Start Varia Romea i Julki tragedia prawdziwa

Romea i Julki tragedia prawdziwa

Jedną z ulubionych form scenicznych, lansowaną od zarania istnienia kabaretu, były parodie znanych dzieł literackich. Parodia w pewien sposób nobilituje publiczność, bowiem zakłada, że widz przynajmniej pobieżnie zna treść dzieła, którego karykaturalną wersję prezentuje kabaret. Jeremi Przybora napisał prześmiewczą wersję Hamleta w roku 1956, a ja zachwyciłam się nią w roku 1969, gdyż wówczas obsadzona zostałam w roli Maci-królowej w szkolnym spektaklu kabaretowym. Dużo później, bo dopiero w roku 2011 zdecydowałam się na napisanie własnej prześmiewczej wersji szekspirowskiego dramatu Romeo i Julia.

A oto treść tego dramatu pokazana w krzywym zwierciadle mojej wyobraźni.

Autorka:
„Słuchajcie ludziska, niechaj nikt nie ziewa,
oto jest tragedia Julki i Romea!”
(Uderzenie w gong. Na scenę wchodzi Romeo.)

Romeo:
Julia Capuletti – całkiem niezła laska!
Lecz cóż – nasze rody od lat tkwią w niesnaskach.
A chciałbym ja kiedyś takiej chwili dożyć,
by z tą Capuletti ciut pocudzołożyć...
Lecz któż to tu zmierza? Markucjo, mój druhu!

Markucjo:
Romeo, dlaczego zażywasz dziś ruchu
u wrót Capulettich, odwiecznego wroga?
O, widzę twarz twoją ścięła jakaś trwoga...

Romeo:
Nie trwoga, Markucjo, wyznam ci kolego -
z Julką Capuletti mam chęć na... ten-tego...

Autorka:
„Słuchajcie ludziska, niechaj nikt nie ziewa,
oto jest tragedia Julki i Romea!”
(Uderzenie w gong. Na scenę wchodzi Romeo.)

Romeo:
Julia Capuletti – całkiem niezła laska!
Lecz cóż – nasze rody od lat tkwią w niesnaskach.
A chciałbym ja kiedyś takiej chwili dożyć,
by z tą Capuletti ciut  pocudzołożyć...
Lecz któż to tu zmierza? Markucjo,  mój druhu!

Markucjo:
Romeo, dlaczego zażywasz dziś ruchu
u wrót Capulettich, odwiecznego wroga?
O, widzę  twarz twoją ścięła jakaś trwoga...

Romeo:
Nie trwoga, Markucjo, wyznam ci kolego -
z Julką Capuletti mam chęć na... ten-tego...
Romeo:
Cóż mi inne dziewki, Julki chcę – i tyle!
Julka – rączki w małdrzyk, dziób w ciup, gładkie liczko...

Markucjo:
Ale tej hałastry jest też zawodniczką!
Przecież z Rosalindą jesteście po słowie
– zacną, piękną, dobrą, mądrą – co się zowie!
A ta Julka przecież trochę zezowata,
a jej matka, ojciec... 

Romeo:
...otóż Julki tata,
jej papcio, Markucjo, dzisiaj bal wydaje,
na który w tej oto masce się udaję
a w moim umyśle myśl mi oto błyska
aby cudną Julkę poznać lepiej z bliska!
Więc zmierzaj, mój druhu, w odwrotnym kierunku
bez rad twych mam ja i tak dosyć frasunku.

(Markucjo wychodzi).

Romeo:
O, gwiazdy! Świecicie jak piegi na nosku
uroczej Julietty. Mógłbym dziś po włosku
wyśpiewać co czuję ja do tej kobiety!
Cóż, brak mi talentu, cholera, niestety...
Lecz jeśli sprawicie cud, szlachetne bogi,
to dziś pieśń spod serca cisnę jej pod nogi!
A jeśli uznacie, że Julka niewarta
jest moich zalotów, to pójdę do czarta,
to zstąpię do piekieł! Tam talentu krzynkę
wybłagam, bo muszę zdobyć te dziewczynkę!
Oj, czuję, że z gardłem moim coś się dzieje...
Jak pragnę zakwitnąć – ja śpiewam! Ja pieję!

(Tu leci z playbacku włoska aria, Romeo odwróco­ny tyłem do widzów „śpiewa” ją , tzn. wykonuje gesty adekwatne do linii melodycznej. Gdy kończy)


Romeo:
A otóż i ona – westchnień moich pani!
Dobrze, żem ciut wcięty – na leciutkiej bani.
(Wchodzi Julia tanecznym krokiem, podśpiewując piosenkę Drupiego na la, la ,la)
Julietto, stój piękna, azaliż pozwolisz
na zbytki i ze mną ciutkę poswawolisz?

Julia:
Poczekaj młodzieńcze na uboczu troszkę
bo muszę poprawić opadłą pończoszkę.
Tańczyłam moc tańców z młodzieńców watahą,
lecz widzę, że tyś jest smakowitsze ciacho,
więc tańczyć chcę z tobą tango i kadryla.
O, jakże uroczą jest ta właśnie chwila!

(Romeo i Julka tańczą tango i kadryla do melodii Drupiego)


Romeo:
Mogę z tobą co dzień chadzać na balety,
lecz dziś potrzebuję ciut większej podniety,
więc pozwól ust pąkiem musnąć twoje liczko,
– ech, ty turkaweczko, sikorko, perliczko!
Dla ciebie jam gotów znieść wszelkie katusze,
lecz (tu kicha głośno)
sorrki, mam katar i nos wytrzeć muszę. (Wyciera nos)
Widzisz, Julka, jakem na cię napalony?
Tańczę, chociaż ciurkiem spływa mi pot słony
począwszy od karku wzdłuż po kręgosłupie
a kończy on bieg swój o tu, tu (bierze Julię za rękę) na...

Julia (rozanielona):
Jakże zwą cię piękny młodzieńcze nieznany
w sexi czarną maskę hecnie przyodziany?
Romeo :
Julietto, przeklęci będziemy na wieki...

Julia:
Mów – ktoś ty!

Romeo:
O, Julio... Romeo Monteki!

Julia:
Monteki??! Wszak wszyscy Monteki to dranie,
ladaca, szantrapy, psubraty! Mój panie,
czy ja dobrze słyszę? O, ja nieszczęśliwa!
Trzym mnie, bo na glebę runę jak nieżywa!

Romeo:
O, czymże jest imię? Kwiaty zwane różą
i pod inną nazwą zapachem odurzą,
a ja, nim tę nockę brzask zgasi skowronkiem
stanę się dla ciebie najzwyklejszym Romkiem
i powiem ci jeszcze – nadstaw, miła, uszko –
– mogę być dla ciebie jaszczurką, ropuszką,
czymkolwiek, boś piękna, jak anioł na niebie!

Julia:
O kurde, młodzieńcze, mam ja wyjść za ciebie?

Romeo:
No... dobrze, lecz z ciebie przecież małolata!

Julia:
A co tam, to pestka, lecz co powie tata,
gdy dowie się wreszcie, że w nasz ród na wieki
wdarł się w randze zięcia przeklęty Monteki?...
Hm..., pomysł mam zacny, o mój ukochany:
postawmy go wobec faktów dokonanych
i ślub bierzmy szybki – trzask-prask i tralala !

Romeo:
Dziewczyno, dziewczyno, twój spryt mnie zniewala,
lecz któż stułą zwiąże me z twymi rączęta?

Julia:
Znam ja zakonnika, który mnie pamięta
dziecięciem, bo ochrzcił mnie kiedyś, niebogę,
więc dalej, Romeo, ruszajmy już w drogę!

(R. i J. ruszają w drogę w takt melodii Drupiego).

Romeo i Julka:
Stuk puk, stuk puk!!!

Ojciec Laurenty:
Kto tam?

Julia:
To ja, ojcze, Julka!

Laurenty:
Z karczmy „Pod Prosiakiem” przysłana damulka?
Dziś nie mam ochoty na twoje masaże,
więc wracaj, skądś przyszła, ja ci drogę wskażę!

Julia:
Ojcze, czyś ty głuchy? Jam nie masażystka!

Laurenty:
Co? Nie masz na sobie figowego listka?!
Kysz, nieczysta duszo, kysz, zjawo ułudna!

Julia:
Ojcze, jam Julietta, niewinna i cudna!

Laurenty:
Julia Capuletti? Sorrki, kiepsko słyszę,
ale czemu mącisz mą nabożną ciszę?

Julia:
Wybacz-że mi, ojcze. Oto mój wybranek,
dajże ślub nam szybki, nim nadejdzie ranek.

Laurenty:
No dobrze, ślub szybki wam, dzieciaki, daję
(daje im ślub trzask-prask tralala)
i dalej nabożnym modłom się oddaję,
lecz spytać kim mąż twój chyba mi wypada?...

Romeo:
Romeo Monteki.

Laurenty:
O, biada mi, biada!
Wieści wam przekazać muszę ja ponure...
Tyś to Tybaldowi wykarbował skórę,
za co cię nasz książę, co jest nam jak tata,
skazał na banicję na całe trzy lata,
więc uchodź, młodzieńcze, gdy ci życie miłe!

Romeo:
Juliettę opuścić mam-że ja mieć siłę?
Nigdy, pierwej spocznę w zimnym, ciemnym grobie!

Julia:
Chcę z tobą figlować, nie płakać po tobie,
więc uchodź, Romeo! My coś wymyślimy
i co dalej – wkrótce cię powiadomimy.

(Romeo wybiega)

Laurenty:
Julietto, twój ojciec był dziś u mnie rankiem,
on chce uszczęśliwić cię innym wybrankiem...

Julia:
O, ojcze Laurenty, zaliż  chciałby tata,
by się bigamistką stała małolata?
Romkowi oddałam i ciało i duszę,
lecz któż chęć ma na mnie – dowiedzieć się muszę...

Laurenty:
To Parys – młodzieniec mądry i przystojny,
nieskory burd wszczynać ni nijakiej wojny...

Julia:
Dobrze, więc odmowę  przyjmie z godną miną,
a ty mu nagadaj, że mam mieć bambino,
czy coś tam...

Laurenty:
Czyż zasad dziś już żadnych nie ma??!

Julia:
Daj spokój, Laurenty, bambino – to ściema.
Ty ziół znasz bez liku, więc sporządź  miksturę,
po której rodzice moi stracą córę
na godzin czterdzieści. A gdy zmartwychwstanę,
to mi wszystko ujdzie i wówczas zostanę
żoną prawowitą! Oto dla cię kiesa!
Ja puszczam Romkowi zatem esemsa!

(W kierunku publiczności):

Wu Szekspir tragedię naszą miałby z głowy
gdyby znano wówczas gadżet komórkowy!

(Julka chichocząc puszcza sms Romkowi, ale po kilku kliknięciach wybiera numer na komórce, rzuca sakiewkę Ojcu Laurentemu, który łapie ją w locie,i paple do słuchawki: Ty, Romek, załatwione, posłu­chaj itp... Ojciec Laurenty wysypuje zawartość sa­kiewki na dłoń i przelicza, kierując się za kulis, rów­nież za kulisy wychodzi Julia. Scena pustoszeje, zza kulis dochodzi melodia Drupiego. Na jej tle
EPILOG:

Autorka:
Hepiendem trąci historia ta znana...
Azaliż – hepiend? O, nie proszę pana!
Z historii tej płyną dość gorzkie nauki,
które chce przedłożyć wam autorka sztuki.
Spytacie – czyż Szekspir to była kobitka?
Tak mówią. I ponoć nieładna – ciut brzydka.
Lecz nie Szekspir w sztuce tej na pierwszym planie,
lecz dwoje kochanków, panowie i panie!
W Weronie jest balkon Romea i Julki –
firaneczki w oknach, kwitnące prymulki.
Lecz zajrzyjmy w okna te za lat trzydzieści...
Słyszycie? Cholera, w pale się nie mieści!
(Zza kulis dochodzą odgłosy tłuczonego szkła.)
Wybaczcie, ciut szorstką jest ich nowo-mowa;
Panowie i panie – scena balkonowa!

(Autorka wychodzi.)

Julia (wbiega na scenę w papilotach i szlafroku):
Romek, w policyjne zajrzyj kartoteki,
co drugie przestępstwo to sprawka Montekich!

Romeo (wchodzi z butelką po winie w ręce):
A ty, Julka, zerknij czasem w jakieś lustro-
-wierny portret „mamci”! (Stukilowe „bóstwo”...)
Włosów nie rwij z głowy, bo staniesz się łysa!

Julia:
O, czemuż nie wyszłam kiedyś za Parysa,
Parysa, co kochał i wielbił mnie szczerze?!

Romeo:
Wynocha z chałupy! Daję trzy pacierze,
abyś spakowała swoje fatałachy
i – adieu! (On kochał... Ech, ubaw po pachy!)
Co mnie siekło żem się ochajtał z tą pindą?!
Miałem się ożenić przecież z Rosalindą...

Julia:
Cooo?! Z tą , co swe wdzięki na lewo i prawo
rozdaje pół darmo? Brawo, Romciu, brawo!

Romeo:
Nie grzech grzeszyć gdy ma się czym mężczyznę nęcić
– widać ma wciąż sprawny damski instrumencik,
a nie to z tobą: „Tu strzyka, tam boli,
dzisiaj nie, przyjdź jutro...”

Julia:
...Powoli, powoli,
czemuż mnie obarczasz za to wszystko winą?
I czemuż spać chadzasz z pełną butelczyną
po wypiciu której już cię nic nie rusza,
bo trafiasz w objęcia bożka Morfeusza!

Romeo:
Basta, basta! Pakuj, Julka, swoje ciuchy!
Finito! Bo wyjmę noża zza pazuchy!

(Romeo goni Julię z nożem, oboje znikają za kulisami.)

Autorka:
I tak się napawa małżeńskich scen chwilą
podpity Romeo z kłótliwą Juliją.
O ich dniu codziennym nikt pieśni nie śpiewa
I TO JEST TRAGEDIA JULKI I ROMEA.

Wzajemnych ich wyzwisk więcej nie wymienię...
Kończę hamletowsko – reszta jest milczeniem...

(Autorka kłania się, ale nie schodzi ze sceny. Na scenę wchodzą Romeo, Julka, Markucjo, Laurenty i śpiewają na melodię autorstwa Drupiego):

Nie zawsze tak się kończy love story, która łączy
gorące nierozważne serca dwa,
gdy miłość w nich się żarzy, to czasem się przydarzy
że cud bambino w darze Bóg im da.
A potem to ich sprawa jak płynie im zabawa
którą niektórzy matrymonium zwą,
wszak życie – nie canzona, lecz on jest i jest ona,
więc dobrze, gdy on kocha właśnie ją.

Ref.:
Nie drzyj dzioba na Romea, Julio miła,
nawet kiedy między wami złość się skrzy,
i ty Romku odpuść złość swą – cóż, tak bywa,
machnij ręką zamiast z trzaskiem wyjść za drzwi.       
                                                          x 2 refren

2. Rozgrzeszmy panią Krysię, gdy jej Romeo śni się
choć ślubny mąż na imię Zdzicho ma
i sprawił jej komórkę, a także syna, córkę,
w kominku pali i sam rąbie drwa.
Rozgrzeszmy także Zdzisia, gdy w jego snach ta Krysia

urocze, cudne imię Julia ma,
nie on tu jest ladaco, tu winny jest ragazzo,
co świat go pod nazwiskiem Szekspir zna!

Ref:
Nie drzyj dzioba na swą Krysię panie Zdzisiu,
chociaż cudna Julia nocą ci się śni,
także ty, kłótliwa, wredna żono Krysiu
w Zdzisia uszko szepnij czule: „Bel ami...” .
                                                         x 2 refren
22 listopada 2012
Halina Bohuta-Stąpel