Start Varia „Nikomu nie utrudniać życia – niech pan pamięta te słowa Miłosza”

„Nikomu nie utrudniać życia – niech pan pamięta te słowa Miłosza”

Wspomnienie o Julii Hartwig

Przyszedłem tak, jak się umówiliśmy, w południe. „Proszę bardzo!” – usłyszałem znajomy głos w domofonie. W podwórku, na całej wysokości sąsiedniej kamienicy, pnie się dzikie wino. Choć budynek o numerze sześćdziesiąt osiem leży przy ulicy Marszałkowskiej – głównej arterii Warszawy, sam dziedziniec domu jest bardzo zaciszny. Okolicę tę poznałem dobrze, bo miałem za sobą lekturę Dziennika1, gdzie Julia Hartwig szczegółowo opisuje miejsce, w którym mieszka. Kiedy zapukałem do drzwi mieszkania, które otworzyła mi kobieta opiekująca się poetką, od razu rozpoznałem w niej panią Teresę – jedną z bohaterek dziennika. Po chwili w korytarzu pojawiła się sama Julia Hartwig – poetka, której wiersze zachwyciły mnie, odkąd odkryłem stary wybór jej utworów w świebodzińskiej bibliotece. To był rok 2012 i wkrótce, po niemałych staraniach, udało mi się zdobyć mailowy adres pani Julii. Napisałem list o tym, jak bardzo urzekły mnie jej wiersze, jak wiele już wtedy umiałem z nich wyczytać. Zapytałem, czy w związku z planowaną przeze mnie na czerwiec 2013 roku podróżą do Warszawy, zgodziłaby się, abym ją odwiedził. Jeszcze tego samego dnia dostałem odpowiedź: „Dziękuję za list i dobre słowa o moich wierszach. Przyjmuję je z nadzieją, że zasługują one na Pańskie pochwały. Chętnie przychylam się do Pana prośby i proszę o telefon podczas pobytu w Warszawie. Podziwiam konsekwencję Pana poszukiwań i cieszę się, że to co piszę, jest Panu bliskie”.
Ściskając dłoń Julii Hartwig, miałem ochotę zacytować fragment jej wiersza, w którym przywołuje scenę, kiedy młody Czesław Miłosz zwraca się do Iwaszkiewicza: „Uwielbiam pana”2. Ja podziwiam tę, dziewięćdziesięciodwuletnią wtedy, poetkę ze sznurem pereł na szyi, w kolczykach, uczesaną w misterny warkocz oplatający głowę, który stał się nieodłącznym elementem jej stylu. Odcień kwiatów, które przyniosłem, był niemal identyczny z kolorem koszuli, którą miała wtedy na sobie. Usiedliśmy w salonie, kurtuazyjnie odmówiłem napicia się czegokolwiek, stanęło jednak na kawie, którą wypiliśmy w towarzystwie sernika. Kiedy nałożyłem sobie jeden mały kawałek, pani Julia z uśmiechem nalegała na drugi: „Bardzo proszę, będzie sernikowi przykro!”.
Poszedłem tam, deklarując się jedynie jako wielbiciel jej poezji, choć miałem już wtedy za sobą pierwsze próby literackie. Podczas trwającego godzinę spotkania pani Julia bardzo wnikliwie mi się przyglądała, w pewnej chwili zadała pytanie, w którym więcej niż pytania było pewności: „Pisze pan wiersze?”. Odpowiedziałem, że piszę, choć niechętnie, że nie jestem przekonany, co do sensu tego zajęcia. „Trzeba próbować, bez tego nigdy nie będzie się wiedziało. Ludzie mi czasem mówią, że moja poezja ich
pociesza, a ja tego nie czuję, pisząc”.
Być może istnieje coś takiego, co powoduje, że jeden poeta rozpozna drugiego, nawet jeśli ten jest od niego daleko słabszy. Może istnieje jakiś rodzaj spojrzenia na świat, który urzeczywistnia się w czasie rozmowy i od razu świadczy o nas.
Poprosiła, bym wpisał się do notesu z adresami. Pośród regularnych, eleganckich ciągów jej liter, koślawymi znaczkami zapisałem swoje dane, pani Julia spojrzała na mój wpis: „Ma pan bardzo ładne imię, rzadkie i bardzo dobrze brzmiące”. Padła jeszcze prośba, bym przesłał jej swoje wiersze, co robiłem później wielokrotnie, często wręcz upominany przez panią Julię o dostarczenie nowych utworów.
Długo zastanawiałem się nad tym, dlaczego będąc już w tak poważnym wieku, ciągle interesowały ją wiersze młodych poetów. Uświadomił mi to, po części, profesor Ryszard K. Przybylski3, mówiąc, że kiedyś w jednym z pism literackich Julia Hartwig była osobą oddelegowaną do kontaktów z młodymi pisarzami. Tę swoją ciekawość najmłodszej literatury wyraziła też w rozmowie z Jarosławem Mikołajewskim4, odpowiadając na pytanie o dialog międzypokoleniowy w poezji: „Bardzo mnie obchodzi to, co będzie jutro, co ci poeci pokażą. Dlatego jestem zawsze taka chętna, żeby poznać ich twórczość”5.
Pod koniec spotkania okazało się, że zostaliśmy w mieszkaniu sami. Przyznam, że bardzo urzekła mnie wtedy ta ufność, którą zostałem obdarzony. Jeden ze znajomych Julii Hartwig mówił mi później, że wcale nieczęsto okazywała obcym aż takie zaufanie.
Kiedy myślę o tym, jaki wpływ miała na mnie Julia Hartwig, to nie sposób ograniczyć się jedynie do tego, co wywarła na mnie jej poezja: niezwykle elegancka, ascetyczna, pozbawiona ozdobności, a jednak na swój sposób ozdobna. Jest to dla mnie poezja, która nie używa niepotrzebnych słów, nie epatuje efektownością, ale jednocześnie tych słów nie ogranicza zanadto, nie wyzbywa się samej urody słowa. Autorka Błysków wierzy w rytm, w muzyczność słowa, tak jak Ezra Pound, który twierdził, że „Muzyka zaczyna zanikać, gdy odchodzi za daleko od tańca, poezja zaczyna zanikać, gdy odchodzi za daleko od muzyki”6. Ascetyczność tej poezji nie staje się zbyt surowa. To powoduje, że jest w niej jakieś niedefiniowalne piękno, które według mnie stawia ją w zupełnie osobnej kategorii poetyckiej. Styl Julii Hartwig to styl zupełnie osobny, styl kogoś, kto część swojego życia, kiedy w Polsce panował siermiężny ustrój, spędził poza granicami bloku wschodniego. I echa tych podróży oraz dłuższych pobytów widać, widać przebywanie w Stanach Zjednoczonych, Włoszech, a wcześniej w Paryżu – gdzie realizowała stypendium rządu francuskiego oraz pracowała w polskiej ambasadzie. Właśnie tam Julia Hartwig miała okazję obcować ze śmietanką intelektualną Europy, spotykała Jean-Paula Sartre’a, tam też poznała osobiście Pabla Picassa, przyjaciela Guillaume’a Apollinaire’a, którego monografia powstała w efekcie jej pobytu w stolicy Francji.
W 2014 roku ukazał się w Wydawnictwie Literackim drugi tom dziennika Julii Hartwig, znalazła się tam relacja z naszego spotkania: „Festiwal spotkań trwa, bo wczoraj w południe odwiedził mnie w domu młody gimnazista, Hubert Kopacz, który zabiegał listownie o spotkanie ze mną i wykazał się w liście taką znajomością moich wierszy, że mnie to rozbroiło. Przyszedł punkt dwunasta, tak jak się umówiliśmy, i zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Smukły, poważny, trochę chmurny, ale przejęty, że spełniło się jego – jak powiedział – marzenie”7.
Pamiętam jedną z naszych telefonicznych rozmów, latem 2014 roku, która trwała przeszło dwie godziny. Rozmawialiśmy o literaturze, o moich wierszach i o Marku Hłasce, który budził moją wielką fascynację w tamtym czasie, z której zresztą niebawem wyrosłem. Pamiętam, jak pani Julia powiedziała wtedy: „To był dobry pisarz. Wie pan, wydaje mi się, że on bardzo dużo darł tych rzeczy, które napisał”. To zdanie ugruntowało się we mnie, jeżeli chodzi o pisanie. Umieć drzeć, przede wszystkim umieć drzeć. Wisława Szymborska uważała, że kosz na śmieci to podstawowe narzędzie pisarskie.
Jarosław Mikołajewski napisał kiedyś: „Ludzi wyjątkowych spotyka się nie tylko po to, żeby zostawili autograf. Także po to, żeby złapać zdania, które rzucili w naszej obecności ot tak, przy okazji. To one wracają w chwili, kiedy nikt inny nie mówi”8. Mam kilka takich zdań pani Julii, które do mnie wracają, i tych wyrażonych w jej pracach, i tych skierowanych do mnie bezpośrednio: dała mi kiedyś radę: „Nie wolno czytelnika zasmucać, czynić jego życia trudniejszym – niech pan pamięta te słowa Miłosza”.
To, że nasz kontakt był pewnego rodzaju dialogiem międzypokoleniowym ludzi, których pochłania pisanie, zrozumiałem zupełnie niedawno – ja wysyłałem Julii Hartwig swoje wiersze, a otrzymywałem jej tomiki, zawsze z dedykacjami. Formą mówienia o moich utworach było punktowanie tych, które uważała za bardziej lub mniej wartościowe i pomijaniu pozostałych, zapewne złych. Wiele z tych dobrze ocenianych przez nią wierszy później wyparłem, ale teraz, po czasie, kiedy do nich wracam, odnajduję pewną ich świeżość, która mogła wydać się pani Julii interesująca. Te uwagi zawarte w mailach czy odręcznych listach przechowuję dziś jak relikwie. „Drogi Panie Hubercie, dostałam więcej niż się spodziewałam: tak, to są już wiersze. Wydaje mi się, że jest Pan na dobrej drodze i już z tego co widziałam mogłabym wybrać te, które wydają mi się niemal gotowe do druku. Podoba mi się, że nie boi się Pan traktować wiersza jak wypowiedzi określonych treści i robi to Pan w sposób bezpretensjonalny, dzięki czemu wrażenie jakie odnosimy po ich lekturze jest świeże i nienużące. Najlepsze pozdrowienia – Julia Hartwig”. W innym liście, z końca 2014 roku, napisze tak: „Wiersze, które Pan przesłał, bardzo mnie ujęły. Skoro Pan nie ma odwagi wysłać ich do Kwartalnika Artystycznego, zrobię to ja. Uważam, że zasługują one na druk”. Dla mnie, bardzo młodego wtedy człowieka, takie słowa skierowane przez poetę, którego uważałem i uważam za swoistego mistrza, stanowiły ogromne zobowiązanie. Do dziś czuję się przez nie zobligowany, żeby nie pisać, a przede wszystkim nie wypuszczać w świat tego, do czego nie jestem przekonany.

 

Latem 2015 roku zadzwoniłem i wspomniałem, że ponownie wybieram się do Warszawy, usłyszałem: „To może byśmy się spotkali?!”. Umówiliśmy się, ale poetka wkrótce trafiła do szpitala. Kiedy dowiedziałem się o powrocie do domu, zadzwoniłem, ale na pytanie pani Teresy, czy chce rozmawiać, pani Julia odpowiedziała: „Nie, nie mam siły”. Te słowa w tle były ostatnimi jej słowami, które usłyszałem. O tym czasie w życiu poetki pisze prof. Anna Legeżyńska w swoim biograficznym szkicu: „Od 2015 roku Julia Hartwig radykalnie ograniczyła kontakt ze światem zewnętrznym. Jej telefon na ogół milczał”9. W 2016 roku poetka wyjechała do Pensylwanii, do domu córki, Danielle Lehtinen i pozostawała w kontakcie już tylko z najbliższymi przyjaciółmi. Miesiąc przed dziewięćdziesiątymi szóstymi urodzinami Julia Hartwig odeszła we śnie, kończąc długie, barwne, ale i wypełnione bólem życie.
Drugi i ostatni raz spotkaliśmy się 13 września 2017 roku, gdy urna z prochami poetki wróciła do ukochanego przez nią miasta i spoczęła obok jej wybitnego męża – Artura Międzyrzeckiego. W drodze do kościoła Karola Boromeusza na Powązkach minąłem Jarosława Mikołajewskiego, spojrzeliśmy sobie w oczy i usłyszałem: „Dzień dobry”. Dwoje nieznających się ludzi, których łączyła wspólna znajoma. Jakbyśmy wyczuli, że z tej racji i nas coś łączy.
Jest takie zdanie Julii Hartwig: „W momencie, kiedy już nie będę chciała pisać, nie chciałabym już żyć”10. Mam nadzieję, że to się pani spełniło.
Post Scriptum. Kiedy kończyłem pisać ten esej, nadszedł list z Pensylwanii od córki Julii Hartwig, Danielle Lehtinen, a w nim wysłużony obrazek Jasnogórskiej Madonny z biurka pani Julii oraz słowa: „Niech pana chroni!”.

 


1 J. Hartwig, Dziennik, Kraków 2011.
2 Tejże, Wiersze wybrane, Kraków 2014, s. 330.
3 Ryszard K. Przybylski – prof. dr hab., pracownik Zakładu Literatury i Kultury Nowoczesnej w Instytucie Filologii Polskiej UAM.
4 Jarosław Mikołajewski – poeta, eseista, tłumacz, w latach 2006-2012 dyrektor Instytutu Polskiego w Rzymie, autor m.in. książek Wielki przypływ i Terremoto oraz zbioru wywiadów z Julią Hartwig Największe szczęście, największy ból.
5 http://ninateka.pl/film/julia-hartwig-rozmowy-poszczegolne [dostęp: 24 marca 2018].
6 http://booklips.pl/zestawienia/22-pisarzy-probuje-zdefiniowac-czym-jest-poezja/ [dostęp: 16 kwietnia 2018].
7 J. Hartwig, Dziennik, t. 2, Kraków 2014, s. 380.
8 http://wyborcza.pl/magazyn/1,124059,18174245,Zdanie_Wislawy__Sie_zyje__Mimo_wszystko.html [dostęp: 23 marca 2018].
9 A. Legeżyńska, Julia Hartwig. Wdzięczność, Łódź 2017, s. 218.
10 http://ninateka.pl/film/julia-hartwig-rozmowy-poszczegolne [dostęp: 24 marca 2018].

 

Hubert Kopacz