Start Varia Czy łatwo zostać szczęśliwym Duńczykiem? Czy hygge to polska bajka?

Czy łatwo zostać szczęśliwym Duńczykiem? Czy hygge to polska bajka?

Dania – kraj dorodnych mężczyzn, kobiet o siermiężnej urodzie i paskudnego klimatu (wiatr dmie z ogromną siłą o każdej porze roku). Jako szesnastolatka, po przeczytaniu jednym tchem wszystkich dzieł Szekspira, nabieram przekonania, że Dania jest krainą mroczną, zamieszkałą przez ludzi do głębi swojego jestestwa nieszczęśliwych (Hamlet!). A nieco wcześniej przekonywał mnie o tym dość skutecznie Hans Christian Andersen (Dziewczynka z zapałkami). Równie przygnębiający obraz Danii wyniosłam także z dziewczęcej lektury serii opowiadań o dziewczynce imieniem Ditta (tytułów ani nazwiska autora nie pamiętam, było to coś na wzór Ani z Zielonego Wzgórza, lecz dużo mniej rozrywkowe). A mino to Duńczycy plasują się na pierwszym miejscu w rankingu najszczęśliwszych narodów świata.

Skąd wypływa owo źródło duńskiej szczęśliwości, dowiaduję się z książki pt. Hygge autorstwa duńskiej aktorki Marie Tourell Soderberg. Autorka definiuje hygge jako umiejętność odczuwania szczęścia w drobnych przyjemnościach i twierdzi, że umiejętność ta, zdefiniowana przez Duńczyków, ma charakter uniwersalny. Marie w swojej książce nie podaje gotowych przepisów na osiągnięcie stanu hygge, jedynie służy przykładami z życia swoich przyjaciół, którzy opisują, w jaki sposób sami praktykują hyggeling. Na stronie 5 czytam: „[...] hygge jest czymś, do czego się dąży. Przypomina kompas, naprowadzający nas na chwile szczęścia, których nie da się kupić i dzięki temu odnajdujemy magię w codzienności”.
Kilkanaście lat temu moja córka przez dwa semestry studiowała w duńskim Arhus (drugie co do wielkości miasto tego kraju), a ja miałam dwakroć okazję pojechać tam do niej i przyjrzeć się z bliska Duńczykom i ich otoczeniu, stąd moje bardzo osobiste uwagi, wspomnienia, spostrzeżenia itp. W materiale tym wykorzystam także streszczenie fragmentów moich rozmów, które odbyłam internetowo z koleżanką mojej córki – Ewą Sorensen, Polką, która od kilkunastu lat mieszka w Danii, przeflansowała się na stałe na tamtejszy grunt i – jak wnioskuję z jej wypowiedzi o tym kraju – Dania stała się jej miejscem na ziemi. (Piszę „streszczenia fragmentów moich rozmów”, a nie jej wypowiedzi, gdyż pani Ewa poprosiła mnie, abym nie cytowała dosłownie nadesłanych do mnie tekstów, gdyż nie jest w stanie poświęcić czasu na dopracowanie ich formy. A zatem – będę streszczać wypowiedzi naszej rodaczki o podwójnym obywatelstwie, odwołując się do tego, co mi przekazała w kilku e-mailach).
Dzisiejsza Dania, onegdaj mocarstwo terytorialne rozciągające się od morza do morza, skurczyła się do malutkiego państwa, pozostając jednak potęgą gospodarczą – dochód narodowy przypadający na jednego mieszkańca należy tam do najwyższych w świecie. Ale źródłem szczęśliwości Duńczyków nie może być bogactwo – publiczne obnoszenie się ze swoim wysokim statusem materialnym uchodzi w Danii za przejaw grubiaństwa, prostactwa i nie jest praktykowane.
Zatem wjeżdżając na teren tego kraju swoim leciwym „żepotem” (tak nazwała kiedyś naszego poczciwego peugeota moja wnuczka), nie poczułam się parweniuszem; na autostradzie mijały mnie samochody średniej klasy, zaś na ulicach miasta musiałam uważać na licznych rowerzystów – od kilkuletnich berbeci po osoby w bardzo zaawansowanym wieku. Ba, dowiedziałam się, że nawet duńska królowa zwykła jest na co dzień poruszać się rowerem.
Pani Ewa Sorensen twierdzi, że Duńczycy, jeśli już decydują się na dyskusję o tematyce politycznej, to podchodzą do niej z rzetelnymi argumentami. (No cóż, u nas w Polsce na pierwszym planie są, niestety, emocje).
A są przeważnie rojalistami i chociaż królowa w Danii pełni w zasadzie tylko funkcję reprezentacyjną, to prawie wszyscy ją lubią, szanują i cenią – tak ją, jak i prawie całą królewską rodzinę. Prawie – gdyż Duńczycy nie lubią Henrika, męża królowej, który ma marzenie, by zostać królem. Często oficjalnie wypowiada się on na ten drażliwy temat, twierdząc, że jeśli jego żona jest królową, to i jemu należy się tytuł króla, a nie tylko księcia... Irytuje Duńczyków też tym, że po tylu latach przebywania w Danii ciągle nie potrafi poprawnie mówić po duńsku (pochodzi z Francji).
I tu drobna dygresja, dotycząca języka duńskiego. Pytam córkę, jak jej idzie nauka tego języka (zajęcia na uczelni prowadzone są w języku angielskim, więc na lekcje duńskiego może chodzić zupełnie dobrowolnie, bez przymusu). Hania twierdzi, że język duński jest dość trudny, w porównaniu z angielskim i niemieckim, ale skoro jest okazja, aby go się nauczyć, to czemuż nie?
Wsłuchując się w gwar ulicy czy w wypowiedzi lektorów TV, dochodzę do wniosku, że prawdziwe jest zasłyszane przeze mnie gdzieś kiedyś takie oto żartobliwe stwierdzenie, że język duński to jest właściwie niemiecki, tyle tylko, że mówiąc, należy napchać sobie do buzi gorących ziemniaków. (Zatem nie bardzo dziwię się księciu Henrykowi, że dotychczas nie opanował tego trudnego języka w stopniu zadowalającym. Rozumiem też poniekąd jego awersję do piastowania tytułu księcia duńskiego – wszak i Hamlet nim był, a wiadomo, jak skończył...)
Dorodni mężczyźni spotykani na ulicy mają czerwone, opite piwem twarze, rozgrzane w saunie (mnogość saun jest zaskakująca i pełnią one tam rolę swoistych pubów, w których życie towarzyskie splata się z ozdrowieńczym działaniem wysokiej temperatury). Młode Dunki, niezależnie od tuszy, paradują w dżinsach biodrówkach, świecąc gołymi, białymi brzuchami... Mój mąż prosi mnie, żebym koniecznie dała mu znać, jeśli ujrzę gdzieś jakąś dziewczynę czy kobietę, na której „będzie można oko zawiesić”. Po kilku godzinach bacznego rozglądania się dostrzegam filigranową czarnulkę mknącą na rowerze. Daję mężowi sójkę w bok, ale gdy dziewczyna nas mija, błyska ku nam przyjaźnie skośnymi oczkami Azjatki...

Piknik niedzielny. Jesteśmy w ogrodzie królowej, okalającym jej rezydencję w Arhus. Rozsiadamy się na miękkim trawniku, a duńskie rodziny, zanim rozłożą wiktuały przyniesione w koszykach, oznacza ją teren swojej biesiady flagietkami narodowymi. Wówczas jeszcze nie wiem, że oni wszyscy właśnie hyggeują (bo wówczas jeszcze nie wiem, że poznam to pojęcie dopiero za lat kilkanaście).
Nikt z dorosłych nie strofuje dzieci, ale muszę przyznać, że maluchy, choć dokazują z temperamentem przynależnym swojemu wiekowi, nie są dokuczliwe – biegają, śmieją się, ale niezbyt hałaśliwie. I tu znów informacja na temat duńskich dzieci, której udzieliła mi niedawno pani Ewa. Twierdzi ona, że w Danii dzieciom poświęca się bardzo dużo uwagi. Powszechne jest np. wspólne robienie wypieków nawet wówczas, gdy maluch liczy sobie zaledwie 2-3 lata. Powstający przy tym duży bałagan nie stanowi problemu, gdyż powszechna jest świadomość tego, że tylko w ten sposób można się czegoś nauczyć. Zabrudzone, ale naprawdę mocno zabrudzone ubrania dziecięce są na porządku dziennym, a Duńczycy hołdują zasadzie: brudne dzieci = szczęśliwe dzieci. Pozwala się im na przeprowadzanie wszelkich eksperymentów, ale pod jednym, przestrzeganym powszechnie warunkiem – muszą się szybko nauczyć mówić: dziękuję, proszę, przepraszam i nie przerywać, gdy dorośli rozmawiają. (Panią Ewę niepokoi preferowany ostatnio trend określany skrótowo jako curling parents. Polega on na tym, że rodzice troszczą się o dzieci tak bardzo, iż wyręczają je często prawie we wszystkim, gdyż powszechnieje przekonanie, że dzieci nie powinny doświadczać porażek... Aczkolwiek temat wychowania małych dzieci nie dotyczy mnie osobiście, to podzielam niepokój pani Ewy).
Pisze ona także, że duńskim dzieciom często się czyta książeczki, śpiewa się z nimi piosenki, dzieci są masowane, przytulane i śpią często u rodziców w łóżku, lecz nie na stałe, tylko podczas przyjacielskich wizyt w środku nocy...
I tu dodaje, że w Danii jest dużo rozwodów. Powszechne są tzw. patchworkowe rodziny – mama ma dwoje dzieci z jednym panem, a jak rozejdą się, to poznaje nowego pana, razem mieszkają i mają wspólne dziecko nr 3. W tym samym czasie pierwszy tatuś funduje sobie dziecko nr 3 z inną mamusią... i wszyscy się zbierają np. na imprezie urodzinowej i w zgodzie piją kawę...
Tacy właśnie są Duńczycy.
Pani Ewa wskazuje jeszcze na kilka charakterystycznych cech, różniących nas od Duńczyków. Twierdzi, że owe hygge jest bardzo powszechne. Wiąże się zawsze z przyjemnym nastrojem i z jakąś przyjemną czynnością do wykonania. A może nią być zarówno oglądanie telewizji, jak i chociażby porządkowanie szafy z ubraniami. W ramach hygge należy po prostu „wrzucić na luz” i poddać się przyjemnemu nastrojowi przebiegającej obok nas chwili. Uprawia się hygge głównie z rodziną, partnerem, z ludźmi bardzo nam bliskimi.
Ważnym elementem życia Duńczyka jest też planowanie. Nie ma tu w zwyczaju wpadania bez zapowiedzi na herbatkę, bo akurat jesteśmy w okolicy. Jeżeli czasami jednak nam się to zdarzy, to oczywiście będziemy mile widziani, lecz pani Ewa przestrzega, by w kraju Hamleta dwa razy takiego numeru nie wywijać.
Duńczycy są bardzo rodzinni, więc spotkania z przyjaciółmi, jeżeli ma się małe dzieci, są ograniczone do maksymalnie 1-2 wizyt w tygodniu (!) i odbywają się głównie poza domem. Ciężko jest znaleźć miejsce w restauracji w piątek wieczorem, jeśli się wcześniej nie zarezerwowało miejsca. O częstych wyjściach z domu decydują względy czysto praktyczne – nie trzeba sprzątać po gościach, więc można oddać się hygge na równych zasadach. Pani Ewa wnioskuje, że dobre warunki finansowe Duńczyków pozwalają im na to, a podwyższony standard życia ma pozytywny wpływ na odczuwanie szczęścia. W rodzinach duńskich nie trzeba „wiązać końca z końcem” i martwić się błahostkami. Obowiązuje zasada – zepsuła się zabawka? To nic, nic nie szkodzi, kupimy nową...
Reklamy przed sklepami pełnią rolę jedynie informacyjną, są stonowane w kolorystyce i formie, podobnie jak budowle wszelakie – zarówno gmachy firm, instytucji, jak i budynki mieszkalne mają fasady szare lub szaro-beżowe.
No i te ich okna – okna jak oczy pozbawione rzęs, bo pozbawione firanek i zasłon. (W sklepie z tkaninami, gdy zapytałam o firanki, pani sprzedawczyni przyniosła mi z zaplecza przykurzoną belkę tiulu). Idąc wieczorem ulicami Arhus, mimo woli zaglądam do wnętrz mieszkań usytuowanych na parterze – młoda dziewczyna, traktując włosy suszarką, śmieje się do mężczyzny pijącego piwo, starszy gość czyta gazetę, dzieci jedzą kolację. I ten pogodny spokój w twarzach, ten ich spokój oraz wszechobecny brak pośpiechu! I taka otwartość – jak chcecie, to sobie patrzcie w moje okno, a co mi tam! Pani Ewa twierdzi, że Duńczycy są bardzo uprzejmi, ale konsekwentnie bronią swojej prywatności i że zwykle ludzie nie przyjaźnią się w miejscu pracy. Mają imprezy firmowe, ale na tym się kończy zażyłość. (Trochę mi zgrzyta to stwierdzenie, gdy przypominam sobie, wystawione na widok publiczny życie codzienne Duńczyków, które mogłam obserwować, idąc wieczorem ulicami Arhus).
A w akademiku, gdzie mieszka córka, cicho i spokojnie nie jest. Weekend, a wraz z nim impreza suto zakrapiana piwem. Na stole królują wieprzowina i ryby, oprócz tego każdy przynosi to, co ma – owoce, pieczywo, słodycze. (Moją uwagę przykuwa położona na stole giętka, plastikowa rura, zakończona lejkiem. Po co to i do czego?) Towarzystwo międzynarodowe, oprócz Duńczyków zasiadają do stołu także uczestnicy programu Erasmus – Niemcy, Rumunka, Jugosłowianin z Serbii, Finka. Wszyscy młodzi porozumiewają się w języku angielskim, który w Danii jest powszechnie znany. Leci głośna muzyka, a przez nasz aneks kuchenny, w którym ucztujemy, przelatują z hukiem i dzikimi tańcami biesiadnicy z piętra wyżej. Część „naszych” dołącza do roztańczonego węża, ale po kilku minutach znów mamy przy stole komplet.
Dobrze, że dom opieki społecznej zlokalizowany na terenie miasteczka akademickiego znajduje się w pewnym oddaleniu od budynków zamieszkałych przez studentów. (Dowiaduję się, że w Danii powszechne jest przechodzenie ludzi starszych z mieszkań, przekazywanych do dyspozycji młodszym krewniakom, do luksusowo wyposażonych domów opieki społecznej, gdzie na miejscu jest lekarz, pielęgniarki, gabinety fizykoterapii, a każde z mieszkań składa się z pokoju, kuchni i węzła WC. Rodziców czy dziadków nie oddaje się w Danii do tych domów, oni po prostu, uznając to za kolejny etap swojego życia, przeprowadzają się tam sami, gdy jeszcze sił wystarcza im na przeprowadzkę, ale zaczyna już brakować energii do prowadzenia samodzielnej egzystencji. No cóż, wygląda to trochę inaczej niż u nas, albowiem i zakres świadczeń socjalnych w tym kraju jest nieporównywalnie wyższy niż w Polsce).
Ale wracajmy na imprezę. A ta rozkręca się, oj, rozkręca! Zakąski zostały spożyte, ale piwa jest jeszcze w bród. Muzyka dudni, a my tańczymy na blacie prawie pustego stołu, zaś rosła Lina – Dunka, studentka wychowania fizycznego, zachęca nas do skoków ze stołu wprost w jej rozpostarte ramiona. Na szczęście chłopcy, którzy mieszkają na piętrze mojej córki, są, jak na Duńczyków, dość drobni, więc i ich także Lina łapie jak skórzane piłki. A za chwilę dowiaduję się wreszcie, do czego służy owa rura, którą położono na stole przed początkiem imprezy. Jeden z Duńczyków, student medycyny, siada na taborecie, a trzej koledzy go obsługują – wstawiają mu rurę do gardła i leją przez lejek piwo wprost do żołądka... Rekord pobity, weszło pięć butelek. Truchleję, ale chłopak studiuje medycynę, więc chyba wie, co robi. (Dowiaduję się, że takie rury kupuje się u nich w sklepie na stoisku ze sprzętem AGD). Hmm, rozrywka, jak na mój gust wątpliwej jakości, ale może i ona też zawiera się w ramach swoistego hygge?...
W książce Marie Tourell Soderberg czytam wypowiedzi kilkunastu osób, które szczegółowo opisują swój sposób na hygge. Dziewięćdziesięciolatka, dama bardzo dojrzała, ale jeszcze na chodzie, z upodobaniem piecze bułeczki, które roznosi, w ramach wizyt dobrosąsiedzkich, do osób, które mają gorszą kondycję zdrowotną niż ona. (Czyżby poznała ich recepturę, dziecięciem będąc, i tak jej zostało?) W książce zamieszczony jest także przepis na owe bułeczki. (No cóż, to na pewno nie jest zdrowa przekąska, ale zapewne pyszna!)
Któregoś dnia, podczas mojej wizyty u córki w Arhus, postanawiam wybrać się na cmentarz, gdyż od dzieciństwa miejsce to mnie zawsze lekko i przerażało, ale i fascynowało. Uważam ponadto, że cmentarze wiele mówią o żyjących.
Miewam mieszane uczucia, widząc wręcz barokowe ukwiecenia na mogiłach naszych bliskich w Polsce, a cmentarz duński, ten w Arhus, przypomina mi nieco cmentarz amerykański, dość dokładnie pokazany w trzeciej części trylogii wyreżyserowanej przez Sylwestra Chęcińskiego pt. Kochaj albo rzuć. Dziwi mnie monotonia nazwisk wyrytych na płaskich płytach nagrobnych. Nazwisko bajkopisarza Hansa Christiana Andersena pojawia się tu aż kilkanaście razy!
Nagrobki otoczone są trawą, nie widzę tak powszechnych u nas wiązanek kwiatów czy wieńców. Pytam o to panią Ewę, a ona mi odpowiada, że Duńczycy odwiedzają grób bliskiej osoby jedynie w dniu jej urodzin, a Halloween czy Wszystkich Świętych nie jest obchodzone na cmentarzu...
Wybieramy się z córką na spacer za miasto. Cała Dania robi na mnie wrażenie szarej i chociaż jest już kwiecień, to zieleń także jest jakaś taka z lekka szarawa. Dlatego też naszą uwagę przykuwa widoczny z daleka bardzo, ale to bardzo kolorowy, rozłożysty krzew. Podchodzimy bliżej i ku naszemu zdziwieniu widzimy, że to, co wzięłyśmy za barwne kwiaty, to... kolorowe, dziecięce smoczki! Całe drzewko jest nimi upstrzone! Niektóre zdążyły już lekko sparcieć, ale niektóre są widocznie świeżo umocowane, bo kolor plastiku jest soczysty. Dzieje się to w epoce raczkującego internetu, wszechwiedząca ciocia Google jeszcze jest w powijakach, a że jest to dzień mojego powrotu do Polski, więc wyjeżdżam z brakiem odpowiedzi – co to takiego? Dopiero pani Ewa podczas naszej konwersacji na temat hygge, wyjaśniła mi, że drzewo smoczkowe jest w prawie każdym mieście. Jak dziecko jest odpowiednio duże, to robi się całą wyprawę do tego drzewa i zostawia się na nim wszystkie smoczki, a w zamian otrzymuje się jakąś miłą zabawkę. Sympatyczny zwyczaj, prawda?
I tu niespodziewanie dla siebie samej dowiaduję się, że są regiony naszego kraju, gdzie hygge, aczkolwiek nie nazwane tym terminem, jest powszechnie uprawiane! Pożyczam książkę o hygge autorstwa Marie Tourell Soderberg mojej młodziutkiej koleżance. Jagoda Lipka, bo o nią tu chodzi, zrobiła na UZ magisterkę z germanistyki, ale przyjechała do naszego miasta z licencjatem otrzymanym na koszalińskiej uczelni. No i ta młoda kobieta twierdzi, że mieszkańcy Koszalina i tamtych okolic uwielbiają robić sobie nastrój przy blasku świec, że zimnymi wieczorami popijają przy nich rozgrzewające herbatki, bo na Pomorzu zimno jest prawie zawsze, nie licząc kilkunastu słonecznych dni w roku... Zauważyła, że w Zielonej Górze jest o wiele bardziej pogodnie niż w jej mieście rodzinnym, więc też i te duńskie obyczaje powszechne, jak widać, wśród ludzi Północy, smaganych przez okrągły rok zimnymi wiatrami, są dla nas czystą egzotyką. Może elementy hygge są na tyle uniwersalne, że warto je czasami z siebie wykrzesać?
Zastanawiając się nad tym, dochodzę do wniosku, że moje hygge to na pewno poniedziałkowe poetyckie spotkania w „Deja vu”, dyskusje prowadzone z wnuczętami, gdy je kąpię, weekendowa poranna kawa ze spienionym mlekiem, rozmowy telefoniczne z „psisiulami”, takie o niczym.
Co jeszcze? Czy ja wiem? Może powinnam zwolnić tempo życia, wrzucić na luz, ale przecież pochodzę z kraju, gdzie cnotą najwyżej cenioną jest pokorne doświadczanie cierpienia. Zatem – czyż mi wypada być beztrosko szczęśliwą?
Ale chciałoby się czasem tak pohyggować... Czasami chciałoby się przynajmniej pobyć Dunką. Ale z gołym brzuchem nie będę nigdy paradować po listopadowej ulicy.

 

Halina Bohuta-Stąpel