Start Varia „Zielony Kot” puszcza perskie oko

„Zielony Kot” puszcza perskie oko

czyli wycinek z historii kabaretów zielonogórskich (fragment eseju „Zielonogórski siostrzeniec podkasanej Muzy”)

Pięćdziesięciotysięczny Kraków przełomu XIX i XX wieku miał swój słynny kabaret literacki „Zielony Balonik” i „Jamę Michalikową”, a w powojennej Zielonejgórze (tak pisano wówczas nazwę naszego miasta) narodził się literacki kabaret o tajemniczej nazwie „Zielony Kot”, zaś zielonogórska bohema odwiedzała tłumnie knajpkę „Polonia” przy ulicy Kopernika, popularnie zwaną „u Michalaka” (dla odróżnienia od tej drugiej „Polonii” mieszczącej się w Ratuszu, zwanej „u Zybury”). Właśnie w zielonogórskiej „Jamie Michalakowej” w niedzielne popołudnia organizowane były imprezy artystyczne, zwane „Podwieczorkami przy mikrofonie”. I choć ów mikrofon był metalową atrapą z urwanym kablem, to imprezy „u Michalaka” cieszyły się ogromnym powodzeniem, sala zawsze wypełniona po brzegi, a program realizowany był spontanicznie przez amatorów ze wszystkich działających w tym czasie zespołów teatralnych. Były to m.in. zespół dramatyczny Domu Społecznego Kultury i Sztuki, zespół dramatyczny ZZK, Teatrzyk Amatorski „Reduta” działający przy „Polskiej Wełnie”, stały Teatr Młodzieżowy przy Domu Społecznym Kultury i Sztuki, Studium Baletowe Anny Bekker a także wspomniany na wstępie kabaret „Zielony Kot”. Było tego sporo jak na miejscowość, która dopiero w roku 1947 osiągnęła liczbę ok. 27 tysięcy mieszkańców. Twórcze poczynania cyganerii artystycznej tworzącej „Podwieczorki” koordynował Jan Wacław Oźmiński, na co dzień kasjer starostwa, a słowo wiązane, łączące w jedną całość poszczególne numery wygłaszał Mieczysław Turski, przedwojenny felietonista popularnego krakowskiego pisma „IKC”,także pracownik starostwa. Programy miały układ koncertowy – prezentowano śpiew, muzykę, recytacje.

A gdzież nam tam do Montmartre... A może jednak?...
Życie artystyczne kwitło. Nie tylko w „Polonii”, także w hotelu „Pod Białym Orłem” odbywały się w co drugą sobotę „wieczorki artystyczne” oferujące programy lekkie i ukierunkowane na wesołą rozrywkę, a w kawiarni „Centralnej” położonej przy alei Generalissimusa Stalina (dzisiejsza Aleja Niepodległości) koncertowali regularnie dwaj muzycy – skrzypek Paweł Stróżek i pianista prof. Lepieszo. Gościnną salę kawiarni „Warszawianka” przy Placu Lenina (dzisiejszy Plac Pocztowy) wieczorami brali we władanie młodzi ludzie tworzący „Teatrzyk Poezji”, wywodzący się z kręgów znajomych i współpracowników Piotra Kłucińskiego i Ireny Ertner (współautorzy pierwszej lubuskiej sztuki teatralnej pt. Prawdziwe oblicze).

Kulturalne oblicze miasta kształtowały fale emigrantów przybywających tu z różnych stron kraju, tworząc wielobarwny konglomerat kulturowy. Wśród morza zgliszcz i ruin w jakie zamienione były miasta i miasteczka nie tylko Polski centralnej, ale i te położone na naszych dzisiejszych zachodnich rubieżach, nie tknięta zniszczeniami wojennymi Zielona Góra jawiła się przybywającym doń emigrantom niemalże skrawkiem Paryża! W roku 1947 istniało w mieście 21 zakładów przemysłowych, 310 placówek handlowych, 233 zakłady rzemieślnicze (dane te podaję zgodnie z informacjami zawartymi w jednodniówce reklamującej Winobranie roku 1947). Funkcjonowały prywatne piekarnie i cukiernie, elektrownia, istniał gmach teatru, jako jeden z pierwszych punktów usługowych uruchomiono zakład poligraficzny, a także kino i muzeum. Zielonogórski dziennikarz Henryk Ankiewicz (Andabata) przybywszy po raz pierwszy do naszego miasta zachwycił się zielenią okalającą wille usytuowane wzdłuż Alei Generalissimusa Stalina (dzisiejsza Aleja Niepodległości) i zapamiętał na długie lata smak lodów orzechowych, kupionych u ulicznego sprzedawcy, które zajadał smakowicie, rozglądając się ciekawie wokoło, idąc wzdłuż słonecznej alei, podziwiając urodę tętniącego życiem miasta. Na wystawach sklepowych pyszniły się wędliny ułożone w stosy i wianki, a bułki i chleb kusiły rumieńcem chrupiącej skórki.

Czyżby powojenna idylla?
Ów obraz obfitości malowany jest we wspomnieniach tylko niektórych pionierów. Inni wspominają z goryczą, że ówczesne witryny sklepowe ozdobione były atrapami pieczywa, wędlin itp., które uchodzący z miasta gruenbergczycy zostawiali wraz z całym dobytkiem w opuszczanych pospiesznie domach i sklepach. Służyły one im kiedyś, w latach kryzysu lat trzydziestych i czasu wojny, do dekorowania wystaw sklepowych, gdy wnętrza punktów handlowych świeciły pustkami. We wspomnieniach pionierskich natknąć się można też na informacje, że mało kogo wówczas było stać na kupno delikatesów – większość osób żywiła się w przyzakładowych stołówkach, serwujących cienkie zupki, stanowiące niekiedy jedyny konkretny posiłek w ciągu całego dnia. Upływający czas, jak to zwykle bywa, zatarł część faktów, a inne podkoloryzował – taki to już z niego żartowniś. Zapewne stąd bierze się rozbieżność w przekazie historycznym o tamtych czasach.
Uczeni, tramwajarze, kabareciarze
Mój znakomity wykładowca elektrotechniki na Politechnice Wrocławskiej, rodowity lwowianin dr Adolf Łuczycki, wspomniał kiedyś w jednej z częstych dygresji, którymi z lubością okraszał swoje wykłady, że pierwszymi pionierami zrujnowanego Wrocławia byli lwowscy tramwajarze oraz nauczyciele akademiccy. Bo we Wrocławiu istniały, choć mocno zniszczone, linie tramwajowe i infrastruktura wrocławskich uczelni. A w przedwojennym Gruenbergu, mieście liczącym około trzydziestu tysięcy mieszkańców, nie istniał transport szynowy, nie było też uczelni wyższej, lecz nad powojenną Zieloną Górą unosił się, w moim głębokim przekonaniu, metafizyczny duch Ottona Juliusa Bierbauma (1865-1910), rodowitego gruenbergczyka, który jako pierwszy człowiek pióra walczył na łamach czasopism literackich o nadanie należytej rangi liryce, piosence i skeczom kabaretowym. Mniemam, że owa metafizyczna magia miasta, w którym przyszedł na świat pierwszy literacki teoretyk kabaretu (a zarazem utalentowany praktyk – jego teksty kabaretowe grane były z ogromnym powodzeniem na najważniejszych scenach niemieckich teatrzyków rewiowych przełomu XIX i XX wieku) ściągała tutaj tuż po wojnie grono pozytywnie zakręconych ludzi, którzy wzbogacili swoimi talentami kulturalną historię winnego grodu. Głęboko wierzę, że jest w atmosferze Zielonej Góry jakaś magia, która sprzyja wylęganiu się u nas wyjątkowo dużej ilości formacji kabaretowych – znany polski konferansjer Piotr Bałtorczyk słusznie nadał naszemu miastu miano stolicy Zagłębia Kabaretowego. Dzisiejsze, jakże szeroko rozbudowane zielonogórskie „kabareciarstwo”, mające swój początek w pierwszych latach powojennych, osiągnęło w już latach osiemdziesiątych XX wieku taki rozmach, że dziś możemy śmiało pretendować do miana najbardziej „ukabaretowionego” zakątka Polski. Ech, gdybyż tak Bierbaum mógł przewidzieć, że jego rodzinne miasto zasłynie kiedyś dzięki gatunkowi literackiemu, który z takim znawstwem propagował!

Jak i gdzie powstał pierwszy kabaret?
Rys historyczny obrazujący powstanie owego pierwszego zielonogórskiego kabaretu o zagadkowej nazwie „Zielony Kot” byłby niepełny, gdybym nie cofnęła się myślami do Francji końcówki XIX wieku, gdyż właśnie tam, w Paryżu, na malowniczych przedmieściach Montmarte, narodził się ten nowy gatunek sztuki. To właśnie tam Rudolphe Salis wpadł na pomysł, aby w swojej winiarni wykorzystać potencjał twórczy odwiedzającej ją bohemy artystycznej – malarzy, poetów, muzyków – i stworzył pierwszy kabaret o tajemniczo brzmiącej nazwie „Czarny Kot” („Cat Noir”), którego pierwotne logo – pozwolę sobie posłużyć się określeniem funkcjonującym w języku współczesnym – stanowił wizerunek czarnego kota, będącego symbolem sztuki, który dławi zarżniętą gęś, symbolizującą wiecznie niezadowolonego, zgnuśniałego burżuja, będącego uosobieniem kołtuństwa. Kabaret narodził się w czasach, gdy najbardziej powszechną formą widowiska rozrywkowego była operetka, święcąca triumfy na scenach i scenkach wszystkich większych miast europejskich. Nieskomplikowana, pikantna, rozśpiewana podkasana muza, jak zwano już wówczas operetkę, miała się całkiem dobrze, jednocząc pod jednym dachem rozbawiona publikę, wywodzącą się ze skrajnie różnych środowisk społecznych. I choć część środowiska literackiego pastwiła się nad miałkością librett operetkowych, banalną tematyką i schematyzmem postaci jej bohaterów, to jurna cioteczka operetka, beztrosko wymachując zgrabnymi nogami roztańczonych girls, przetaczała się triumfalnie przez europejskie sceny. Ale to właśnie ona, operetka, jak litościwa surogatka, powiła wielce udane pacholę, któremu nadano wdzięczne imię kabaret. Był on odpowiedzią na duchowe zapotrzebowanie tej części publiczności, która oprócz przynoszącego ulgę „uchachania” chciałaby poprzez spektakl rozrywkowy doznać głębszych odczuć, poznać smak łzy wyciśniętej nie tylko śmiechem „do rozpuku”, ale także tej uronionej pod wpływem wzruszenia.

Niemowlęctwo kabaretu
Pierwsze spektakle kabaretowe miały charakter spontaniczny – poeci recytowali swoje wiersze, pieśniarze prezentowali teksty literackie okraszone muzyką, pojawił się także skecz – kilkuminutowa scenka dramatyczno-satyryczna, a całości widowiska dopełniała wystawa dzieł plastycznych, tworzących swoistą scenografię. Pieśni kabaretowe, powstające w latach dwudziestych XX w. zmieniły radykalnie obowiązującą dotychczas formę – wzbogaciły się o nowatorski element jakim był wcześniej nie stosowany refren. „Piosenka to sposób z refrenkiem/ na inną nieładną piosenkę” pisał Jeremi Przybora, niezrównany mistrz tego gatunku literackiego. Refren podchwytywany był spontanicznie przez publiczność, która aktywnie uczestnicząc w spektaklu współtworzyła go wraz z kabareciarzami. I o to właśnie chodziło, kabaret był, jak byśmy dziś powiedzieli, interaktywną formą rozrywki, a spontaniczny udział publiczności czynił każdy z kabaretowych spektakli widowiskiem jedynym w swoim rodzaju i niepowtarzalnym.

Zastanawiałam się nieraz, na ile owe pierwsze spektakle były spontaniczne, a na ile wpływ na ich przebieg miał gospodarz wieczoru, jak to bywało w znanych mi z autopsji „szansonadach” – formach artystycznej aktywności wrocławskich żaków w latach siedemdziesiątych XX w. Byłam wówczas studentką Instytutu Cybernetyki Technicznej Politechniki Wrocławskiej i choć studia moje były bardzo absorbujące, to jednak aktywnie uczestniczyłam w życiu kulturalnym nie tylko mojej uczelni, ale także szerzej pojętego środowiska akademickiego Wrocławia. „Szansonadę” poznałam od zaplecza, bowiem wchodziłam często w skład grupy organizacyjnej, kreującej imprezy tego gatunku.

Co szansonadzie do piosenki?
Z reguły ilość uczestników „szansonady” wynosiła przynajmniej sto osób, a impreza miała charakter biesiady połączonej z twórczą prezentacją wszelkich form poczynań artystycznych – recytacji, śpiewu, muzyki, malarstwa. W winiarni Salisa uczestnicy wieczorów kabaretowych zasiadali przy stolikach nad pucharami z winem, a u nas owym trunkiem, którym raczyli się uczestnicy spektaklu, był słynny w tamtych czasach wrocławski full – piwo (ponoć) dobrej jakości, jak na gusta tamtych czasów. A więc u nas piwo zamiast wina, no i brak stolików – uczestnicy usadowieni byli audytoryjnie wokół centralnego miejsca sali, stanowiącego coś w rodzaju sceny, aczkolwiek bez podwyższenia.
 
Z punktu widzenia uczestników (a przybywali tłumnie, wyposażeni w gitary, tamburiny, perkusyjne „przeszkadzajki”, obładowani malarskimi „dziełami sztuki”), całość spektaklu miała charakter spontaniczny. Ale aby imprezie nadać właściwe tempo, organizatorzy rozstawieni wśród uczestników, mieli za zadanie „wskakiwać” z prezentacją swojego numeru na wypadek, gdyby w programie pojawiła się jakaś luka. Z reguły tylko pierwsza prezentacja wykonywana była przez podstawionego organizatora, bo potem uczestnicy spontanicznie i chętnie włączali się do spektaklu. Moderator, oprócz krótkiego komentowania poszczególnych wystąpień, dyscyplinował kolejkę uczestników – prezentacja jednego numeru miała przydział czasu od pięciu do ośmiu minut, maruderzy bywali wyklaskiwani, a nudne występy przerywano przeciągłym chóralnym okrzykiem dezaprobaty. (W kabarecie Salisa zdarzało się, że gadułę lub nudziarza wyrzucano z hukiem za drzwi lokalu; my aż tak radykalni nie byliśmy).

Formułę naszych studenckich „szansonad” zaczerpnęliśmy z historii pierwszych kabaretów – spontaniczna, dyskretnie sterowana prezentacja numerów niezwiązanych ze sobą tematycznie, obowiązywała we wspomnianym „Czarnym Kocie”, w krakowskim „Zielonym Baloniku”, a także w warszawskim kabarecie „Pod Pikadorem”, który powstał w pierwszej dekadzie XX wieku (jego rdzeń stanowili młodzi literaci grupy poetyckiej „Skamander”, wśród których liderami byli poeci tej miary co Tuwim, Słonimski, Lechoń.)

Co nowego w kabarecie?
Z czasem twórcy kabaretowi wypracowali formułę spektaklu, w którym kluczową rolę odgrywała wyraziście zarysowana postać konferansjera, a poszczególne numery prezentowane były zgodnie z dokładnie przemyślanym scenariuszem. W krakowskiej „Piwnicy pod Baranami” funkcjonującej do dziś, choć założono ją ponad pół wieku temu, konferansjerka w wykonaniu Piotra Skrzyneckiego nadawała rytm i klimat spektaklom, a sam Skrzynecki zaistniał w pamięci bywalców tego krakowskiego przybytku wysmakowanej rozrywki jako czarodziej słowa, uwielbiany na równi z występującym w okresie przedwojennym w warszawskich kabaretach Fryderykiem Jarosym.

Kabaret ewoluował, ale przez długie lata był, niezależnie od zachodzących w nim zmian sztuką, która twardo stała na s c e n i e. Większości dzisiejszych formacji kabaretowych, zwłaszcza tych, których spektakle telewizja transmituje z przeznaczeniem dla szerokiego grona odbiorców, zmierza w kierunku e s t r a d y poprzez prezentowanie dowcipu, powiedzmy sobie – „lekko- strawnego”. W „Gazecie lubuskiej” z dnia 26 września tego roku na stronie 9 czytam w artykule Kabareciarze znów atakują skeczem improwizowanym informację, że tematem październikowej improwizacji będzie m.in. „(...) kierowca autobusu, który wpajał swoim pasażerom zasadę: „rzygamy- sprzątamy”... No cóż, czy to znak czasu, czy to publiczność nakreśla taki kierunek prezentacji dowcipu? Z pełną odpowiedzialnością twierdzę, że nie. Miałam okazję przekonać się naocznie, że dzisiejszy widz ma apetyt na kabaret literacki i potrafi go odbierać – pod warunkiem, że taki spektakl zostanie mu zaprezentowany! Dlatego cieszy mnie wiadomość, że szczeciński „Czarny Kot Rudy”, kabaret o wyrazistym profilu literackim, ma zawsze komplet widzów na swoich spektaklach i że nie słabnie popularność krakowskiej „Piwnicy pod Baranami”, (choć miałam okazję słyszeć z ust samego Leszka Długosza, że ta dzisiejsza „Piwnica” różni się, niestety, od tej z epoki mistrza Skrzyneckiego.)

A jak kiedyś bywało w Zielonej Górze?
Przedwojenny Gruenberg liczył sobie około 30 tysięcy mieszkańców, gdy z początkiem lat trzydziestych oddano tu do użytku gmach teatru (dokładnie dnia 1 kwietnia 1931 roku odbyło się inauguracyjne przedstawienie). Budynek stanął przy reprezentacyjnej Bahnhoffstrasse (późniejsza Aleja Stalina, dzisiejsza Aleja Niepodległości), lecz w mieście nie istniał wówczas zawodowy zespół teatralny. Imprezę inauguracyjną uświetnił koncert orkiestry miejskiej, ale Don Carlosa zaprezentowała trupa teatralna Schlesische Landstheater. Potem w gmachu tym organizowano wszelkie miejskie uroczystości okolicznościowe, prezentowały się także na teatralnej scenie zespoły amatorskie kolejarzy i włókniarzy, Dobrze, że plany architektoniczne budynku (projektantem był Oskar Kaufmann, którego dziełem jest berlińska Volksbuehne) nie wpadły w ręce słynnego kasiarza Szpicbródki – teatr przylegał jedną ścianą do sali Miejskiej Kasy Oszczędnościowej! (Dzisiaj w pomieszczeniach bankowych mieści się restauracja).

Do przedwojennej Zielonej Góry, jeszcze zanim zbudowano teatr, zapraszane były zawodowe zespoły teatralne (najczęściej z Głogowa i Szczecina), a występy odbywały się w sali koncertowej w nieistniejącym już dziś budynku, który stał w okolicach dzisiejszej ulicy Dąbrówki. W mieście funkcjonowały towarzystwa śpiewacze (m.in. liczące około 70 osób robotnicze stowarzyszenie śpiewacze – Arbeitsgesangverein oraz wspomniana już orkiestra miejska). Nie natknęłam się w zebranych przeze mnie materiałach historycznych na jakąkolwiek wzmiankę o istnieniu w mieście kabaretu. Sądziłam, że nasze miasto przed wojną było zbyt małe, aby kabaret mógł funkcjonować, ale poczynania w tej branży Polaków, przybyłych tu po wojnie, przeczą tej tezie. A zatem czas ruszyć tropem zielonogórskiego kabareciarstwa. Zanim powstał w Zielonej Górze rodzimy miejski kabaret, zielonogórska powojenna publiczność obejrzała komedię Baron-Rekrut Józefa Czaporowskiego wyreżyserowaną przez Cezarego Julskiego. (Wymienione przeze mnie już wcześniej zielonogórskie grupy artystyczne wywodziły się z ruchu amatorskiego, a ten spektakl wystawiono siłami profesjonalnie prowadzonego zespołu aktorskiego Teatru Miejskiego). Było to 3 września 1945 r. A już 29 września tegoż roku ten sam zespół wystawił rewię Burza i pogoda. Pierwsza część tego widowiska miała formę koncertu i kończyła się jednoaktówką autorstwa C. Julskiego, natomiast druga była składanką czternastu numerów, połączonych konferansjerką w wykonaniu W. Chomiaka. W żadnym z dostępnych mi materiałów nie spotkałam się z informacją, czy owa rewia była wystawiona tylko jeden raz, czy może miała kontynuacje albo wznowienia i czy jej teksty wiązały się z aktualna tematyką miejską, czy też była to klasyka gatunku, spięta konferansjerką. A zatem odnotować należy, że C. Julski wyreżyserował program rewiowy, ale nie dysponuję dostatecznie mocnymi argumentami, aby tę właśnie rewię uznać za pierwszy rodzimy zielonogórski spektakl kabaretowy. W listopadzie i grudniu 1945 zespół aktorski pod kierownictwem C. Julskiego wystawił z ogromnym powodzeniem jeszcze kilka innych spektakli, bardzo gorąco przyjętych przez publiczność, ale niestety, w marcu 1946 roku C. Julski przeprowadził się do Poznania, a na stanowisku kierownika teatru powstał wakat. Nasz teatr już wtedy dysponował rozległą sceną, działającą kurtyną, miał sprawną instalację elektryczną, a dobytku teatralnego strzegł pieczołowicie woźny – Władysław Ławniczak, toteż wkrótce, jako że natura nie znosi pustki, obiekt ten całkowicie przejęli zdolni, pełni zapału amatorzy wywodzący się z różnych środowisk społecznych, których określiłam na wstępie artykułu mianem „zielonogórskiej bohemy”.
Mniemam, że pierwszym polskim tekściarzem pierwszego zielonogórskiego kabaretu literackiego został lwowski literat – satyryk z zamiłowania, z zawodu prawnik – Henryk Greb. A oto jak doszło do powstania kabaretu. Otóż pewnego niedzielnego popołudnia roku 1946 roku Henryk Greb szedł sobie peryferyjną ulicą Jelenią w towarzystwie pracującego w starostwie Wiesława Mueldnera-Nieckowskiego, a z naprzeciwka szli dwaj znajomi Nieckowskiego – wspomniani już wcześniej Mieczysław Turski i Wacław Oźmiński. Greb miał problem – sąsiad podarował mu szafę, do przeniesienia której potrzebował koleżeńskiego wsparcia kilku chętnych, silnych mężczyzn. Poproszeni o przysługę Oźmiński, Turski i Nieckowski spisali się przy przenosinach mebla tak dobrze, że uradowana żona Henryka Greba uraczyła ich zielonogórskim winem, przy którym rozwiązały się im języki. Greb przytoczył kilka fraszek swojego autorstwa – lekkich, zabawnych, dowcipnych, po czym rozmowa zeszła na tematy związane z lokalną kulturą. I wówczas to, podczas przyjacielskiej pogawędki przy winie, Nieckowski rzuca pomysł stworzenia kabaretu literackiego. Myśl ta zostaje ochoczo podjęta przez współbiesiadników. Ustalono, że satyryk Greb weźmie się za przygotowanie tekstów dialogów i monologów, napisze słowa piosenek oraz zajmie się konferansjerką. Wkrótce do zespołu nowo powstałego kabaretu dołączają dwie panie – obdarzona lirycznym sopranem Halina Nowacka oraz pełna temperamentu i scenicznej werwy Iwona Zagórska. Jako partner Nowackiej przystępuje do zespołu tenor W. Chomiak (w roku 1949 wyjechał do Poznania), a za wesołków robią Turski z Oźmińskim. Dzięki talentowi Wiesława Nieckowskiego – pomysłodawcy, reżysera, inspicjenta i kierownika technicznego całego tego przedsięwzięcia – wykonano dekoracje wraz z oświetleniem, a scena finałowa spektaklu, podczas której Zagórska wjeżdża na grzbiecie zielonego kota nadnaturalnej wielkości, kręcącego ogonem i mrugającego ślepiami, wywołała taką burzę oklasków, że numer ten musiano kilkakrotnie bisować! A więc – sukces, sukces, sukces! Skecze i piosenki były mocno osadzone w realiach zielonogórskich, występ kabaretu stał się miejską sensacją i stanowił niekończący się temat rozmów „zielonogórców”, którzy zaskoczeni byli bardzo wysokim poziomem literackim spektaklu. Także podczas obchodów Dni Winobrania 1947 roku w niedzielę 28 września o godz. 20.00 zespół kabaretu „Zielony Kot” na scenie Teatru Miejskiego zaprezentował swój program w ramach „Wieczoru humoru i piosenki”. Szperając w materiałach dotyczących „Zielonego Kota” docieram do syna Wiesława Mueldnera-Nieckowskiego – pana Piotra Mueldnera, który co prawda mieszkał w tamtym czasie w Zielonej Górze, ale opuścił ją w 1949 roku jako kilkuletni berbeć, więc żadnego ze spektakli „Zielonego Kota” ze zrozumiałych względów nie mógł oglądać... (W roku 1949 rodzina Nieckowskich wyjeżdża do Warszawy, gdzie Wiesław zasłynął jako twórca kilku stołecznych pomników i wszechstronnie utalentowany rzeźbiarz oraz mistrz sztuki medalierskiej). Okazało się, że pan Piotr, choć sam nie widział żadnego ze spektakli, to jednak sporo wie o poczynaniach kabaretowych swojego taty. Czytam w przysłanym do mnie e-mailu: „Kabaret (...) miał trzy programy, dał kilkanaście przedstawień, które odbywały się w Teatrze zielonogórskim, sala zawsze była wypełniona po brzegi.” I dalej: „Muzykę komponował i aranżował Lech Miklaszewski (1910-1992), znany pedagog muzyczny, kompozytor, pisał głównie dla dzieci; w Zielonej Górze zatrzymał się na krótko, może na dwa miesiące; przyjechał z Siedlec, potem pojechał do Warszawy”.

I tu pewne zaskoczenie – z innych materiałów dokumentujących tamte czasy wynika, że muzyka do spektakli kabaretu „Zielony Kot” była autorstwa wymienionego przeze mnie już wcześniej profesora Lepieszo... Wierzę, że opisując szerzej poczynania zielonogórskich kabareciarzy wyjaśnię kiedyś tę rozbieżność .

Pan Piotr potwierdza autorstwo tekstów „Zielonego Kota” jako dzieło Henryka Greba – kabareciarza, który na co dzień pracował jako zielonogórski sędzia (przed okupacją sowiecką był on asystentem na Wydziale Prawa Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie). Przytacza mi także słowa kołysanki, którą w dzieciństwie słyszał z ust swojej Mamy, a której autorem jest także Henryk Greb. Pozwolę sobie ją zacytować, przepisując fragment e-maila otrzymanego od pana Piotra:

 
„Dobranoc maleńka / dobranoc już czas / zmruż powieki i główkę swą złóż //Dobra wróżka sprzed lat /przyjdzie nocą na świat / czarodziejską opowie ci baśń/”.

Dobranoc „Zielony Kocie”, czas kończyć mój artykuł, zbliża się północ – pora aktywności wszelkich kotów, niezależnie od ich maści, wieku i płci. A ludzie z reguły szykują się o tej porze na spóźniony odpoczynek, nie zdając sobie sprawy, jak wiele tracą, przesypiając najbardziej tajemniczą część doby! Dobranoc „Zielony Kocie”, miło było mi Cię dziś literacko pogłaskać – jesteś tego wart, skoro pamięć o tobie wciąż trwa, choć od chwili twoich narodzin minęło ponad sześćdziesiąt lat! A może zielonogórskie środowiska artystyczne powinny skrzyknąć się i reaktywować postać „Zielonego Kota”, aby z czasem stał się gadżetem promującym nasze miasto? Moja córka przysłała mi z Paryża kartkę pocztową z grafiką będącą wariacjami na temat czarnego kota z winiarni Salisa; a na dzisiejszym Montmartre można kupować różne gadżety odnoszące się do historii kabaretu – repliki plakatów, kartki pocztowe, kubeczki itp. Więc może by tak i u nas?

A skąd wzięła się nazwa pierwszego zielonogórskiego kabaretu, dlaczego właśnie „Zielony Kot”? M. Turski twierdzi, że z przypadku – kabareciarze idąc na jedną z pierwszych prób ujrzeli na klatce schodowej dorodnego kocura o ogromnych, zielonych oczach i to właśnie jego fosforyzujące spojrzenie nasunęło pomysł nadania kabaretowi takiej nazwy. Jeszcze raz zerkam w tekst listu pana Piotra Mueldnera i czytam z ogromną przyjemnością: „(...) Z Zieloną Górą emocjonalnie związany jestem bardzo silnie. Fakt, że tam w początkach życia mieszkałem (...) ma dla mnie ogromne znaczenie. W niektórych moich utworach można znaleźć zielonogórskie echa. Czasami wstępuję do tego miasta i do domu, w którym się urodziłem, żeby nie zapomnieć.”

No pewnie, bo Zielona Góra to doprawdy magiczne miejsce.
Halina Bohuta-Stąpel

Bibliografia:
1. Mieczysław Turski, Takie to były czasy, LTK 1973.
2. Henryk Ankiewicz, Przechadzki zielonogórskie, LTN 1992.
3. Izolda Kiec, Wyprzedaż kabaretu w ręce błazna i arlekina czyli o kabarecie, Wydawnictwo Poznańskie 2001.
4. Dorota Fox, Kabarety i rewie międzywojennej Warszawy, Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego 2007.
5. Julian Tuwim, Cyganka oraz inne satyry, Iskry 2006.
6. Uśmiech na małym ekranie, układ i wybór Witold Filar WAiF 1971.
7. Julian Mikołajczak, Kpinki i docinki, Wydawnictwo Poznańskie 1989.
8. Księga cytatów z polskiej literatury pięknej od XIV do XX wieku ułożona przez P. Hertza i W.Kopalińskiego, PIW 1975.
9. Andabata, Listy z Palmiarni, ZWP 1983.
10. Ryszard Marek Groński, Kabaret Hemara, PTWK 1988.
11. Helena Karwowska, Warszawski kabaret artystyczno- -literacki „Momus”, PWN Warszawa 1982.
12. Michael Fleischer, Zarys teorii kabaretu.
13. Antologia dramatu lubuskiego (wybór tekstów i komentarz A. Buck), Pro Libris 2011.
14. Ludwik Sempoliński, Wielcy artyści małych scen, Czytelnik Warszawa 1977.
15. Julian Tuwim, Piórem i piórkiem, Czytelnik 1957.
16. Hieronim Szczegóła, Zielona Góra – rozwój miasta w Polsce Ludowej, Wydawnictwo Poznańskie 1984.
17. J.P.Majchrzak, Na tropach dawnej Zielonej Góry, Dom Wydawniczy GEST, Zielona Góra 1993.
18. Kazimierz Krukowski, Mała antologia kabaretu, Wydawnictwo Radia i TV, Warszawa 1982.
19. Boy, Słówka, Wydawnictwo Literackie, 1953.
20. XX lecie Lubuskiego Teatru im. L. Kruczkowskiego w Zielonej Górze, Zielonogórskie Zakłady Graficzne 1971.
21. Korespondencja (e-maile wrzesień/październik 2012) z Piotrem Mueldnerem.
22. „Monographie deutscher Staedte, Band XXIX Gruenberg in Schl.” Deutsche Komunal-Verlag GmbH Berlin 1928.
23. „Jednodniówka – Informator” PTK w Zielonej Górze wydana z okazji „Dni Winobrania” 1947 r.
24. „Gruenberger Wochenblatt” (komplet czasopism z roku 1846).
25. Halina Bohuta-Stąpel, Co wyrosło w Zielonej Górze na pniu „piwnego drzewa”?, Towarzystwo Społeczno- Kulturalne Mniejszości Niemieckiej w Zielonej Górze 2010.
26. Praca zbiorowa pod redakcją Hieronima Szczegóły „Znani Zielonogórzanie XIX i XX wieku” – cz. 2.
27. „Gazeta Lubuska” z dnia 26 września 2012 r.