Jak Pan Bóg zjadł moją babcię

Chrrrup, chrrrup, chrrrup… – miarowe, monotonne, metodyczne.
Chrrrup. I ostatnia trzepocząca, kosmata nóżka ofiary znika w różowym pyszczku, za rzędem lśniących kłów drapieżnika. Kot jest łaciaty jak krowa i wielki jak krowa, no może jak cielę. Mruczy. Zawsze mruczy po udanym polowaniu, głośno jak elektryczny silnik. Zawsze mruczy po tym, jak kolejna przywleczona z parapetu za oknem ćma chrupie mu w mordce. Poluje na nie pasjami w jakiś zadziwiający, sobie tylko znany sposób. Siedzi w mroku za oknem bez ruchu i wykonuje tylko nieznaczne – kłap! Zaczynam podejrzewać, że wabi je odblask w kocich oczach. Maciuś. Chyba już piąty Maciuś, ale najbardziej charakterny. Kot jest jedynym ruchomym elementem w tym dryfującym pokoju- -arce zawieszonym w jakimś praczasie nieulegającym żadnym zmianom i przesunięciom. Nawet powietrze tu jest inne niż gdziekolwiek. Nawet światło, padając przez szydełkową firankę, filtruje się w jakiś miękki film na skórze starej komody i tylko tu jest właśnie takie. Czasem myślę, że całe moje poczucie bezpieczeństwa opiera się na niezmienności tego pokoju. Na tym, że plastikowa Matka Boska do wody święconej, z odkręcaną koroną stoi zawsze za paprotką, a zdjęcie papieża, które kiedyś podlałam zamiast niej, przed. Że przywieziony ze Lwowa obtłuczony wazonik z miśnieńskiej porcelany, anioł z połówką skrzydła, poniemiecka makatka z bukietem jedwabnych róż, wyszytym pieczołowicie przez jakąś pracowitą frojlajn, bukiet owsa, gdzie każde ziarenko na gałązce owinięte jest osobnym sreberkiem z papierka po maśle ekstra śmietankowym, ustawiony przed Matką Boską Częstochowską, to boje wyznaczające granice azylu. Na masywnej sieniowej szafie moje malunki woskowymi kredkami sprzed dwudziestu lat, w dolnej szufladzie album z przedwojennym światem udrapowanym blaszanymi klipsami w gustowne fale. Świat kobiet o porcelanowych twarzach, mężczyzn w garniturach i lnianowłosych dzieci, z których tylko moja matka przemknęła się w napuszonym od gęsiego puchu becie poza rok 1945. Przy albumie jest wyprawka na cmentarz. Brązowa sukienka, brązowe buty, chustka, pończochy. Babcia twierdzi, że czerń jest zarezerwowana dla księży i zakonnic. Siedzę na krześle. Na tapczanie się nie siada. Na tapczanie jest pierzyna, na pierzynie poduszki, na poduszkach kapa, na kapie serweta, na serwecie lalka w dzierganej z wełny falbaniastej biało-czerwonej sukni. Tak było, jest i będzie. Układanie pościeli w skrzyni tapczanu to fanaberia. Na tapczanie siadam tylko wtedy, kiedy zalewam się łzami, bo jestem głęboko nieszczęśliwa. Babcia siada obok, głaszcze mnie po głowie i mówi:
– Toż to nie jest żadny niszczęście… Jak bomba na dom spadnie i ludzi pozabija to to tak, a tak ni ma czegu płakać – życie ani do płaczu, ani do śmiechu, tylko do przyjęcia. Modlić się trzeba, Margosia, modlić.
Tysiące razy wyobrażałam sobie, jak wkraczam do tego matriksa i oznajmiam:
– Babciu, jestem w ciąży... Babciu, mam AIDS... Babciu, zostały mi dwa tygodnie życia... – i słyszę nieodmienne:
– Toż to nie jest żadny niszczęście…
I faktycznie te moje nieszczęścia jakoś nie dawały rady dorównać bombie i rozwiewały szybko, choć jakoś obywały się bez modłów.
Szur, szur, szur – filcowe kapcie trą o wykładzinę na przedpokoju. Babcia w nieśmiertelnym, stylonowym fartuchu niesie kubek w różyczki z rumiankiem. Kocham kubek w różyczki i te dwa białe bez różyczek też. Te tam, co stoją przed zmatowiałym lustrem. W jednym jest woda z cukrem do zaczesywania na gładko doskonale okrągłego koka na czterech szpilkach, a w drugim nocują zęby… Ten koczek i okulary w grubych ciemnych oprawach z lat 60. to chyba moje pierwsze wspomnienia. Babcia to wszystko, co pierwsze: pierwsze piosenki, moje pierwsze kroki, pierwsze słowa. Zawsze była najbliżej. Trochę trudna z tą swoją szorstko wrażliwą naturą bywalczyni obu światowych wojen, choleryczna, pyskata, czasem boleśnie za szczera, z głową pełną wiedzy, której nie dają żadne szkoły, a tylko długie, pokręcone życie. Uczyła nazw kwiatów, pieczenia drożdżowych bułek, dziergania szalików. Robienia alchemicznych, czarownych konfitur z czereśni smażonych i studzonych dziesięć razy, śpiewania litanii i trzaskała po łbie kuchenną ścierką za co ważniejsze zasługi.
Właśnie po to tu jestem. Po oprotestowaniu, że – owszem – mogę poczytać, ale śpiewać to nie ma mowy, mam robić za księdza, czytając litanię loretańską. Chciałam się wykręcić. Kupiłam jej radiomagnetofon i nagrałam na kasetę wszystkie niezbędności. Nie przeszło – to to jeszcze prądem kopnie. Babcia nie widzi liter. W ogóle nie widzi lewym okiem. Guz powoli poszerza wielkość opatrunku, który jeszcze rok temu był małym plasterkiem, a dziś bandażami na prawie pół twarzy. To niezłośliwy guz, ale żaden lekarz nie zoperuje dziewięćdziesięciopięciolatki, żeby sobie nie spieprzyć statystyk. Zapach rivanolu i innych niezidentyfikowanych medykamentów coraz bardziej drażni nos. Babcia znika. Z każdą moją wizytą jest jej mniej. Najpierw przeźroczyścieje i staje się krucha jak chińska filiżanka. Potem nasyca się światłem, które prześwitywać zaczyna przez pergaminową skórę. Na koniec zaczyna drogę powrotną, rozmawia ze zmarłymi dziećmi, matką, ciotką i staje się małą, chorą dziewczynką pod olbrzymią pierzyną, a potem nieruchomą lalką, która przez lata siedziała na szczycie tapczanowych betów.
Nie mogę uwierzyć w nieistnienie człowieka, który trzyma mnie za rękę, nie mogę uwierzyć w nic.
Chrrrup, chrrrup, chrrrup – marcowy, jeszcze lekko zmrożony żwir trzaska o sosnową trumnę. Trzaska i chrzęści gdzieś między zwojami w samym środku mózgu. Nie ma już nikogo – kopczyk. Grabarze trzaskają łopatami, a najgorliwszy zaczyna butem przydeptywać wkoło miejsca na osadzenie drewnianej ramy. Pomiędzy zażwirowanymi synapsami pęcznieje we mnie krzyk:
– Nie depcz po mojej babci, skurwysynu!
Czuję, jak powietrze się zatrzymuje. Kilkadziesiąt zgorszonych spojrzeń wbija się we mnie jak szpilki w laleczkę voodoo. Dużo ich. Załatwiła sobie frekwencję jeszcze za życia szantażem. Obiecała zostać nocną zmorą nieobecnych. Przy jej charakterku woleli nie sprawdzać. Wycofuję się jak osaczone zwierzę, patrząc w oczy pierwszej z brzegu, zgorszonej ciotce. Dopiero w alei zauważam, że ludzie w tym roku na grobach oprócz bukietów z bazi i sztucznych żonkili, obok pękatych plastikowych zniczy w kształcie pisanek, rozkładają grające, wielkanocne kartki. Teraz, z każdej strony dociera do mnie ich metaliczne brzęczenie, które powoli zmienia się we wszechobecny pomruk. Mruczenie zadowolenia po udanym polowaniu, głośne jak elektryczny silnik.

Małgorzata Stachowiak-Schreyner