Start Varia O pisaniu

O pisaniu

Zgadzam się z poglądem Gombrowicza na temat pisania. Piszę wtedy, gdy mam ochotę pomilczeć. Pisanie jest fascynującym spotkaniem ze samym sobą. Być może na pozór brzmi to dość egoistycznie, a może nawet narcystycznie, ale odrobina egoizmu i narcyzmu jest wręcz konieczna, by twórca mógł być twórcą. Szczególną satysfakcję sprawia mi pisanie obrazami. Najpierw w moim umyśle rodzą się obrazy, symboliczne atrybuty tego, co czuje dusza. To niezwykle kreatywne zajęcie. Trzeba je jednak przecedzić przez sito słów, by móc je utrwalić za pomocą pisma. Ten proces jest mniej fascynujący, by nie powiedzieć nudny. Przypomina to trochę żmudną pracę kręcenia filmu z tą różnicą, że kręcąc film, reżyser wycina nieudane, jego zdaniem, zdjęcia, zaś pisarz skreśla źle dobrane wyrazy. Hitchcock powiedział w jednym z wywiadów: „[…] filmowanie jest najnudniejszą częścią procesu twórczego, ponieważ w głowie już go nakręciłem”. Z tekstem jest podobnie. Pisarz zwykle ma gotowy tekst w głowie, problem polega na tym, że jedynym, znanym nam sposobem na to, by go z tej głowy wydobyć, jest zapisanie go. I tu pojawia się problem, ponieważ o ile opisanie miejsca lub czyjegoś wyglądu jest względnie wykonalne, to jak za pomocą abstraktów, którymi są słowa, wyrazić uczucia i stany emocjonalne, towarzyszące treści? Czy jest to w ogóle możliwe? Czy możliwe jest opisanie przeżyć człowieka w taki sposób, by czytelnik, czytając tekst, mógł doznawać tego, o czym czyta? Jak słowami wyrazić złożoną emocjonalność człowieka? Jak zachować przy tym wrażenie autentyczności? Jakich słów użyć, by czytelnik, odtwarzając je w swoim umyśle, mógł doznawać?

Doznawanie. Myślę, że sukcesywnie zapominamy o tym, by doznawać. Poddajemy dzieła literackie analizie, interpretacji, a zapominamy o ich doznawaniu. A przecież to jest istotą literatury – doznawanie. Pisarzowi, w procesie tworzenia tekstu, nieustannie towarzyszy doznawanie. Autor najpierw doznaje tego, o czym wtórnie chce napisać. Im głębsze doznanie, tym bardziej autentyczny przekaz. Taki rodzaj literatury – natchnionej – pozostaje w pamięci czytelników, bo oni czytając tekst, mogli go doznawać, mogli go przeżywać, niemal fizycznie doświadczać, odczuwając wszelkie opisane emocje i uczucia. Nad brakiem doświadczania w literaturze ubolewał żyjący i tworzący w XX wieku John Williams, który w swojej książce Profesor Stoner narzekał na zmiany w sposobie wykładania literatury oraz kształtowania stosunku do tekstu, jakby powieść lub wiersz należało studiować i zrozumieć raczej niż ich doznawać. Przywykliśmy do klasyfikowania wszelkiej twórczości jakby wyodrębnianie cech typowych czyniło z tekstu dzieło. Przez to nasze działania, nasze, czyli pisarzy i krytyków, stają się jednostajne aż do ogłupienia. Już Szestow wywnioskował, że „[…] wszyscy boją się zniszczyć ową ogłupiającą jednostajność, jak gdyby kryło się w niej źródło nadzwyczajnej radości” (L. Szestow, Kierkegaard i filozofia egzystencjalna). A przecież ten, kto zajmuje się tworzeniem literatury, powinien mieć odwagę mówienia tego, co chce i w taki sposób, jaki chce. Tymczasem czym zajmuje się większość współczesnych pisarzy? Tworzą światopoglądy i mają przekonanie, że zajmują się czymś niezwykle ważnym. Owa ważność, nie doświadczanie, jest istotą ich tworzenia. Być może dostarczają w ten sposób czytelnikowi pewnej rozrywki intelektualnej, ale tym samym odbierają mu źródło prawdziwego doświadczania, odzierając go z uczuć i emocji. Sam twórca zaś nie pozwala sobie na przeżywanie, na smakowanie życia, na rozkoszowanie się procesem tworzenia. W efekcie przyjemność tworzenia zostaje zastąpiona przez ważność, a samo pisanie, jak mawiał Gombrowicz, staje się „[…] walką, jaką toczy artysta z ludźmi o własną wybitność” (W. Gombrowicz, Dzienniki 1953-1956). O wolności w tworzeniu pisał Nikos Kazantzakis. Główny bohater jego książki – Zorba nieustannie i świadomie przeżywający swoje życie, zapytany, czemu nie opisze tych wszystkich cudów świata, odpowiedział: „Po prostu dlatego, że ja przeżywam te wszystkie cuda […] i nie mam czasu na bazgraninę. […] Gdzie znaleźć czas, by chwycić za to kretyńskie pióro? Zresztą cała sprawa dostała się w ręce gryzipiórków. Ci, co przeżywają dziwy, nie mają czasu, a ci, co mają czas, nie przeżywają nic” (N. Kazantzakis, Grek Zorba). Nastał czas gryzipiórków. Nastał czas ważności. Nastał czas wybitności. Jest to problem społeczeństw, które osiągnęły już pewien stopień bogacenia się. Pisząc „pewien”, mam na myśli, że nie są już biedni i nie muszą pracować wyłącznie rękoma, fizycznie, dlatego też oddają się innej aktywności, np. pisaniu. Nie są jednak na tyle bogaci, by mieć komfort doświadczania. Dlatego w naszym społeczeństwie pisze niemal każdy: celebryta, gwiazda show biznesu, przedsiębiorca, podróżnik i wszyscy oni nazywają siebie pisarzami. Tematów jest nieskończenie wiele. O wszystkim można pisać, ba, można nawet samemu wydać swoją książkę. Potem te stosy zapisanych kartek piętrzą się na półkach, smutniejszych od cmentarzy, bo po chwili nikt już o nich nie pamięta, nawet ten, kto zadał sobie trud ich przeczytania. „Kultura tonie w masie produkcji, w lawinie pism, w szaleństwie ilości. Dlatego […] jedna zakazana książka […] znaczy nieskończenie więcej niż miliardy słów, które z siebie wyrzucają […]” (M. Kundera, Nieznośna lekkość bytu) tak zwani pisarze.
Jednak, mając na uwadze potrzebę kreacji, która jest wpisana w naturę człowieka, dlaczego mielibyśmy uzurpować sobie prawo do przesądzania o tym, kto powinien pisać, a kto nie? Wszak mówienie o twórcy, a więc także o pisarzu, sprowadza się do obnażania ukrytej w jego dziełach tendencyjności. To dość bolesna operacja. Dlatego zgadzam się z Szestowem, że przeprowadzanie takiej operacji na żywym człowieku bynajmniej nie zawsze wydaje się dopuszczalne. Zatem pozwólmy ludziom pisać, a ocenę efektów ich twórczości pozostawmy samym czytelnikom.

 

Kto zawyrokował, że trzeba pisać tylko wtedy,
gdy się ma coś do powiedzenia?
Przecież sztuka na tym właśnie polega,
że nie pisze się tego, co się ma do powiedzenia,
tylko coś zgoła nieprzewidzianego.

Witold Gombrowicz

Renata Diaków