Start Varia Wojciech Młynarski – prześmiewca uparty, czyli o piosenkach do czytania, a nie słuchania

Wojciech Młynarski – prześmiewca uparty, czyli o piosenkach do czytania, a nie słuchania

Tekst niniejszy powstał z inspiracji Wojciecha Młynarskiego jako wstęp do książeczki Jeszcze w zielone gramy wydanej w 1988 r. przez OTO KALAMBUR we Wrocławiu, w serii „Poeta pieśniarz”, której byłem redaktorem. Ostatecznie nie znalazł się w jej składzie, ponieważ poeta napisał parę zdań od siebie. Zdecydowałem się na jego druk dzisiaj, by dać spóźniony wyraz swego poparcia i uznania dla całokształtu twórczości Wojciecha Młynarskiego.

Kiedy w październiku 1980 r. Lucjan Kydryński, pisząc przedsłowie do pierwszej książki zbierającej utwory Wojciecha Młynarskiego, dziwił się, że dopiero teraz komentuje do druku autora od 20 lat występującego na estradzie, nie przypuszczał zapewne, iż jednocześnie otwiera niniejszym nową formę świadectwa obecności tego znakomitego pieśniarza. Książka, w przypadku artysty estradowego – niecodzienność i rzadkość, była w tym przypadku nie tylko spełnieniem życzeń i oczekiwań jego publiczności, lecz również zadośćuczynieniem poecie, którego w osobie Młynarskiego w tym momencie witaliśmy.
W pejzażu rodzimej twórczości rozrywkowej, popularnej piosenki, twórczość – jaką autor Polskiej miłości proponuje – wyróżnia się zdecydowanie. Z jej ogólnej bylejakości i miałkości wycina się ostro, wyraźnym konturem artystycznego poziomu i ważkością podejmowanej refleksji. Nie jest bowiem Młynarski zwykłym tekściarzem, jakich wielu, choć sam często siebie tak określa – mimo iż wcale nie śpiewa dla kameralnej widowni, z którą zwykliśmy kojarzyć tak zwaną piosenkę wysoką, ambitną. Śpiewa dla widowni masowej i to jej głównie zawdzięcza swą olbrzymią popularność. I rzeczywiście jest lubiany, a przynajmniej jeszcze do niedawna tak było, przede wszystkim przez tych, przed którymi śpiewa. Bo też im głównie dostarcza wzruszeń i radości, ale też tematów do przemyśleń i rozważań, w myśl zasady, jego własnej zresztą, że piosenka kabaretowa powinna prowokować do myślenia, lecz nie może go w żaden sposób zastąpić. A że ma nam do powiedzenia wiele, dowiódł nieraz i to nie zawsze z korzyścią dla siebie. Prawda bowiem w oczy kole, a naród, który sam się poniża i nie dorasta do miary, to naród, który dopomina się o szyderstwo. Lecz szyderstwo wcale nie musi być naśmiewaniem się z ludzi, może być próbą wartości i tak się najczęściej dzieje, kiedy wadzą się ze swoim narodem jednostki wybitne. Tak dzieje się również w twórczości Wojciecha Młynarskiego. To jego szyderstwo nie jest nihilistyczne, wartości unicestwiające – jest to szyderstwo prowadzone w imię wartości, czyli takie, które wstrząsa sumieniem i przywraca rzeczom właściwą miarę. Młynarski wszak nigdy nie chciał pogodzić się z twierdzeniem, lansowanym tu i ówdzie, w pewnych okresach, że bywają chwile, kiedy myślenie publiczne nie jest pożądane. Ten narodowy prześmiewca, ale i solidny uparciuch, za nic nie chciał z niego zrezygnować, nie chciał zamienić się w małpę i poddać się wykpionym przez siebie zaleceniom – „żadnych aluzji, a śmiech w narodzie, i o to jak najbardziej chodzi”.
Ten swoisty upór, który dzisiaj procentuje tak przednimi owocami, przysparzał mu często kłopotów z cenzurą. Młynarski, za cenę szerokiej obecności, pozostawał jednak wierny sobie. Satysfakcję sprawiał mu każdy wybroniony tekst, mimo tego iż nie mógł go zaprezentować na antenie radiowej czy telewizyjnej, a tylko przed gronem wielbicieli szczęśliwców, podczas – nielicznych zresztą – recitali. Z tego samego powodu, jak sądzę, zwlekano tym bardziej z edycją książkową jego utworów.
Na szczęście mamy już chyba ten okres za sobą. Vox populi i nie tylko zdecydował, że ten, o którym Stanisław Dygat pod koniec lat 60. pisał, iż jest najbardziej interesującym pisarzem w młodej literaturze polskiej, doczekał się wreszcie książek, ze swoimi satyrycznymi wierszami. 20-tysięczny nakład tomiku W co się bawić z 1983 r., przygotowanego dwa lata wcześniej, rozszedł się natychmiast. Czytelnicy byli usatysfakcjonowani i zadowoleni, ale gospodarz odbywającej się dwa lata później narady wydawców nie mógł im jeszcze tej książki wybaczyć. Cóż, należy się cieszyć, że wydawcy okazali więcej zdrowego rozsądku i dobrej woli, a czas pokazał, że racja była zdecydowanie po ich stronie. Pod koniec 1985 r. wyszła książka Róbmy swoje, która szybko doczekała się przychylnych opinii, po jednej i po drugiej stronie polskiej barykady. A dwa lata później ten wybitny artysta sztuki estradowej, jeszcze parę lat wcześniej oficjalnie pouczany, o czym ma pisać i śpiewać, został uhonorowany przez ministra kultury – nagrodą państwową I stopnia.
Obie książki udowodniły niezbicie, że Młynarskiego można nie tylko słuchać, ale że zajęciem równie fascynującym i pożytecznym jest czytanie jego strof i śledzenie w skupieniu, z dala od rampy sceny, jak zmaga się w swoim i naszym imieniu z otaczającą nas rzeczywistością, „coraz bardziej nas otaczającą”. Nie waham się twierdzić, że trzecia książka, zatytułowana Jeszcze w zielone gramy, którą oto szanowny czytelniku otwierasz, okaże się równie ważnym świadectwem kolejnego etapu twórczości autora W Polskę idziemy. Że dostarczy wielu czytelniczych satysfakcji. Będzie ona zarazem próbą pokazania drogi twórczej autora, bowiem obok utworów najnowszych zawiera teksty wcześniejsze. Zbiór ma charakter retrospektywny i obejmuje piosenki powstałe w latach 1968-1986. Zdecydowaliśmy się na taki ich układ właśnie również dlatego, by czytelnik miał okazję się przekonać, iż dawne teksty Wojciecha Młynarskiego oparły się z powodzeniem próbie czasu, do dziś nie utraciły swego uroku, zaś z perspektywy lat jeszcze bardziej intryguje ich trafność. Pisanie o autorze tak popularnym jest zadaniem szalenie trudnym. Młynarskiego znają w Polsce wszyscy i każdy ma na temat jego śpiewania wyrobione zdanie. Trudno wszak byłoby nie usłyszeć choć raz jego „kroniczki”, jak skromnie określa swą twórczość sam autor, która od z górą 20 lat towarzyszy naszym zbiorowym losom. W paru zdaniach zaledwie określę zatem, co zwróciło moją uwagę w jego działalności.
Wojciech Młynarski staje zawsze w obronie spraw najważniejszych, są to zwykle boje o wartości w naszych czasach nieustannie zagrożone. Najczęściej chodzi po prostu o prawdę, autentyczność istnienia, wolność i swobodę wyboru, o los innego człowieka. A wszystkie opisywane przezeń zjawiska poddawane są jednocześnie błyskotliwej i głębokiej analizie i jakże często zaskakują nas swoimi niespodziewanymi odkryciami. Mimo iż są to nierzadko piosenki satyryczno-refleksyjne, że pojawia się w nich ton i pełen bólu, i goryczy, zachowują one niebywały wdzięk, który zjednuje im nieprzerwanie coraz to nowych wielbicieli.
Wojciech Młynarski sięga w swojej wypowiedzi literackiej po elementy różnych stylów, uprawia z powodzeniem wiele rodzajów piosenki, by wymienić choćby: balladę, obrazek obyczajowy, „szlagwort”, śpiewany felieton czy warsztatowy pastisz. Bardzo często wszystkie te przedsięwzięcia dają znakomity efekt dzięki zaskakującym pointom. Ironia, autoironia, parafraza – to tropy, które uzupełniają ten bogaty arsenał środków wyrazu.
Wojciech Młynarski podczas recitali wszystkie śpiewane piosenki dokładnie umiejscawia w czasie i ma w tym swój cel. Honorujemy w książce ten jego zwyczaj. Fakt umieszczenia pod każdym tekstem daty jego powstania powinien umożliwiać ich czytanie chronologiczne i dodatkowo uwypuklać ich smaczki i przenikliwość, podkreślać celność diagnozy.
Nie ukrywam, że od lat należę do entuzjastów sztuki Wojciecha Młynarskiego. Oddaję ten tomik w ręce czytelników, życząc miłej lektury, z przeświadczeniem, że ich liczba znowu wzrośnie.

Wrocław, sierpień 1987

Wojciech Śmigielski