Start Varia O pewnym początku

O pewnym początku

Początkiem była kserokopia eseju O zegarze słonecznym. Została opatrzona odręcznie napisanym nazwiskiem: William Hazlitt. Otrzymałem ją kilka lat temu od sympatycznego kierowcy jeżdżącego wielkimi ciężarówkami po amerykańskich i kanadyjskich autostradach.

Zawodowi kierowcy, chyba nie tylko mi, nie kojarzą się z miłośnikami książek. A jeśli już, to z sensacyjnymi. Ale wiedziałem, że wspomniany kierowca preferuje pozycje filozoficzne, eseistyczne, także klasyczne powieści europejskie i amerykańskie. Kserokopię eseju Hazlitta, po powrocie do domu odłożyłem na półkę, obiecując sobie jego lekturę w niedalekiej, ale nie dającej się bliżej określić, przyszłości. Mijały tygodnie. Aż w końcu sięgnąłem po zachwalany tekst. W trakcie jego lektury przyszła mi na myśl następująca wypowiedź Williama Jamesa:

„Zawsze żywiłem opinię, że jednym z pierwszych obowiązków dobrego czytelnika jest zwoływanie innych czytelników, by mogli się cieszyć znajomością z każdym mało znanym pisarzem doskonałej klasy, którego udało mu się odkryć w trakcie swych poszukiwań”. Tak więc w myśl owego poglądu, kierowca spełnił ten obowiązek.

Gdy doszło do kolejnego spotkania, już na samym wstępie poinformowałem ofiarodawcę, że z przyjemnością przeczytałem O zegarze słonecznym. On zaś nie krył zadowolenia, że jesteśmy tego samego zdania. Podkreśliliśmy przy tym piękno i trafność sentencji łacińskiej, cytowanej przez autora, a wyrytej na pewnym zegarze słonecznym (jej treść będzie jeszcze przytoczona). Na koniec wyraziłem chęć przeczytania innych tekstów Williama Hazlitta. Niestety, mój rozmówca nie dysponował takowymi.

* * *
Kilka miesięcy później, w ofercie jednego z antykwariatów natknąłem się na Eseje wybrane Williama1 Hazlitta opublikowane, w tłumaczeniu Henryka Krzeczkowskiego, przez PIW w 1957 r. (tylko wtedy wydano w Polsce Coś, co wyszło spod pióra tego autora). Minął jeszcze tydzień i na moim biurku pojawiła się niewielkich rozmiarów, starannie zapakowana paczka.

Ucieszyłem się, gdy na światło dzienne wydobyłem wspomnianą książkę. Moje uczucie zadowolenia powiększył jeszcze fakt, że była ona w dobrym stanie. A nie zdarza się to często tomom, które mają już 53 lata. Wprawdzie pachniała trochę tak, jak pachną książki, do których stosunkowo rzadko dociera świeże powietrze, ale taki zapach, to często rzecz przejściowa. Owa woń wskazywała, że przez dłuższy czas Eseje wybrane nie wzbudzały niczyjego zainteresowania. Lecz to były sprawy nieistotne wobec faktu, że stałem się posiadaczem wyboru Hazlittowych esejów. One zaś lepiej trafić nie mogły!


* * *
Od kilku lat prowadzę na własny użytek Księgę cytatów. Owe wyimki umieszczam w niej ze względu na trafność bądź odkrywczość sformułowań. Do tej pory zamieściłem w niej fragmenty z tekstów 224 autorów. A są nimi prozaicy, poeci, artyści, filozofowie, politycy, także uczeni. Mniej więcej połowa z nich jest reprezentowana przez jeden lub dwa cytaty. Do rekordzistów należą m.in. Josif Brodski, Witold Gombrowicz, Johann W. von Goethe, Gustaw Herling-Grudziński, Ernst Jünger, Thomas Merton, Blaise Pascal, Andrzej Strumiłło, Józef Tischner i właśnie William Hazlitt. Z tym, żeobecność tego ostatniego w owym gronie, tym bardziej warta jest podkreślenia, że cytaty pochodzą tylko z jednej książki2, owych Esejów wybranych. W przypadku zaś pozostałych autorów największej liczby cytatów, napisanych przez nich dzieł przeczytałem znacznie więcej (nie tylko dlatego, że tak wiele mieli do powiedzenia, ale że po prostu więcej ich książek jest dostępnych w języku polskim). Na urywki zaczerpnięte z ich dzieł, napotykałem również podczas lektury książek innych autorów. A William Hazlitt, mimo, że najzupełniej na to zasługuje (będzie o tym jeszcze mowa), mało jest znany poza krajami anglosaskimi.

A oto Hazlittowskie myśli, jakie trafiły do wspomnianej Księgi cytatów :
„(...) wyszukany smak polega na lubieniu, nie zaś na nielubieniu; a odrzucenie tego, co jest złe, tylko wtedy można uważać za cnotę, jeśli łączy się z tym stawianie rzeczy bardziej doskonałych i przywiązanie do nich”.

„Ci, którzy poprzestają na byle czym, wiedzą niewiele, ci zaś, którym wszystko się podoba, w ogóle nic nie rozumieją”.

„Nie mogę pojąć namiętności, z jaką większość ludzi czyta nowe książki. Gdyby ludzkość przeczytała to wszystko, co się już uprzednio ukazało, mógłbym zrozumieć brak ochoty do powtórnego czytania tego samego”.

„Książka nie przeczytana jest dla mnie pod każdym względem książką nową, niezależnie od tego, czy wydrukowana została wczoraj, czy też przed trzystu laty”.

„Jedzenie, ciepło, sen i książka – oto wszystko, co mi obecnie jest potrzebne – ultima thule 3 moich błądzących pragnień”.

„Po to, by skłonić innych do myślenia na nasz sposób, należy przedtem przejść przez ich sposób myślenia; po to, aby przewodzić, trzeba umieć iść za kimś”.

„Duszą rozmowy jest sympatia”.

„Dobrze, że nie ma człowieka bez wad, bo taki człowiek nie miałby też przyjaciół”.


* * *
Po przerwaniu w 1795 r. studiów w college’u unitariańskim (podjął je ze względu na swego ojca) powrócił do domu rodzinnego w Wem, hrabstwo Shropshire. William Hazlitt senior wiadomość, iż ukochany syn nie pójdzie w jego ślady, że nie będzie pastorem, przyjął z ciężkim sercem. Faktem jest jednak, że jego stosunek do Williama juniora nie uległ zmianie. Pobyt w domu rodzinnym przyszły autor m. in. O zegarze słonecznym wykorzystał na pogłębienie znajomości klasycznej greki i łaciny, lektury dotyczące nauki, historii, teologii, jak też na pisanie, malowanie tudzież spacery po i wokół Wem. Ten czas wykorzystał również na podjęcie decyzji co do wyboru zawodu. Czego efektem było rozpoczęcie studiów malarskim. Na ten wybór, obok zainteresowań, jak też posiadanych umiejętności, niewątpliwy wpływ miało też to, że jego starszy brat John, cieszył się już w tym czasie, w Londynie pewną sławą jako artysta. I właśnie tam William rozpoczął studia (także pod okiem brata), potem w Paryżu. Po powrocie do ojczyzny zyskuje uznanie jako malarz portrecista. Malarstwo nie przynosi mu jednak satysfakcji artystycznej (finansową, po części, tak). Dlaczego? Otóż William Hazlitt stosunkowo szybko nabrał przekonania, że w żadnym razie nie może mówić o posiadaniu malarskiego talentu, a co najwyżej – o osiągnięciu biegłości. A w tym, co robił chciał być doskonały. Lecz nie chodziło o doskonałość dla niej samej. Rzecz polegała bowiem na perfekcji w wyrażaniu siebie. Porzuciwszy zajęcie malarza portrecisty (nigdy jednak nie zrezygnował całkowicie z malowania), poświęca się pisaniu. I stosunkowo szybko odczuł z tego powodu satysfakcję. Chociażby dlatego, że bardzo dobrego zdania o jego umiejętnościach pisarskich, chociażby klarowności stylu, było wielu jemu współczesnych. Podobnie było z przedstawicielami następnych pokoleń. To dlatego William Hazlitt uważany jest za jednego z mistrzów angielszczyzny. Tak jak uchodzi za jednego z mistrzów eseju w literaturze światowej, nie tylko w literaturach tworzonych w języku angielskim. Na temat Hazlittowskiej eseistyki w posłowiu do Esejów wybranych, Henryk Krzyczkowski napisał: „Wybór tej formy wypowiedzi pisarskiej nie był przypadkiem. Podyktował ją nie tylko jego temperament pisarski, chociaż niewątpliwie zadecydował o jego pisarskich sukcesach, ale i potrzeba chwili. Esej bowiem jest próbą najpełniejszej wypowiedzi wolnego artysty usiłującego ujarzmić współczesność”. Ujarzmić współczesność...


* * *
Przypominając w tym szkicu postać Williama Hazlitta, pomijam jego działalność jako sprawozdawcy parlamentarnego, potem krytyka teatralnego dziennika „Morning Chronicle”. Nie czytałem tekstów dokumentujących tę jego działalność, zresztą nie jest to moim marzeniem. Ta tematyka może zainteresować, jak sądzę historyka parlamentaryzmu tudzież teatru brytyjskiego (nie jestem ani jednym, ani drugim). Natomiast czym innym są eseje Hazlittowskie – one przyciągają moją uwagę. Oczywiście, nie wszystkie w tym samym stopniu. Bo bardzo rzadko powracam do zawartych w Esejach wybranych tekstów poświęconych dwóm pisarzom Lordowi Byronowi i sir Walterowi Scottowi oraz filozofowi Jeremy’emu Benthamowi. Zaś o wiele bardziej jestem zinteresowany takimi esejami jak: Myśli o smaku, O czytaniu nowych książek, Pożegnaniu eseju, a zwłaszcza, tak, tak, O zegarze słonecznym. Zwłaszcza, gdyż to za sprawą tego tekstu wręczonego mi w opisanych na wstępie okolicznościach (wspomnę w tym miejscu, iż nie wierzę w przypadek), dowiedziałem się o kimś takim, jak William Hazlitt. Do tego treść tego eseju szczególnie mnie ujęła. A gdyby było inaczej, do niego ograniczyłby się mój kontakt z twórczością niespełnionego malarza, ale spełnionego eseisty.

Nie budzi mojego entuzjazmu podziw (choć wyrażany z zastrzeżeniami) Williama Hazlitta dla rewolucji francuskiej (uważam ją bowiem, pisząc w skrócie, za Wielkie Mordowanie). Lecz budzi go jego zaangażowanie dla spraw, w które wierzył np. w demokratyzację życia w Wielkiej Brytanii. Jak też to, że nie był oportunistą; że cechowała go odwaga w prezentowaniu poglądów, także wtedy, gdy nie były one akceptowane przez zdecydowaną większość jego rodaków. Jednak moje uznanie dla Hazlitta budzi przede wszystkim to, że w przedmiotach codziennych, takich jak np. czasomierze, dostrzegał ich drugie, a niekiedy, i trzecie dno. Że ich obecność w otoczeniu człowieka, nie sprowadzał tylko do funkcji im przypisanych czyli użytkowych. O zegarze słonecznym jest tego koronnym przykładem. A rozpoczyna się ten esej łacińską sentencją/frazą zauważoną przez autora na pewnym zegarze słonecznym we Włoszech: „Horas non numero nisi serenas”, co po polsku znaczy: „Odmierzam tylko godziny pogodne”. Czyż myśl ta nie jest piękna, trafna i głęboka?
Dariusz Pawlicki


1 Na okładce Esejów wybranych, jak i w Posłowiu, imię autora podane jest w formie „Wiliam”.
2 Do rekordzistów należy też Alberto Savinio. W jego przypadku również przeczytałem tylko jedną publikację – Wyjście z labiryntu.
Szkice rozproszone z lat 1943-1952.
3 ostatnia granica (łac.)