobiście nic takiego nie przeżyłem, ani nie widziałem... W moim środowisku osiedlowym czy szkolnym trzymaliśmy zgodę ze względu na znajomość. Trudno było się kłócić, skoro się znało. Pamiętam, bodajże sobotnie, popołudniowe mecze w piłkę nożną między punkami i metalami, więc raczej było OK.

Jest to na pewno w dużej mierze spowodowane wielkością miasta, a także faktem, że w czasach, gdy cały underground się tu rodził, miało to miejsce na konkretnych osiedlach, gdzie osoby tworzące to zjawisko, znały się od dziecka i te przyjaźnie przysłaniały to, z jakiej subkultury kto się wywodzi. Żeby jednak nie było za słodko, warto wspomnieć o pewnym zjawisku związanym tylko z subkulturą metalową, które miało swojego czasu miejsce w całej Polsce, nie wyłączając z tego Zielonej Góry. Chodzi o tzw. krojenie, czyli egzaminowanie metalowej młodzieży ze składu i dyskografii zespołu, którego logo posiada na koszulce, naszywce lub przypince. Oblanie egzaminu wiązało się z... utratą wymienionych fantów – jednego z nich, a niekiedy wszystkich naraz. Takie sytuacje często były spotykane na koncertach, które przez osoby uczęszczające w nich w tamtym okresie wspominane są różnie, ze względu na to, po której stronie „krojenia” się stało. Była to jednak niewątpliwie dodatkowa doza adrenaliny. Dla niektórych to taka forma metalowego folkloru, inni uważają to po prostu za odsiewanie ziaren od plew, czyli metalowym językiem mówiąc, eliminację pozerów. Z tego, co wiadomo autorowi tego artykułu, zjawisko to jest w niektórych częściach Polski praktykowane do dziś, a niekiedy nawet przenoszone za granicę. Należy bowiem zaznaczyć, że w innych krajach poza naszym jest ono mało znane. Pewnie dlatego, że u nas zostało wymuszone przez sytuację finansową u schyłku PRL-u i na początku transformacji. Obecnie, gdy wszystkie metalowe gadżety są na wyciągnięcie ręki, rytuał ten odszedł do lamusa i istnieje głównie jako przekazywana z ust do ust legenda o dawnych dziejach.

Kamyczek uruchamiający lawinę

Na przełomie lat 80. i 90. w Zielonej Górze rzucono jeden mały kamyczek, który uruchomił lawinę muzyków i kapel, które swojego czasu powstawały jak grzyby po deszczu. Wiele z nich nie przetrwało próby czasu, ze względu na problemy ze składem, prozę życia czy po prostu brak wytrwałości. Jest jednak spora część, która niezrażona dalszym trwaniem w muzycznym podziemiu wciąż rwie struny, łamie pałeczki i pali wzmacniacze w zaciszu swoich sal prób i będzie grać jeszcze długie lata, bo po prostu kocha to robić. Garstce zespołów z Winnego Grodu udało się wybić daleko poza granice naszego miasta, a nawet kraju. Już nie tylko w Polsce mówi się przecież o takich kapelach jak Witchmaster, Artrosis czy Supreme Lord. Wiele pozostałych zespołów metalowych, a także hc/punkowych, regularnie koncertuje poza granicami miasta, gdzie spotykają się z bardzo dobrym przyjęciem. Duża liczba osób „siedzących” w undergroundowej muzie, zdążyło już zauważyć takie zjawisko jak „Zielonogórskie Zagłębie Metalowe”, żeby sparafrazować określenie Piotra Bałtroczyka na to, co dzieje się w Zielonej Górze w kwestii kabaretów.
Początki zielonogórskiej sceny undergroundowej i zaistnienia takiego zjawiska zaczęły się tak naprawdę od... jednego nagrania.

Reyash: Myślę, że to było po ukazaniu się naszego demo At the Black Moon Night w 1995 roku. Pojawiły się potem jego recenzje w różnych magazynach, zinach, „zwykłych” gazetach... Wtedy też zaproszono nas na festiwal Vox Mortis do Warszawy, gdzie zebraliśmy bardzo dobre recenzje. I wydaje mi się, że wtedy zaczęło się mówić w Polsce, a nawet poza jej granicami, że w Zielonej Górze się dzieje i tam też grają ekstremalnie.


Grają i to do dziś w niemal podobnej liczbie jak około 20 lat temu. Przez ten czas zdążyło się zdarzyć niezwykle wiele ciekawych rzeczy. Ale to już temat na inną historię.

Michał Cierniak