Start Varia Twórczość potęguje moją energię…

Twórczość potęguje moją energię…

Wywiad z Krzysztofem Andrzejem Jeżewskim przeprowadziła Julita Franciosa

Pierwszy wiersz przetłumaczył Pan w wieku dwunastu lat? To dość nietypowe zajęcie dla młodzieńca…

Zawsze byłem kotem, który chodzi własnymi drogami i jednocześnie byłem po cichu zbuntowany wobec ówczesnej rzeczywistości, która bynajmniej wesoła nie była. Wiele lat później napisałem wiersz Rok 1952 (znajduje się on w tomie Popiół słoneczny), w którym opisuję swoje odczucie tamtejszej rzeczywistości. To było rok przed śmiercią Stalina: wszystko było zafałszowane, załgane. Wyraźnie to czułem. Napisałem: „Twój kraj zmięty, zaszczuty. Chodzi w czapce błazna. / Oblazło go robactwo i toczy go trąd”. I dalej: „Wiersz piszesz o czarnej chmurze, która grozi światu” – czarna chmura, czyli komunizm. Moi rodzice, jak to odkryli, byli dość przerażeni.
Wtedy, w 1952, nie miałem żadnego porównania, a jednak czułem to. Czułem, co się działo koło mnie, bo ówczesna rzeczywistość była jakaś taka zgrzebna, parciana, wyświechtana, paskudna, brud był wszędzie. Jednocześnie ten pompowany patriotyzm. Kwitło też straszne chamstwo!
Miałem to szczęście, że przynajmniej tę wczesną młodość przeżyłem w domu dziadka, przez który przewijała się wtedy cała elita polskiej inteligencji i nauki (dziadek był naukowcem): pisarze, artyści, jego przyjaciele z Gdańska, bo przed wojną żył w Gdańsku. Niedawno ukazała się książka Gdańsk przed burzą – jego tajne korespondencje z Gdańska od 1931 do 1939 roku. Wysyłał je do „Kuriera Warszawskiego” pod kilkunastoma pseudonimami na temat tego, co tam się działo, i co doprowadziło do II wojny światowej […]. To jest zupełna rewelacja, bo dziadek znał znakomicie język niemiecki, a poza tym był jednym z profesorów słynnego gimnazjum Macierzy Polskiej w Gdańsku. Miał zupełnie nieprawdopodobne kontakty. Niemcy szaleli, bo myśleli, że to cały oddział polskich agentów tam działa, a to był jeden człowiek. Miał kapitalne informacje, a poza tym bezbłędne wyczucie rzeczywistości! Jak się to czyta, to człowiek się zastanawia, jak nieprawdopodobnie podatny jest człowiek – bez względu na to, czy przeciętny, czy wybitny – na rozmaite trendy polityczne, wtedy oczywiście hitleryzm. To jakby wirus zła! Albo zbiorowe opętanie… Zauważył to jako pierwszy w końcu XIX wieku Gustave Le Bon w swojej słynnej Psychologii tłumu. Demoniczność ówczesnych Niemców zupełnie w głowie się nie mieści! Człowiek, jak to czyta, zastanawia się, czy to jest możliwe, czy dziadek nie przesadza, a dziadek po prostu opisywał fakty. To jest przerażające, ale lektura jest pasjonująca…

Wróćmy do Pana… Studiując romanistykę na Uniwersytecie Warszawskim, jednocześnie Pan tłumaczył, a także pisał.

Przyznam szczerze – nudziły mnie studia. Lubiłem chodzić swoimi drogami i wybierałem szlaki jednokierunkowe, to znaczy pod włos. Na przykład, kiedy studiowałem romanistykę, prawdę mówiąc, nudził mnie Molier. Uwielbiam Szekspira, zresztą trudno go nie uwielbiać, ale Molier wydawał mi się wobec Szekspira dość ubogi, te problemy Moliera były dla mnie zbyt prościutkie. Podobnie uważał Ionesco… To był świetny, pasjonujący, wysoce oryginalny teatr… Molier się bardzo postarzał…

Pan wybierał na przykład Victora Segalena…

Segalena poznałem dopiero we Francji dzięki mojemu nieodżałowanemu przyjacielowi, François Xavier Jaujard, który był tłumaczem i wydawcą. Tłumaczyliśmy razem Norwida, Miłosza i Kuśniewicza. A Segalen, zwłaszcza jego Stele, to było moje wielkie odkrycie, bo odnalazłem w nim podobne zafascynowanie cywilizacją chińską jak u Norwida. W czasie studiów tłumaczyłem Michaux, Chara, Saint-John Perse’a, Ponge’a, Jouve’a, Oskara Miłosza (który nie był Francuzem, i może stąd u niego ten cudowny mistycyzm). Tłumaczyłem wielu poetów, ale może dlatego, że nudziły mnie studia i chciałem robić coś innego, a właśnie o poezji współczesnej nie mówiło się na tych studiach prawie zupełnie. Tak się dobrze złożyło, że przyjechał wtedy w 1957 roku do Polski Michel Foucault, który był jeszcze nieznany w Polsce jako wielki filozof. Moja mama, która zajmowała się często wybitnymi gośćmi, przeprowadzała z nim wywiad. Powiedziała mu, że studiuję romanistykę. Zaproponował, żebym złożył mu wizytę. Wtedy go poznałem, no i chodziłem na jego wykłady o teatrze francuskim. To było coś absolutnie genialnego. Szkoda, że wtedy nie było jeszcze dyktafonów. Były takie wielkie, potwornie ciężkie magnetofony, ważące około 20 kg, moja biedna mama musiała z tym chodzić. Te wykłady były genialne, pasjonujące. To była historia teatru francuskiego XX wieku. Foucaulta spotykałem od czasu do czasu i on mi podsuwał pewne postacie, którymi powinienem się zainteresować, jak np. René Char, Jean Follain albo Julien Gracq. Później go wyprosili, nie przedłużając mu wizy. Wyjechał bardzo rozgoryczony. Ale przez rok był dyrektorem Ośrodka Cywilizacji Francuskiej. Obecnie to jest Instytut Francuski. To była bardzo wybitna inteligencja. Chociaż nie we wszystkim się z nim zgadzam. Był absolutnym ateistą, jak to się często u Francuzów zdarza, dla mnie to zupełnie niewytłumaczalne i nie do przyjęcia. Jak powiedział Paul Valéry – którego lubię, chociaż też nie zawsze się z nim zgadzam – „Ten kto stale wierzy w to samo, myli się zawsze”. Jak się jest ateistą przez całe życie i nie ma się wątpliwości, to bardzo podejrzane… U człowieka, który wierzy, to nie jest wiara absolutna, codzienna. To są też momenty zwątpienia, wewnętrznej walki. A ktoś, kto jak mur-beton albo wierzy albo nie wierzy, to już jest niebezpieczne. Tym niemniej Foucault posunął szereg odkryć filozoficznych bardzo daleko i jest uważany za jednego z najwybitniejszych filozofów drugiej połowy XX wieku. Bardzo ciekawa postać.

Niedługo po swoim debiucie wyjechał Pan do kraju, z którego pochodził Foucault…

Do Francji jeździłem kilkakrotnie. Pierwszy raz pojechałem w 1961 roku, razem z delegacją studentów polskich. Zresztą z moim przyjacielem, który zginął w Smoleńsku, z Januszem Kochanowskim, rzecznikiem Rządu Polskiego. Nas było pięcioro, pojechaliśmy na wymianę. Jak tutaj przyjechałem, nie czułem się jak za granicą. Natomiast moi koledzy byli niemal w stanie szoku... Wiadomo, między Francją a Polską była wtedy kolosalna różnica. Ale ja czułem się tu normalnie, jak u siebie, jakbym wrócił do swojego kraju po długiej nieobecności.

Kiedy ostatecznie zdecydował się Pan na wyjazd do Francji?

Byłem jeszcze raz we Francji od grudnia 1966 do maja 1967 roku na stypendium. Wtedy żył jeszcze znakomity polonista Jean Bourilly, który był przez około dziesięć lat attaché kulturalnym w Warszawie. Świetnie znał polski, tłumaczył Słowackiego i Krasińskiego. Stał na czele komitetu polsko-francuskiego przy Sorbonie. Oni mnie zaprosili. Wtedy mogłem spędzić tu parę miesięcy. Wtedy również spotkałem po raz drugi Michela Foucaulta.
Wróciłem do Polski, w maju 1967 roku. Potem niestety nastały te straszne czasy moczarowskie – od 1968 do końca 1970. Polska stała się krajem nie do wytrzymania. Prasa polska, np. „Trybuna Ludu” , nabrała tonacji niemal prasy hitlerowskiej z lat 30. Ten okropny antysemityzm… To było kierowane z góry, przez moczarowców, którzy chcieli usunąć Gomułkę. Potem ta cała historia z najazdem Czechosłowacji, niestety Polska w tym uczestniczyła, co jest haniebne. Do końca świata Gomułka będzie za to odpowiadał, przecież mógł powiedzieć „nie”, tak jak Ceausescu, Rosjanie by to zaakceptowali. Szereg moich przyjaciół, nie tylko pochodzenia żydowskiego, wtedy zaczęło wyjeżdżać, bo to było coś potwornego. Z miesiąca na miesiąc było coraz gorzej. Ja wyjechałem – jest to trochę zabawne – tego samego dnia i miesiąca co Chopin, 2 listopada, tylko 150 lat po nim – w 1970 roku. Ale czułem, że cała Polska była jak wulkan w przeddzień wybuchu. Miesiąc po moim wyjeździe wszystko trzasnęło. Rewolty w Gdyni, Szczecinie, Gdańsku, Kołobrzegu. I masakra robotników przeprowadzona przez wojsko i milicję ludową… Wtedy, nareszcie, wyrzucili Gomułkę. A ja załatwiłem sobie przez ambasadę francuską stypendium na osiem miesięcy, potem je przedłużyłem, aż w końcu zostałem. Rzecz niezwykła, przeżyłem tę tragedię na Wybrzeżu we śnie w Paryżu, absolutnie nic nie wiedząc, co się w Polsce działo. To była prawdziwa podróż astralna… jakbym się przeniósł duchem nad Bałtyk… Opisałem to w mojej Drugiej księdze snów (Sen LXXXVI z 17 grudnia 1970).

A wybór Paryża z czym się wiązał?

Jest to miasto magiczne, o wielkim uroku, międzynarodowe. Miałem tu kontakty z francuskim środowiskiem literackim poprzez Konstantego Jeleńskiego, który mnie tutaj wprowadzał. Poznałem poza tym wielu Azjatów. Szalenie sympatyczni i inteligentni ludzie: Wietnamczycy, Japończycy, Filipińczycy, Chińczycy itd. Było to dla mnie bardzo ciekawe i wzbogacające. Uwielbiam zwłaszcza Wietnamczyków, bo to naród wybitnie inteligentny i subtelny. I chyba najbliższy mentalności Europejczyków, pewno dlatego, że był bardzo długo związany z Francją jako jej ulubiona kolonia. Nawiasem mówiąc, wierzę w reinkarnację i mam nieodparte odczucie, że żyłem kiedyś na Dalekim Wschodzie i we Francji epoki renesansu. Bo te kraje pociągają mnie najbardziej. Poświęciłem temu mój esej Muzyka francuska najpiękniejsza? drukowany na łamach „Toposu” w 2013. Kiedy słucham Couperina, Francka, Dukasa, Debussy’ego, Ravela, Fauré czy Messiaena, wpadam dosłownie w jakąś transcendentną ekstazę… Podobnie działa na mnie lektura Prousta… Mam zresztą ze strony ojca przodków francuskich. Widać ta krew we mnie wciąż pokutuje… To niezwykle wyrafinowana kultura… Jak napisał kiedyś Czesław Miłosz: „Francja to Chiny Europy…” Nieprzypadkowo żyję tu już prawie od pół wieku… Polska jest dla mnie przejściowym epizodem, choć niezmiernie ważnym. Te pokłady cierpienia, które w niej się nagromadziły, łączą mnie z nią na zawsze… Zostałem jakby wrzucony w polskość, w tę ojczyznę-polszczyznę. I to osobliwe uczucie zarazem swojskości i obcości w tym kraju… Ale fakt, że ożeniłem się z Filipinką, i to z prawdziwym aniołem, to dla mnie jakby powrót do źródeł... Wizja kobiety ze Wschodu nawiedzała mnie właściwie od dzieciństwa…
Jadąc do Francji, miałem pewien konkretny cel. Chciałem tutaj wprowadzić w obieg wydawniczy Norwida, którego zacząłem tłumaczyć jeszcze w Polsce. Pierwsze moje przekłady były drukowane w „Perspectives polonaises” w końcu lat 60. Zdałem sobie sprawę, że Norwid jest fatalnie tłumaczony na język francuski. Niestety w XIX wieku byli ludzie, którzy tłumaczyli jak w jakimś pijanym widzie. Na przykład niejaki hrabia Karol Przeździecki, który podpisywał się Charles de l’Ile Noire (Na Czarnym Ostrowiu). Robił tak straszne tłumaczenia poezji, że tutejsza Polonia chciała mu wytoczyć proces za masakrowanie polskiej literatury. Wydawał swoje nieszczęsne płody, bo jego siostra była żoną francuskiego ministra kultury, który to finansował.
Niestety w XX wieku również zdarzali się partacze. Inni po prostu nie rozumieli jego poetyki, jak np. Feliks Konopka, w którego przekładach Norwid staje się niemiłosiernie gadatliwy jak jakiś drugorzędny poeta romantyczny. Kiedy przyjechałem tutaj, spotkałem się ze znanym tłumaczem, Allanem Kosko, któremu oznajmiłem moją intencję zajęcia się tłumaczeniem Norwida. Powiedział mi wtedy: „To szaleństwo. Norwida trzeba nauczyć się czytać po polsku, bo nikt w ogóle nie jest w stanie tego wiernie przetłumaczyć”. (Rzeczywiście, pewien matematyk szwajcarski tak się zachwycił Norwidem, że nauczył się naszego języka, by go czytać w oryginale). Ja jednak się uparłem. Dzięki Konstantemu Jeleńskiemu, który wydał w 1965 roku w Editions du Seuil wspaniałą, pierwszą wielką antologię poezji polskiej we Francji (siedem wieków poezji!) i tam właśnie było sporo Norwida, w sumie 21 wierszy. Tłumaczył do spółki z Yves Bonnefoy, André du Bouchet i innymi. To była jego metoda – zasada współpracy. Grupa tłumaczy polskich robiła tzw. rybkę, a potem pracowali nad tym z poetami francuskimi i to dawało doskonałe rezultaty. I rzeczywiście tłumaczenia Norwida zrobiły wielkie wrażenie.
Pamiętam, Alain Bosquet, znany poeta i tłumacz, napisał w recenzji z tej antologii dla „Le Monde”: „Cette poésie est non seulement passionnée, elle est passionnante” (Ta poezja jest nie tylko pełna pasji, ona jest pasjonująca). I rzeczywiście, najbardziej wszystkim podobał się Norwid. Pomyślałem sobie wtedy, że droga jest już utorowana i trzeba iść dalej… Jeleński powiedział mi: „Ja ci oddaję pałeczkę, ty kontynuuj. Polecę cię moim przyjaciołom poetom, bo ja już nie mam czasu się tym zajmować”. Pracowałem wiele lat nad tym i częstokroć było tak, że jeden przekład był przerabiany po kilka razy, bo problemy z tłumaczeniem Norwida są niemal nieskończone…
W 1982 roku wydałem numer specjalny pisma „Obsidiane” poświęcony całkowicie Norwidowi, potem, w 2001 roku, wybór jego wierszy mistycznych, Lumières du Royaume (Blaski Królestwa) wydane przez Editions Bénédictines i w końcu, w 2004, Vade- mecum (Noir sur Blanc) z 34 ilustracjami Norwida, ze wstępem prof. Józefa Ferta, moim posłowiem i komentarzami do tekstów. I tu po raz pierwszy wylansowałem tezę o wpływie myśli chińskiej na Norwida.

Rzeczywiście lubi Pan chodzić nietypowymi ścieżkami. Nikt nigdy wcześniej nie zwrócił na to uwagi.

No właśnie, to zdumiewające. Norwid to jest właściwie cała akademia literatury. Jak się wertuje książki jemu poświęcone, których są dziesiątki, nie licząc setek artykułów i to w kilku językach, to widzimy nieprawdopodobny wachlarz tematyczny: każdy się koncentruje na jakimś konkretnym wycinku jego twórczości, ale tak się złożyło, że sinolodzy nie zajmują się Norwidem, a norwidolodzy nie są sinologami. A ja przypadkowo zajmuję się i jednym, i drugim, chociaż nie jestem zawodowym sinologiem. Jak przyjechałem tu w 1970 roku, to zapisałem się do INALCO na orientalistykę. Później musiałem zaprzestać z powodów finansowych, ale to we mnie nigdy nie wygasło. Sam kontynuowałem studia w tej dziedzinie. Doszedłem do wniosku, że jest coś u Norwida tak specyficznego, w porównaniu z innymi romantykami polskimi czy pisarzami
europejskimi, że musi być jakieś źródło tej inności, oryginalności jego twórczości. W końcu znalazłem, że to musi być wpływ myśli chińskiej. Ktoś mógłby powiedzieć, że to moja fantazja, ale nie, otóż znalazłem dowody u samego Norwida. Postacią kluczową jest tu chyba jego kuzyn, Michał Kleczkowski, wybitny sinolog (zawód arcyrzadki w ówczesnej Europie!) i konsul Francji w Pekinie. Spotkali się w 1842 roku w Rzymie, później stale ze sobą korespondowali. Niestety cała korespondencja Kleczkowskiego do Norwida przepadła. Natomiast ocalało sporo listów poety do kuzyna. Wydaje mi się, że dzięki Kleczkowskiemu musiał się sporo dowiedzieć, a poza tym sam studiował, był wielkim erudytą, znał wiele języków, nawet pisał do Kraszewskiego, że język chiński nie jest mu obcy. Poza tym znalazłem ślady jego chińskich lektur, oczywiście w przekładzie francuskim lub angielskim, zresztą w książce to udowadniam, że to nie jest przypadek, że to jest coś konkretnego i to jest niezwykłe, że u niego nastąpił ten stop kapitalny myśli chrześcijańskiej z myślą chińską starożytną, konfucjanizmem, taoizmem, buddyzmem itd. To jest szalenie oryginalne – pomost przerzucony między myślą europejską a chińską, co postulował już Goethe. Niestety Norwid nie dotarł do Chin, chociaż dwukrotnie się tam wybierał. Kleczkowski zapraszał go dwukrotnie, ale nic z tego nie wyszło, pewno z braku pieniędzy. Do końca życia poeta tego żałował, mówił, że tylko to, co go może uzdrowić, to wyjazd na Wschód...

Przyjeżdżał Pan tu z myślą popularyzowania twórczości Norwida we Francji. Czy się udało?

Niestety z literaturą polską jest tak, że mamy tutaj kolosalną konkurencję z całego świata. Wszyscy się biją o wydawców francuskich, tak że Allan Kosko miał trochę racji, mówiąc, że to jest szaleństwo. Bo w końcu kto będzie czytał Norwida? Tylko mała grupa ludzi. Oczywiście poeci, krytycy literatury, itd. W ogóle literatura polska jest bardzo specyficzna i mamy potężnego rywala, jakim jest Rosja, która ma wspaniałą literaturę, filozofię… No i oni niestety nas biją. Trudno konkurować z takimi gigantami jak Dostojewski, Tołstoj, Puszkin, Czechow, Turgieniew, Bunin, Sołżenicyn czy filozofowie jak Sołowiow, Bierdiajew czy Szestow… Poza tym Francuzi mają rusofilskie zapędy. W końcu to jest wielki kraj, cywilizacja ciekawa i egzotyczna zarazem…. Ja natomiast bardzo wysoko cenię polską literaturę, bardzo ją kocham. Zwłaszcza okres romantyzmu. Rzec by można, że Stwórca odebrał Polakom wolność, ale w zamian obdarzył ich geniuszami poezji: Mickiewiczem, Słowackim, Krasińskim, Norwidem… I być może największym z muzyków: Fryderykiem Chopinem. Romantyzm miał jeszcze jeden genialny zryw w okresie symbolizmu: Leśmian, Miciński, Tetmajer, Kasprowicz, Staff, Ostrowska… A w muzyce: Karłowicz i Szymanowski. Ale są to przede wszystkim poeci, a z odbiorem poezji za granicą, jak wiadomo, jest najgorzej… Jednak w XX wieku proza i teatr polski odniosły wielkie zwycięstwo: Witkacy, Schulz, Gombrowicz, Mrożek… Na szczęście doceniono jednak Miłosza i Szymborską…
Jak się ukazało Vade-mecum, wspaniale wydane przez Noir sur Blanc, sporo było artykułów w prasie, chociaż nie w tych najważniejszych pismach. Jeden z krytyków, w dużym artykule na temat Norwida napisał: „Après avoir lu Norwid on n’est plus le même homme” (Po lekturze Norwida nie jest się już tym samym człowiekiem). Pamiętam, kiedyś na prowincji nagrywałem jakiś wywiad i technik radiowy w studio powiedział, że zna Norwida, że to genialny poeta… Jednak do kogoś to tam gdzieś dociera! Miałem też spory sukces w „Revue Musicale”, która już nie istnieje, ale było to jedno z najsłynniejszych muzycznych pism na świecie. Tam kiedyś na jakimś przyjęciu poznałem dyrektora, nieżyjącego już Alberta Richarda, który mi powiedział: „A, pan jest Polakiem, pan tłumaczy. Ja kiedyś czytałem pewien poemat zupełnie genialny, fascynujący”. Ja na to: „Wiem, o czym Pan mówi, to Fortepian Szopena”. „Jak to, czy pan jest telepatą?” „Nie, ale to jest rzeczywiście genialny poemat, może nawet najgenialniejszy w poezji europejskiej”. Mówił o przekładzie Josepha Pérarda, jeszcze sprzed wojny. Powiedziałem mu, że zrobiłem nowy (nawiasem mówiąc jest ich jak dotąd 10). On na to: „Niesamowite, natychmiast go wydaję”. Na co ja: „No tak, ale sam poemat to tylko kilka stron, zaproponuję panu esej La grande triade: Chopin, Norwid, Szymanowski”. Bardzo pięknie to wydał. W prasie paryskiej ukazały się świetne recenzje. Były to dwie pieczenie przy jednym ogniu. Był to okres, kiedy odkrywano Szymanowskiego, który był zupełnie we Francji zapomniany, a przed wojną bardzo znany i ceniony. Ja właśnie byłem tym, który na nowo Szymanowskiego odkrył Francuzom. Pierwszy wielki artykuł wyszedł spod mojego pióra w „Le Monde de la Musique” w 1982 roku, potem wiele razy o nim pisałem i drukowałem rozmaite recenzje. W tym eseju, na zasadzie triady: Chopin – romantyzm, Norwid – antyromantyzm i Szymanowski – połączenie obu. Teza, antyteza i synteza. „La Revue Musicale” wydała potem numer na temat „etnoromantyzmu”, którego autorem był wybitny muzykolog Paul-Gilbert Langevin, syn słynnego fizyka, który był kochankiem Marii Skłodowskiej-Curie. Z zachwytem pisał o Karłowiczu, a à propos Szymanowskiego stwierdził: „O nim nic nie mogę dodać, bo to, co napisał pan Jeżewski, jest absolutnie wystarczające i znakomite”. Bardzo mnie uhonorował.
Przełożyłem także Kleopatrę, ale jeszcze nie znalazłem teatru, który by to wystawił. To jest trudna sprawa, dlatego że jest tam bardzo dużo postaci, co jest kosztowne. Ale przynajmniej zostało to przełożone i wydane, może kiedyś ktoś się tym zainteresuje.

Nie tylko Norwida Pan przekładał.

Oczywiście. Gdybym tłumaczył tylko Norwida, prawdopodobnie leżałbym już na cmentarzu, bo z tego absolutnie nie sposób wyżyć. Przy okazji zacząłem się interesować innymi przekładami, nie tylko poezją. Odkryłem Andrzeja Kuśniewicza, nie tylko dla Francji, ale dla świata. Dzięki moim przekładom jego książki ukazały się w piętnastu krajach. To znakomity pisarz, chociaż przykre sprawy wyszły po jego śmierci – że był donosicielem. Może nie donosił ważnych rzeczy, mam nadzieję, że nikomu zła nie uczynił. Przykra historia, zupełnie niewytłumaczalna, bo on nie potrzebował tego. Ale wie pani, psychika ludzka jest zagadkowa…

Tak… I warto czasami umieć oddzielić artyzm od biografii.

Bywają artyści, którzy są z jednej strony genialni, a z drugiej nawet przestępcami, jak np. Benvenuto Cellini czy Carlo Gesualdo, a w literaturze Jean Genet, który był po prostu złodziejem… Są to postacie, jak mówią Francuzi, non recommandable, z którymi nie należy się zadawać, a jednak wielcy artyści...
Z Kuśniewiczem była zabawna historia. Bodajże w 1963 roku jak byłem z matką w Jugosławii, w Dubrowniku, poznałem dyrektora literackiego Editions Albin Michel. Kiedy przyjechałem w 1970 roku do Francji, skomunikowałem się z nim i zaproponowałem mu Kuśniewicza. Powiedział wtedy: „Drogi panie, przecież nawet nikt nie słyszał o tym nazwisku”. Chodziło o Króla obojga Sycylii. Połowa lat 70. Był to okres, kiedy nastąpił nawrót zainteresowania epoką secesji i Austro-Węgrami. Przekonywałem go: „To jest arcydzieło i powinno się wybić”. Odpowiedział: „Zrobię to dla pana, przez sympatię i przyjaźń, ale czuję, że z tego nic nie wyjdzie”. Okazało się, że był to szalony sukces! Żaden pisarz, chyba tylko Gombrowicz, nie miał takiej prasy literackiej jak Kuśniewicz. We wszystkich najważniejszych pismach znakomite recenzje. Porównywano go do Svevo, Nabokova, Musila, Brocha, do Prousta nawet. Szalony sukces. Wyszedł później w Livre de Poche. Kandydował też do Prix Médicis, ale Francuzi są bardzo zazdrośni i jury się rozdzieliło, jedni chcieli, a drudzy nie, z zazdrości, że pojawił się wybitny Polak i przyćmił innych. Kiedy Sienkiewicz dostał w 1905 Nobla za Quo vadis, prasa francuska szalała z oburzenia: jakim prawem jakiś nieznany nikomu Polaczek został nagrodzony, podczas gdy jest tylu świetnych pisarzy historycznych francuskich! Kuśniewicz otrzymał w końcu Prix Séguier de littérature étrangère, którą stworzono specjalnie dla niego. Dzięki temu sukcesowi poproszono mnie o inne przekłady tego autora. Przełożyłem pięć książek Kuśniewicza na francuski. To był duży sukces!
Ta książka chwyciła. Inna sprawa: żałuję bardzo, że nikt nie zrobił na ten temat filmu. On jest szalenie kinematograficzny. Jego pisarstwo to jest połączenie poezji, prozy, muzyki i obrazu. To się idealnie nadaje na film. Zresztą jest genialny film Lecha Majewskiego Lekcja martwego języka. Nawet podobno były trzy scenariusze napisane do Króla obojga Sycylii, niestety na żaden jakoś nie mogli znaleźć funduszów czy odpowiedniego reżysera, ale to był temat dla Viscontiego czy Loseya, dla tego typu reżyserów. Wielka szkoda, bo to naprawdę mogłoby być arcydzieło. Kuśniewicz był w Polsce raczej niedoceniany, recenzje były dość zgryźliwe, że on niby imituje literaturę dekadencką austriacką, on zresztą uwielbiał ten okres, ale są imitacje niezdarne i imitacje genialne. On się inspirował tą literaturą, tak wspaniale to przeniósł do naszego języka, miał tak wspaniałą polszczyznę… No cóż, nikt nie jest prorokiem we własnym kraju… To ciekawa postać, był potomkiem Louis-Xavier d’Abancourt de Franqueville, brata ministra wojny Ludwika XVI, François-Joseph d’Abancourt de Franqueville, który został zgilotynowany. Jego brat uciekł i ożenił się z Polką i ta rodzina przeżyła XIX wiek. Na początku XX działała tłumaczka Helena d’Abancourt. To była babka Kuśniewicza. A z drugiej strony był potomkiem tego wstrętnego księcia Adama Ponińskiego, który był jednym ze zdrajców w okresie stanisławowskim, razem ze Szczęsnym Potockim i innymi…

Później ten wątek wrócił..

Tak, Stan nieważkości wydobywa cały ten wątek.
Zabawne, tak się z żoną zastanawialiśmy, czy tutaj nie przemówiła przez niego podświadomość, jakieś zakorzenione głęboko poczucie winy. Stara się wybielić przodka, który był właściwie kanalią, a wiadomo, że sam też miał grzechy na sumieniu. Książka jest znakomita. To właściwie jedna z pierwszych powieści naprawdę „europejskich”…
Eroika też jest wspaniała. Jest to poczwórny dialog między więźniami we francuskim więzieniu po wojnie. Ksiądz luksemburski, który był donosicielem gestapo, stary baron francuski – pederasta, oficer niemiecki, arystokrata i nazista i młody łobuz do wszystkiego, Francuz. Wszyscy siedzą w tej samej celi i są skazani na śmierć, opowiadają swoje dzieje. Właśnie szukam reżysera. Zrobić film z czterema znakomitymi aktorami to byłaby bomba. Dziwne, że w Polsce nikt o tym nie pomyślał, ale to aż się prosi. Może uda mi się znaleźć kogoś.

Tłumaczył pan też Gombrowicza, Miłosza… Jak się pracowało nad ich tekstami?

Tłumaczyłem sporo Gombrowicza: dwa tomy Dziennika, Wspomnienia polskie, Varia II. To trudny autor, ale pasjonujący.. Jeśli Nietzsche mówił „Nie jestem człowiekiem, ale dynamitem”. Gombrowicz mógłby powiedzieć: „Jestem bombą atomową”! To literatura niesłychanie „korodująca”, obnażająca mity, destrukcyjna wobec kłamstwa, czyli bardzo niebezpieczna dla każdej myśli totalitarnej czy to z lewa czy z prawa. Po październiku 1956 roku wydano w Polsce Ferdydurke, Transatlantyk, Bakakaj i Iwonę księżniczkę Burgunda, ale władze szybko wyczuły tę groźbę i wstawiły go na czarną listę. Mało tego, po prostu zapluto go i to w sposób haniebny, np. cytując go na odwyrtkę, co robił w swoich felietonach Krzysztof Teodor Toeplitz. I w końcu ten skandal z Barbarą Witek-Swinarską, która pojechała do Berlina zrobić wywiad z Gombrowiczem i napisała, że on jej powiedział, iż „Niemcy wcale nie byli dla was tacy źli, nie przesadzajcie”, jakieś takie bzdury, po prostu żeby go zniszczyć, bo się zrobił za bardzo popularny. A w czasach stalinizmu to się go czytało po cichu, egzemplarze jeszcze przedwojenne, zaczytane zupełnie albo wydawane przez Kulturę. Jego Dziennik to zupełnie genialna książka, szczyt polskiej literatury XX wieku. Wtedy jeszcze wszyscy, mówię o ówczesnym młodym pokoleniu intelektualistów, wszyscy się fascynowali Gombrowiczem. Tym bardziej, że on był takim enfant terrible, dla których w tym systemie nie było miejsca, wszyscy musieli iść w rytm marsza narzuconego przez władzę i koniec. Nawet przed wojną uważali go w Polsce za wariata, wielu go zupełnie nie mogło zrozumieć. On mi bardzo pasował, bo lubię takie zbuntowane postacie. Tak jak Norwid kiedyś napisał: „Nie ma piękniejszej rzeczy jak jeden człowiek, który rzuca wyzwanie całemu światu”. I właśnie Gombrowicz to robił. I nieprzypadkowo bardzo cenił Norwida. Tłumaczenie jego Dziennika to była dla mnie wielka satysfakcja, wielka przyjemność. Pierwszy tom przełożył Allan Kosko, ale potem już nie wiem dlaczego, był chyba chory czy zmęczony, strasznie zwlekał i w końcu zrezygnowali ze współpracy z nim. Kot Jeleński mnie polecił i ja przełożyłem dalsze dwa tomy razem z Dominique Autrand.

Jak Pan trafił do Jeleńskiego?

Polecił mnie mój kuzyn, śp. Janusz Odrowąż Pieniążek, pisarz, wieloletni dyrektor Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza.

Pisał, cytując Miłosza, że ma do Pana całkowite zaufanie zarówno w dziedzinie słowa, jak i w tej, gdzie „grają niezmiennie sfery niebios i planety”.

To była jedna z najwybitniejszych inteligencji Polski w tym stuleciu. To był człowiek o niesłychanym uroku osobistym, błyskotliwy, sympatyczny, poza tym bardzo dobry, uczynny, każdemu, kto miał jakikolwiek problem, nie tylko Polakom, zawsze pomagał. Czapski o nim napisał, że to była „szczodrobliwość natychmiastowa”. Nadzwyczajna postać. Co ciekawe, był on typowym przykładem Wodnika, który reprezentuje najpiękniejszy typ ludzki: „dar z siebie samego”, altruizm, poświęcenie, a poza tym wdzięk osobisty, lotność umysłu. Nieprzypadkowo inni Wodnicy to: Krzysztof Kamil Baczyński, Tadeusz Gajcy, Andrzej Trzebiński, Tadeusz Zawadzki-„Zośka”, Juliusz Krzyżewski… Należeli oni do tego niezwykłego pokolenia, o którym Józef Piłsudski wypowiedział w 1931, w rozmowie z Arturem Śliwińskim, te prorocze słowa: „Pokolenie najmłodsze, obecnie w szkołach, stworzy nową treść życia Polski. Będzie solidne, ideowe, patriotyczne. Będzie miało poczucie honoru i obowiązku. Odznaczać się będzie szlachetnością. Polski tknąć nie da”.
Konstanty był jednym z filarów paryskiej „Kultury”. Rzecz dziwna, odeszli oni prawie w tym samym wieku: Gombrowicz – 63 lata, Jeleński – 63, Hertz – 71, Mieroszewski – 70... Naprawdę za wcześnie, zważywszy wielkie indywidualności, jakie reprezentowali, bezcenne dla kultury polskiej… Ale Jeleński to postać zupełnie unikalna, on tyle dobrego zrobił dla naszej kultury na Zachodzie, niesłychanie dużo. Może dlatego, że był typem kosmo-Polaka, pozbawionym nacjonalizmu, a jednocześnie przywiązanym do polskości, tak jak jego koledzy z „Kultury”. Te wspaniałe postacie jak Jerzy Giedroyc, Józef Czapski, Gustaw Herling-Grudziński, Czesław Miłosz… To był bardzo zdrowy patriotyzm, z którym ja zawsze się solidaryzowałem… To była Polska w swoim najlepszym, szczytowym wydaniu, jakiś rewanż szlachty i arystokracji, którą lewica zawsze pomiatała...

Przyglądając się wszystkiemu, co Pan napisał, przetłumaczył zastanawiam się, czy Pana dorobek nie dorównuje Jeleńskiemu?

On pisał w pięciu językach.

A Pan zna ile języków?

Francuski, angielski, hiszpański, rosyjski, trochę niemiecki…

Skromnie podliczając – tyle samo co Jeleński.

Tak, tylko on pisał swoje własne utwory w tych kilku językach, to był fenomen niebywały! Ja tylko w dwóch… Nie śmiałbym się z nim porównywać. Zresztą ja jestem przede wszystkim poetą, pisarzem muzycznym i tłumaczem, a on był publicystą społeczno-politycznym, krytykiem sztuki i literatury, choć to ostatnie i mnie się zdarza… Poza tym on był człowiekiem, który – co jest bardzo rzadkie – potrafił ocenić nawet to, co mu się nie podobało, co nie było w jego filozofii, w jego poglądach na świat. Na przykład on był do czasów Solidarności raczej ateistą i dopiero Solidarność, Jan Paweł II spowodowali, że się zbliżył do Kościoła, nawet sam się temu dziwił.

Ale chyba zbliżył się na jakiś czas… Na jego grobie nie ma krzyża. Jest to podobno jedyny grób bez krzyża na tamtejszym cmentarzu.

To jest w Saint-Dyé-sur-Loire. A była tam pani?

Tak, zamiast krzyża jest tam renesansowy aniołek. Podobno taka była ich wola.

Być może nie do końca się nawrócił, ale był to człowiek o niezwykle szerokich horyzontach. Potrafił ocenić nawet to, co wcale nie było w jego guście. Poza tym był nie tylko znakomitym krytykiem, ale także tłumaczem i w ogóle najlepszym ambasadorem kultury polskiej w świecie. Tłumaczył polskich autorów. To właśnie dzięki niemu Gombrowicz został wylansowany. Jego Transatlantyk (na dobrą sprawę właściwie nieprzekładalny!) w przekładzie Jeleńskiego i G. Serreau zabrzmiał jak Rabelais XX wieku! Propagował też Miłosza, wydał wybór jego poezji. Miał naprawdę wielkie zasługi. Stanowczo za wcześnie odszedł.
No i cała „Kultura” paryska… To jest absolutny skandal, niestety nie jedyny, że Pokojowa Nagroda Nobla nie została przyznana „Kulturze”. Kto jak kto, ale oni naprawdę na to zasługiwali. To był jakby zespół mnichów, klasztor. Oni zupełnie poświęcili się swojemu zadaniu do samego końca. Ich dewizą było pogodzenie narodów skłóconych ze sobą: tłukliśmy się przecież ze wszystkimi: z Rosjanami, Ukraińcami, Czechami, Niemcami, ze wszystkimi dookoła. A oni pracowali nad tym, żeby te wszystkie konflikty się uspokoiły i żebyśmy znaleźli wspólny język. To, czego oni dokonali, to jest rzecz kolosalna. Akademia Szwedzka jest trochę za bardzo lewicowa. Na pewno nie podobało jej się to, że oni jednak podpiłowywali święty Związek Radziecki. Chociaż jednak przyznała ją [Nagrodę Nobla] Sołżenicynowi. Dała co prawda Szołochowowi, który był łajdakiem, stalinowcem i nawet oszustem. Jest teoria, Miedwiediew pisał na ten temat, że Cichy Don, niby jego arcydzieło, to wcale nie jest jego książka, tylko dzieło jakiegoś Kozaka, którego rękopis wpadł mu w ręce, troszkę poprawił i wydał jako swój własny. Pamiętam, jak mówił: „To skandal, że ja, największy pisarz radziecki nie dostałem jeszcze Nobla”. To już wystarczy, okropna postać. W ogóle ci pisarze radzieccy to rozpacz: fanatyzm, zaślepienie, dogmatyzm, nędza artystyczna… Ofiary socrealizmu…

A propos nagród, otrzymał ich pan wiele…

Jeszcze za czasów PRL-u dostałem Medal Szymanowskiego, to było sympatyczne. Nawet go nie odebrałem, bo wtedy lepiej było nie popisywać się tym, bo wiadomo, jeśli to od władzy komunistycznej, to byłyby od razu dąsy i kwasy. Otrzymałem nagrodę PEN Clubu, ZAiKS-u, Gloria Artis i ostatnio, z czego jestem bardzo dumny: medal Fundacji Norwidowskiej w Lublinie. Ja nie jestem profesorem, choć wszyscy mnie ciągle usiłują nim nazywać. Janusz Odrowąż-Pieniążek miał podobny kłopot, wydał nawet książkę pod tytułem Błagam, tylko nie profesor, bo wszyscy się tak do niego zwracali. Byłem dość zaskoczony, że ta fundacja, która gromadzi największe sławy polskie w dziedzinie norwidologii, ludzi o olbrzymim dorobku, potrafiła ocenić mój wkład do norwidologii i moją walkę o Norwida.

Niczym przecież nie różni się Pana praca od pracy tych profesorów, robi Pan coś równie ważnego.

Oni się zajmują często tematami bardzo konkretnymi…
Po Vade-mecum chciałem opublikować drugi tom wierszy Norwida pt. Le Verbe et le silence. I miała to wydać pani Vera Michalska, milionerka, właścicielka wydawnictwa Noir sur Blanc. Niestety, wycofała się. Być może dlatego, że Vade-mecum się słabo sprzedawało, ale nie tylko to. Ona wydała w 2000 wspaniałą antologię Karla Dedeciusa w dwóch tomach, Panorama de la littérature polonaise du XX siècle. Dwa pierwsze tomy obejmowały poezje stu autorów. To prawdopodobnie minimalnie się sprzedało, bo było drogie i ona widocznie sparzyła się na poezji polskiej i powiedziała: „Koniec, nie będziemy wydawać poezji”. Do dziś nie zdołałem tego wydać. Zwracałem się już do kilku wydawców, ale nic z tego na razie nie wyszło.
W międzyczasie zrobiłem coś, z czego jestem bardzo zadowolony: mianowicie antologię tematyczną Norwida L’intarissable source (Źródło niewyczerpane), znalazłem 135 tematów. (To już 45 tom wśród moich przekładów we Francji). Podobną antologię zrobił Józef Fert, który dziś jest sekretarzem Fundacji Norwidowskiej, wybitny norwidolog. Tylko że on, o dziwo, ograniczył się do listów i do prozy, a ja objąłem wszystko: i poezję, i dramat, i prozy, i listy. Istna księga mądrości, są to krótkie cytaty, więc jest to łatwiejsze w percepcji dla czytelnika niż przebijanie się przez jakieś olbrzymie tomiska. Zrobiłem wersję francuską i książka została wydana przez Pierre-Guillaume de Roux. To syn słynnego Dominika de Roux, który wylansował we Francji Gombrowicza. Był przedtem dyrektorem kilku wydawnictw, m.in. wydał dwa tomy moich przekładów pism Jana Pawła II i Eroikę Andrzeja Kuśniewcza. Powiedział mi: „To jest zupełne szaleństwo, ale ja muszę to wydać”.
Dziś człowiek jest zmęczony, za bardzo atakowany przez media, telewizję, komputery, radio, prasę… Dlaczego Khalil Gibran ma takie powodzenie? Bo jego książki to są krótkie sentencje, bardzo zwarte, to jest sama czysta mądrość. Właśnie myślałem o Gibranie, robiąc tę antologię. Wydaje mi się, że to jest bardzo oryginalne i ciekawe. I teraz przygotowuję wersję polską – nie wiem, kto to wyda, ale mam nadzieję, że może w końcu kogoś znajdę, może Fundacja Norwidowska, może Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej, bo oni mają swoje wydawnictwa.
Poza tym jest to już chyba ostatni tom Norwida, jaki będę wydawał… Chociaż nie, może nie ostatni, są jeszcze jego wspaniałe poematy. Tylko, mój Boże, to wszystko tłumaczyć, to jest szalenie ciężka sprawa, np. Rzecz o wolności słowa, genialny poemat, ale niezmiernie trudny.
[…] Josif Brodski uważał Norwida za największego poetę europejskiego XIX wieku, większego niż Goethe, Baudelaire i Wordsworth. Co ciekawe, w 1993 roku był istny festiwal Mickiewicza we Francji. Wyszło pięć książek Mickiewicza: dwa przekłady Pana Tadeusza, dwa przekłady Dziadów i wszystkie sonety. Prasa francuska piała, zachłystywali się tym. Te przekłady były na wysokim poziomie. Chociaż przyznam, że przekład Dziadów Masłowskiego i Donguy rozczarowuje, bo odrzuca rym, a to niestety zubaża bardzo to arcydzieło. Mickiewicz to nie Norwid. Mickiewicz to jeszcze romantyzm zakotwiczony w rymie. Było to niebywałe, że w 1993 roku Mickiewicz odżył tu w całej swojej krasie…

A Norwid jeszcze czeka…

Tak, ale niewątpliwie przyszłość należy do niego. Zrobiłem film o Norwidzie typu docu-fiction z młodym reżyserem francuskim Florianem Lebrunem. Wystąpiło w nim szereg poetów, tłumaczy i przyjaciół kultury polskiej we Francji. Jest tam świetna sekwencja poświęcona wpływowi Promethidiona na sztukę polską XX wieku. Isabelle d’Ornano (z domu Potocka), jedna z naszych sponsorek, wyraziła podobną opinię na temat szans Norwida w swojej wypowiedzi. Ksiądz Jełowicki powiedział już w połowie XIX wieku: „Dzisiaj nikt go nie rozumie, ale za sto lat to będzie geniusz”. To jest właśnie tragedia geniuszów, którzy przychodzą za wcześnie i wszyscy uważają ich za wariatów.

Jest Pan poetą, tłumaczem, pisze Pan o muzyce, o obrazach. Prawdziwy poeta doctus. Skąd Pan czerpie energię? Czy ma Pan dostęp do jakiś tajemniczych zasobów czasu?

Tak, rzeczywiście, chwalić Boga, mam jeszcze sporo energii, a twórczość potęguje moją energię. Im bardziej się czemuś oddaję, tym więcej wzbudzam w sobie tej energii. Przede wszystkim czuję się poetą, mam już spory dorobek, 13 tomów wierszy. Ostatnio Anglicy odkryli mój tom Muzyka, który ukazał się w tym roku ilustrowany przez Michała Józefowicza, który malował pod wpływem muzyki. Cieszę się, bo dzisiaj język angielski to jest okno na świat. Francuski ma jednak bardzo ograniczony odbiór. Tłumacza, Patricka Johna Cornessa, poznałem w Lublinie, jak byłem na laudacji mojej skromnej osoby, w związku z przyznaniem mi Medalu Fundacji Norwidowskiej. Jest wspaniałym tłumaczem, wyjątkowo uczciwym. Tłumaczy z kilku języków słowiańskich. Gotowe przekłady przesyła mi do sprawdzenia. Znam angielski, więc jest to możliwe. Jest bardzo sumienny, przekład jest fantastyczny. Wydawcą jest Anima Poetry Press, który specjalizuje się w poezji mistycznej i metafizycznej. Bardzo mi się to podoba u Anglików. U Francuzów z lupą trzeba szukać tego typu wydawców czy krytyków i poetów, a Anglicy mają jeszcze wyczucie poezji wysokich lotów, bardzo uduchowionej. To czuje się w ich muzyce i w odbiorze muzyki polskiej w Anglii. We Francji odbiór muzyki polskiej jest bardzo skromny. A w Anglii szaleją za Szymanowskim, Karłowiczem, Pendereckim, teraz odkryli Łukaszewskiego. On podpiłowuje ten pomnik, którym został Krzysztof Penderecki, bo wydawałoby się, że nie można pójść dalej, ale okazało się, że można, i Łukaszewski poszedł o krok dalej. Moim zdaniem Pärt i Łukaszewski to są naprawdę największe rewelacje w muzyce współczesnej. Oni obaj są wielkimi mistykami.
Poza tym moją pasją jest tłumaczenie, daje mi wielką satysfakcję. To jest rzecz ciekawa, że czasami, parokrotnie mi się to zdarzyło, jak tłumaczyłem jakiegoś poetę, to miałem wrażenie, że jego duch we mnie wstępował, że dosłownie pisałem nieomalże pod dyktando, a czasami musiałem tłumaczyć coś, co mi specjalnie nie pasowało, wtedy to oczywiście nie miało miejsca. Ale kilkakrotnie miałem to wrażenie, że dosłownie byłem opętany przez ducha poety, którego tłumaczyłem. Rzecz zabawna, że pierwszym moim dokonaniem tutaj jest wielka antologia, W blasku legendy. Kronika poetycka życia Józefa Piłsudskiego. To było zabawne dlatego, że ja w Polsce byłem raczej zwolennikiem Sikorskiego, bardziej się nim interesowałem. Tutaj nagle, w 1987 roku, to było jeszcze wtedy, gdy Piotr Jegliński był właścicielem Księgarni Polskiej w Paryżu i miał swoje wydawnictwo Spotkania, nie wiem skąd, przyszło na mnie opętanie Piłsudskim. I to nie była wcale moja specjalność. O nim napisano bardzo dużo. W polskiej poezji jest chyba około tysiąca wierszy. W mojej antologii jest ich 354. Wśród tych poetów jest tam około 60 największych nazwisk, łącznie z Miłoszem. Zbudowałem tom na zasadzie kroniki, jest tam czternaście działów, wizje nadejścia męża opatrznościowego u romantyków, młodość, legiony, zwycięstwo nad bolszewikami, aż do ewokacji pośmiertnych. Dopełnia ją mój obszerny esej wraz z portretem astrologicznym, chociaż nie jestem astrologiem. Miałem bardzo wysoką ocenę samego Wacława Jędrzejewicza, który do mnie napisał pełny list. Byłem z nim w kontakcie w związku z tymi poszukiwaniami. Oczywiście, jeśli chodziło o nazwiska znane, to nie było problemu, dołączyłem bibliografię wszystkich autorów. Ale była cała masa wierszy, gdzie nie mogłem znaleźć żadnych informacji o autorze. Kilkakrotnie mi się zdarzyło, że idę ulicą, spotykam jakiegoś znajomego i mówię mu o kronice i że mam ciekawe teksty, ale zupełnie nie wiem, kto to jest ich autorem. „Proszę pana, ja znałem tego człowieka! Wszystko panu o nim opowiem!” Wiele razy mi się to zdarzyło. Jak robiłem tę antologię, czułem, że duch Piłsudskiego i jego przyjaciół krążył wokół mnie. Naprawdę nie byłem sobą. Wszyscy, którzy pisali potem o tej antologii, podkreślali, że jest zupełnie niezwykła. Antologii takich było kilka przed wojną, tylko że były robione w sposób niechlujny: jak do worka pakowano wszystko, co tylko mogło się znaleźć, a mnie chodziło o to, żeby ukazać pewną ciągłość, żeby każdy okres miał swoje pokrycie i wyeliminować rzeczy nieudane, grafomańskie. Chyba to się udało. Dziwne, że to się ukazało tutaj w Paryżu w 1988 roku, ale do dzisiaj nie mogłem znaleźć wydawcy w Polsce…