Kto naprawi moją maszynę do pisania?

Maszynę do pisania kupiła mi matka, gdy miałem czternaście lat. Wzięła wypłatę za mleko i przytargała na plecach z Ostrowca Świętokrzyskiego ciężkiego Łucznika. Zamierzałem na niej przepisywać napisane w opasłych brulionach dwie książki – „indiańską” powieść Złamana Strzała (o wojowniku z plemienia Sauków) oraz przewodnik encyklopedyczny Historia i kultura ludów Ameryki Północnej. Ostatecznie, mimo sympatii dla Indian, uznałem oba dzieła za słabe i ich grube bruliony przez długi czas służyły mojej matce za podpałkę pod piecem. Przez jakieś dwa lata maszyna stała bezużytecznie. Niespodziewanie w drugiej klasie ogólniaka zacząłem na niej pisać wiersze. To trwało do matury. Dzięki pomocy finansowej dyrektora mojego liceum wydałem nawet dwa tomiki poezji pod tym samym tytułem – Mroczny krajobraz, do których się obecnie nie przyznaję. Pierwsza edycja (1996) tak mi się nie spodobała, że zakopałem kilkaset egzemplarzy w ogrodzie (pociąwszy je wcześniej łopatą) i zasiałem na nich kwiatki. Polecam taki krok wszystkim początkującym poetom, po czymś takim można poważnie przemyśleć swoją przyszłą drogę twórczą. Drugie wydanie (1997) zostało kompletnie zmienione, ale także mnie nie usatysfakcjonowało, więc mimo kilku niezłych recenzji oddałem zbiorki dyrektorowi szkoły – sprzedawał je potem jako cegiełki na rozbudowę naszej placówki. Podobno całkiem dobrze się rozchodziły, ale ten poetycki etap w swoim życiu oceniłem bardzo krytycznie w powieści Niech żyje wolność.
Wydawało się, że pieniądze za mleko matka wyrzuciła w świętokrzyskie błoto. Jednak do pisania na maszynie wróciłem na pierwszym roku studiów prawniczych, właśnie podczas pracy nad powieścią Niech żyje wolność. Zanim została wydana, przepisałem ją w całości sześciokrotnie, a niektóre rozdziały- opowiadania nawet dwudziestokrotnie! To trzaskanie w klawisze tak mnie wciągnęło, że przez cały drugi semestr nie zajrzałem na wydział. Profesor od prawa rzymskiego zadał mi na egzaminie komisyjnym jakieś proste pytanie, a ja powiedziałem: „Pisz pan tę dwóję szybciej do indeksu, bo mam świetny pomysł na opowiadanie”. Popatrzył na mnie jak na idiotę i wpisał dwójkę, a ja pobiegłem na stancję, siadłem do maszyny i napisałem tytułowe opowiadanie z mojej debiutanckiej książki. Wyrzucili mnie z prawa z hukiem. Z Chmurołapem i Scyzorykiem było podobnie – książki zostały przepisane pięciokrotnie. Zawaliłem z tego powodu studia polonistyczne we Wrocławiu. W dodatku usłyszałem od pani dziekan, że filologia polska to nie jest szkółka dla początkujących pisarzy, co mnie przybiło do tego stopnia, że rozważałem studia na wrocławskiej AWF. Zamiast tego wyjechałem do Francji. Na maszynie sporządziłem w 2005 roku trzy pierwsze redakcje księgi czwartej i piątej cyklu Księstwo, o Polakach we Francji, które zamierzałem wydać w 2012 roku. Pisząc je, niczego nie zawaliłem, bo już nic do zawalenia nie było.
Niestety, od końca 2005 roku maszyna zaczęła się systematycznie psuć. Najpierw zrobiło się coś z „kołowrotkiem”, który przewija taśmę, potem urwała się literka „B”, wreszcie zaciął się wałek przewijający kartki. Raz speca do jej naprawy znalazłem w Lublinie, raz w Kielcach, raz w Krakowie. Specjaliści już się tym nie zajmują – wymarli jak przedstawiciele jakiegoś rzadkiego gatunku. Gdy pod koniec 2006 roku maszyna zepsuła się ponownie, już nie miał jej kto naprawić. Odstawiłem ją do kąta jako relikt z innej epoki i zdecydowałem się na kupno laptopa. Zwłaszcza że urodził mi się syn i nie mogłem w domu hałasować. Na początku 2007 roku napisałem na laptopie pierwszą wersję scenariusza filmowego Jezus na prezydenta!. I co? Niestety, chyba nie jest to mój najlepszy tekst. Kiedy w połowie 2010 roku przerobiłem scenariusz na nowelę filmową i wydałem w „Ha!arcie”, recenzje były druzgoczące, jedyna dobra ukazała się w „NIE”. Powód? Pierwsza wersja tekstu wyszła zbyt pięknie. Gdy pisałem na maszynie, nie raz musiałem przepisać całą książkę, żeby poprawić jeden akapit. Przepisanie 10 stron zajmowało mi zwykle cały dzień, może dlatego, że potrafię pisać tylko dwoma palcami, po jednym u każdej ręki. To była ciężka fizycznie robota. Aż zaczęły mi się robić zwyrodnienia nadgarstków od trzaskania w klawisze. Niekiedy w ogóle nie mogłem z tego powodu pisać. Ten morderczy wysiłek był jednak konieczny. Dokonując kolejnej redakcji, przerabiałem gruntownie całe partie książek. Bardzo lubiłem pisać na odwrocie zapisanych wcześniej kartek. Zwłaszcza, jeżeli były to wezwania sądowe, listy komornicze, niezapłacone rachunki. O tak, do pisania na nich miałem szczególną motywację. Znajdowałem też potem chęć, żeby to jeszcze raz przepisać i zniszczyć wreszcie nieudolną pierwszą wersję wraz z wypocinami wszelkiej maści urzędasów. Miałem wrażenie, że dzięki temu dokonuję podwójnej korekty – i tej stricte pisarskiej, i tej życiowej.
A co się stało z moją maszyną do pisania? Zbyt wiele ważnych wspomnień się z nią wiązało, żeby ją bezceremonialnie wyrzucić na śmietnik. Pamiętam, jak woziłem ją autostopem na plecach z Wrocławia do Kielc i z powrotem, i nie miałem już siły jej nieść. Siedziałem czasem razem z nią w przydrożnym rowie i była moją jedyną towarzyszką podróży. Była także jednym z nielicznych mebli w ponurej suterynie, którą wynajmowałem na ulicy Zana w Lublinie. Jej stukot wypełniał całą kamienicę, aż w końcu jej właściciele kazali mi się stamtąd wynieść. We Lwowie, w wakacje 2001 roku użyłem jej jako narzędzia walki – rzuciłem nią w pewnego Ukraińca, zazdrosnego o swoją dziewczynę. No i jest jedyną pamiątką po mojej zmarłej w 2005 roku matce. Gdyby nie kupiła mi tej maszyny za krowie mleko, nie byłoby mnie jako pisarza.
Gdy się urodził Wiktor, pisało mi się trudniej. Było nawet tak, że musiałem się zamykać przed nim w kiblu, żeby pisać. Wtedy brał śrubokręt i groził, że odkręci wywietrznik i tamtędy się do mnie dostanie.
Maszynę trzymam pod moim biurkiem, na którym zwykle stawiam laptopa. Kiedy mój syn miał siedem-osiem miesięcy i już próbował chodzić, zaczął się nią bawić, uderzając rączkami w klawisze. Teraz Wiktor ma cztery lata i, jak wstanie rano, idzie na niej trochę „popisować”. Przestraszyłem się nawet, że zostanie pisarzem! Zacząłem go wypędzać na boisko, na bieżnię. Na boisku radzi sobie bardzo przyzwoicie – już teraz zna tricki, które ja opanowałem, będąc dużo starszym. Na bieżni też jest nieźle – podczas czerwcowego XIX Biegu Solidarności w Lublinie zajął drugie miejsce w biegu na 150 metrów, kategoria „Bobasy”. Pogratulowałem mu sukcesu, gdy stał na pudle, a on na to: „Tato, przecież to była dla mnie bułka z szynką”. Pewność siebie, którą ja osiągnąłem koło trzydziestki. Ale czy pewność siebie w przypadku pisarzy w ogóle jest możliwa?
Niedawno Wiktor przeprowadził na mojej starej maszynie do pisania eksperyment. Postawił ją na środku mojego gabinetu i nasikał do środka. Chciał sprawdzić, czy to nocnik. Wystraszyłem się, że to symboliczny kres mojego pisania. Może jednak ktoś będzie potrafił ją naprawić?

Zbigniew Masternak