Start Varia Komentarz do nieodbytego wieczoru autorskiego

Komentarz do nieodbytego wieczoru autorskiego

Rzadko decyduję się na spotkania autorskie. Za bardzo mnie psychicznie wyczerpują. Wydawać by się mogło, że nic prostszego nad rozmowę z czytelnikiem. W istocie są to zapasy, nie lada jakie! Żeby to jeszcze mieć gwarancję, że przyjdą tacy, którzy zechcą porozmawiać o książce. Ale gdzież tam! Przychodzą ludzie złaknieni pocieszania. To ci najwierniejsi czytelnicy niekoniecznie moich książek, którym świat się rozsypał, a poeta zawsze go za nich układał. Oni są cisi, uważnie słuchają, tylko czasem ktoś podniesie palec, by sprawdzić, czy jeszcze potrafi. Poeta jest dla nich synonimem człowieka, który wszystkiego doświadcza w sposób najbardziej osobisty, a jednocześnie pozostaje cały czas synem „wielkiej rodziny ludzkiej” i jeszcze można go dotknąć. I właśnie ten dotyk mnie najbardziej zatrważa! Chciałbym się wówczas schronić najgłębiej, jak potrafię, bo publiczne zaglądanie do duszy wcale mi nie jest miłe. Najlepiej być wtedy listkiem brzozy, który czeka na deszcz i wszystko inne nie jest ważne. Ale oni, choć wcale tego nie manifestują, domagają się, w milczeniu, hierarchii w ocenie zjawisk. Bo wszelka rzeczywistość jest po prostu hierarchiczna. Lecz tutaj jednak nie może być łatwej zgody. Nawet poeta może mieć wątpliwości, co jest najważniejsze. Tym bardziej, że dzisiaj, jak nigdy dotąd, oczywista jest kruchość wszystkiego, w tym i rozpad hierarchii. A ja chciałbym mówić tylko o sobie, cały czas mając jednak nadzieję, że mój osobisty lament jest odpowiedzią na beznadziejną sytuację, w jakiej znalazła się cała gmina, mój zakątek świata.

Biorąc to wszystko pod uwagę, ale także to, że przepowiednie pisarzy czasem się sprawdzają, spróbuję odpowiedzieć na pytania, które mogliby mi zadać czytelnicy, gdyby wieczór autorski doszedł do skutku. A pretekstem do całej wypowiedzi niech będzie okoliczność wydania nowej książki (Skrzypce Marsjasza, Zielona Góra 2000), która może być powodem przemyślenia na nowo, tego wszystkiego, czym jest literatura, zajęcie pisarskie i tajemnica poetyckiego powołania. Poeta nigdy nie może całkowicie się oderwać od tej małej gry dominacji i poniżenia, ale też jego zabiegi nie prowadzą wyłącznie do skupienia uwagi na samym sobie. On tylko wtedy ma prawo przemawiania publicznie, gdy wierzy, że świat będzie zbawiony przez piękno. Wierząc w to głęboko, chciałbym się usprawiedliwić z wydania kolejnej książki, która się odnosi do naszego dziedzictwa, jakim jest pamięć, czyli historia. Historia indywidualna, ale i zbiorowa. To pod jej naciskiem dopiero może objawić się wymiar czasu i każdej rzeczy przez nas widzianej albo dotykanej.
Dziedzictwo klasycyzmu przybiera stale nowe, nieraz trudne do nazwania formy. Nie mam do tego procesu stosunku jednoznacznego, ale jestem przekonany, że nie można go odesłać w bezpowrotną przeszłość. Mój bohater tytułowy – Marsjasz, to pierwotnie bożek frygijski, patron miasta Kelajnaj. Przypisywano mu wynalezienie aulosu i gry na tym egzotycznym instrumencie. W mitologii greckiej reprezentował muzykę frygijską, która słynęła z wykorzystywania instrumentów dętych, w przeciwieństwie do greckiej, której domeną były instrumenty strunowe. Według podania ateńskiego wynalazczynią aulosu była jednak Atena. Ale ponieważ gra na tym instrumencie szpeciła jej twarz, nadymane policzki pozbawiały subtelności jej oblicze – odrzuciła go. Marsjasz zaledwie go podniósł i nowy zrobił z niego użytek. Nie to jest jednak najważniejsze. Ważniejsza jest przypowieść o tym, jak tendencje helleńskie walczyły z kulturalnymi wpływami ze Wschodu. Przypowieść opisuje, jak Marsjasz swą grą na aulosie współzawodniczył z Apollinem, grającym na kitarze. Mityczna historia przyznaje zwycięstwo Apollinowi, który pokonanego Marsjasza, za karę, że ośmielił się mierzyć z bogiem, przywiązał do drzewa i kazał obedrzeć ze skóry. Tyle mówi o Marsjaszu mitologia.
Ten mityczny pojedynek stał się później inspiracją do wielu utworów artystycznych, wszystkie one dotyczyły istoty sztuki. Były to głównie utwory literackie, ale i dzieła malarskie. Mord dokonany na muzyku stał się podstawą refleksji etycznej, ale i estetycznej. Wszak pojedynek Marsjasza i Apollina to konfrontacja dwóch rodzajów sztuki. Apollin – klasyk i parnasista, jest po jednej stronie szańca, a obdzierany ze skóry Marsjasz, który wrzeszczy z bólu – po drugiej. Widownia obserwująca pojedynek chłonie oba dźwięki, ona ma zdecydować, który z nich jest bardziej prawdziwy. Krzyk Marsjasza czy muzyka Apollina, która ów krzyk chce zagłuszyć. W finale pojedynku Apollin odchodzi, świadom swojej klęski. Sztuka czysta unicestwiona została przez prawdę bólu. A ból człowieka wstrząsnął nawet naturą – skonał słowik i drzewo osiwiało. Apollin stał się tym samym bogiem pięknego pozoru, bo chciał upiększyć rzeczywistość, a wrzask rozsadził niewzruszone zasady jego sztuki. Nie udało mu się zagrać krzyku Marsjasza, bowiem granice sztuki wyznacza osobiste doświadczenie. Poeta – świadek i uczestnik odkrywa ciągle nowe wymiary rzeczywistości tylko poprzez bezpośrednie doświadczenie. Takie jest również moje mniemanie. Trzeba zachować takt i umiar, bo własnym krzykiem nie odda się bólu Marsjasza. Nie można się wszak dostać do wnętrza drugiego człowieka i utożsamić z konającym. Dla artysty pozostaje wyobrażenie. Sztuka może być zatem też tylko wyobrażeniem.
W tej sytuacji artysta współczesny ma trzy wyjścia. Może zamilczeć, przeklinając bezsilność sztuki! To nie jest jednak żadne wyjście. Może również krzyczeć, wierząc, że krzykiem odda cierpienie zakatowanych. Tak bardzo długo postępował Tadeusz Różewicz. Można wreszcie z umiarem i spokojem mówić wyłącznie o własnych wrażeniach, nie przekraczając własnych wrażeń, bo ich przekroczenie to zdrada poetyckiego poznania. Najwyrazistszym przykładem tej postawy jest twórczość Zbigniewa Herberta. Ta trzecia droga i mnie jest najbliższa.
Muszę jeszcze wyjaśnić drugi człon tytułu książki. Dlaczego skrzypce, a nie aulos czy uwspółcześniony obój? Otóż skrzypce są dla mnie metonimią muzyki w ogóle. Nie aulos ani obój, i to nimi chciałem podkreślić obecność pierwiastka muzycznego w książce. Paganini natomiast jest dla mnie najbardziej żywiołowym instrumentalistą wszech czasów. Jego żywioł i temperament jest porównywalny do dynamiki muzyków kapel rokowych.
Muzyka jest obecna w całym tomie. W istocie przecież poezja bierze swój początek od melodii. Lira akompaniowała jej od samego zarania, a meliczność jest jej cechą i w naszych czasach. Wiele tych utworów, a może wszystkie, są do śpiewania.

maj 2000 – maj 2001

Wojciech Śmigielski