Diagnozy, ale bez prognoz

Do napisania tych słów zainspirował mnie szkic Roberta Rudiaka zamieszczony w poprzednim numerze „Pro Libris”. Autor postawił sobie bardzo ambitne zadanie. Ukazać kondycję środowisk literackich w województwie lubuskim, rangę ich twórczości, jej perspektywy w dość długim, bo kilkudziesięcioletnim, okresie. Jest to zatem tekst z pogranicza lubuskiej (jeśli taka istnieje) historii literatury, socjologii, no i najbardziej dyskusyjnej – futurologii. A więc diagnozy i prognozy. Na marginesie, Rudiak dotknął kilku ważkich problemów natury ogólniejszej.
Książka, w co dziś nikt nie wątpi, ma potężną konkurencję, więc, niestety, jej czytelnictwo spada. Edytorsko najczęściej na dobrym poziomie jest przede wszystkim droga. Nawet podręczniki szkolne są u nas relatywnie droższe niż np. w Niemczech. Kto ma pieniądze, ten się raczej o książkę nie upomina. Ceni inne dobra. Wielu czytelników, których na książkę po prostu nie stać, na szczęście korzysta z bibliotek, które znowu stają się także miejscem spotkań towarzyskich. Z książką konkuruje telewizja z setkami różnorodnych programów. Prasa adresowana do różnego odbiorcy. Wybór ogromny. No i potężny internet z ogromnymi możliwościami popularyzowania literatury. Trzeba jednak mieć nadzieję, że żywot książki papierowej nie zakończy się w naszym wieku.
Literatura lubuska, powracam do szkicu Rudiaka, to niezbyt udany, ale innego nikomu nie udało się wymyślić, synonim twórczości autorów zamieszkałych na Środkowym Nadodrzu, albo swego czasu z tym regionem ściśle związanych. Nie ma literatury lubuskiej, krakowskiej, warszawskiej. Literatura polska jest, jak wiadomo, jedna. Dobra lub zła, jeżeli w przypadku złej w ogóle można mówić o literaturze. I nie ma znaczenia, gdzie powstała lub powstaje. Wiele wybitnych dzieł napisano poza granicami Polski, żeby tu przywołać arcyważny dorobek literacki Wielkiej Emigracji. W naszych czasach także tak się działo. Wystarczy przypomnieć dzieła Miłosza, Gombrowicza, Herlinga-Grudzińskiego czy Mrożka. Kto pisze po polsku, gdziekolwiek by mieszkał, współtworzy literaturę polską. Także czytelnikowi jest obojętne, gdzie napisano daną rzecz. W Warszawie, Gorzowie czy w Zielonej Górze. Oczywiście, jako długoletni mieszkaniec Zielonej Góry, miałbym satysfakcję, aby w regionie lubuskim powstawały same arcydzieła literackie. Ale marzy mi się również pierwszoligowa siatkówka, piłkarska ekstraklasa, których prawdopodobnie w najbliższych latach nie będzie i z tej przyczyny nic się złego nie stanie.
Jeżeli iść tropem rozważań Rudiaka o regionalnych korzeniach literatury polskiej, to warto wiedzieć, że z naszego województwa wywodzi się urodzona i ucząca się w Sulechowie wybitna pisarka Olga Tokarczuk. A sławna dziś Papusza swoje wiersze napisała w Żaganiu i Gorzowie Wlkp. Ale ten fakt zwykle pomija się w entuzjastycznych recenzjach fabularnego filmu o Papuszy. Nie mam wątpliwości, że po latach o naszym środowisku zaświadczać będzie owe kilkanaście wierszy – pieśni tej cygańskiej, romskiej poetki, które polszczyźnie przyswoił Jerzy Ficowski. Wierszy, za które Papusza tak wiele zapłaciła.
Z lubuskim środowiskiem związani byli nieżyjący już prozaik Zygmunt Trziszka oraz Andrzej K. Waśkiewicz – poeta, krytyk literacki, eseista, redaktor „Nadodrza”. To pisarze znaczący nie tylko w swoim pokoleniu.
Rudiak z matematyczną dokładnością obliczył średnią wieku lubuskich autorów. Jest ona wysoka, co – mówię przede wszystkim o sobie – tzw. seniorów wpędza w melancholię i przygnębienie. Zastanówmy się jednak, czy wiek twórców, nie tylko pisarzy, ale wszystkich, ma jakieś znaczenie. Jedni swoje najlepsze utwory napisali w młodości. Drudzy w wieku dojrzałym. A jeszcze inni w późnej starości – Staff na przykład, czy twórczy do ostatnich dni swego długiego życia Jarosław Iwaszkiewicz. Oni byli jak wino. Fenomeni. A tacy trafiają się rzadko.
Nie mam wątpliwości, że Sobkowiak, Warszawski, Kurzawa, Markiewicz, Werstler czy Jolanta Pytel swoje najlepsze wiersze napisali po pięćdziesiątce. I z pewnością nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. A prozaik Alfred Siatecki literacko się rozpisał, kiedy przeszedł na dziennikarską emeryturę.
Zwykle najbardziej aktywne jest pokolenie średnie. W naszym regionie reprezentowane przez Krzysztofa Fedorowicza, Jacka Katarzyńskiego i Roberta Rudiaka z Zielonej Góry, Beatę Patrycję Klary z Gorzowa Wlkp. czy Adama Bolesława Wierzbickiego spod Lubska, od którego niedawno otrzymałem tomik bardzo udanych wierszy. To jedynie niektóre nazwiska. Ich lista jest dłuższa, podaje ją Rudiak. O najmłodszych nie piszę, bo to temat na pracę magisterską.
Dobrym pomysłem jest coroczne ogłaszanie przez zielonogórską bibliotekę wojewódzką i wydawnictwo Pro Libris konkursu na książkowy debiut poetycki autorów związanych z województwem. Proponowałbym konkurs ten powiększyć o debiut prozatorski (zbiór opowiadań, powieść, szkice literackie). I marzą mi się nagrody dla laureatów przynajmniej tak wysokie, jakie przyznaje się na Festiwalu Piosenki Rosyjskiej w Zielonej Górze.
Jeżeli literaturę traktujemy serio, a nie jako jedynie zabawę w towarzyskim gronie, na przysłowiowych imieninach cioci, to podlega ona tylko jednemu wysokiemu kryterium… Nie stosuje się taryfy ulgowej wobec autora tylko dlatego, że mieszka on w małej mieścinie. Albo że jest bardzo stary. Czasem wybacza się młodziutkiemu debiutantowi, bo trzeba mu dać nieco czasu, aby się rozwinął. Nagromadził doświadczeń, nabrał wiedzy. Stąd twierdzenie, że o randze autora decyduje jego druga książka.
Rudiak, do czego ma takie prawo, twierdzi, że „na pogorszenie stanu naszej literatury wpływa, niestety, szybko rosnąca skala wieku aktywnych literacko pisarzy oraz coraz mniejsza liczba ukazujących się książek lubuskich autorów, jak też coraz niższy ich walor artystyczny”. Jest to teza bardzo dyskusyjna, o czym częściowo napisałem wyżej. Czy mamy regres w twórczości literackiej w regionie? Mam co do tego wątpliwości. Może na starość mój krytycyzm po prostu stępiał. Jeżeli starzy, o których pisze Rudiak, naturalną koleją losu nieco spasowali, to wciąż przecież pojawiają się nowi autorzy, jak chociażby wspomniana Beata Patrycja Klary, laureaci konkursów na książkowy debiut poetycki czy Krzysztof Koziołek, najmłodszy wiekiem i stażem członek ZLP w Zielonej Górze.
Pisanie a przynależność do organizacji literackich, co tak akcentuje autor szkicu, to dwie odrębne kwestie. Pisarzem można być, nie należąc do żadnego stowarzyszenia. Albo nie być, należąc do kilku. „Młodych nie ma w organizacjach pisarskich z dwóch praktycznie powodów – stwierdza Rudiak i tu należy się z nim zgodzić – [...] Wolą z jednej strony pozostać niezależni, a z drugiej doskonale wiedzą, że tak naprawdę, przynależność nie daje żadnych korzyści materialnych, poza iluzoryczną, niestety, nobilitacją społeczną”. Dodałbym jeszcze trzeci powód. Niektórzy organizatorzy nieprzeliczonych dziś konkursów literackich zastrzegają, że nie mogą w nich uczestniczyć członkowie związków twórczych. Więc nie warto tracić okazji do zarobienia kilku złotych.
Rudiak zauważa, że „wiele obiecujących poetyckich efemeryd” zadowoliło się wydaniem jednej, rzadziej dwu książek, i zamilkło. To jest w tym środowisku normalne i chyba odwieczne. Gdzieś czytałem, że co piąty debiutujący jako poeta czy prozaik w prasie lub radiu wydaje samodzielną książkę. Ma to aspekt nie tylko materialny związany ze zdobyciem funduszy, z pozyskaniem sponsorów, ale także, może nawet większy, psychologiczny. Młody człowiek czeka na swój debiut, jak na coś niesamowicie ważnego w swoim życiu. Książka się ukazała i nic. Nic się na tym świecie nie stało. Nic się nie zmieniło. A przecież wydajemy nie tylko, by zaspokoić swoją literacką próżność, ale z nadzieją, że to, co piszemy, ma jakąś duchową, estetyczną, powiedziałbym, wręcz energetyczną wartość. Że po przeczytaniu tej książki ludzie staną się zwyczajnie lepsi. A świat złagodnieje.
Najciekawsze w szkicu Rudiaka wydały mi się jego refleksje na temat zaniku dotychczasowych form życia literackiego w regionie, które przynosiły niezbędny ferment. Podnosiły temperaturę. Przyhamowały swoją działalność już i tak nieliczne, miniaturowe oficyny wydawnicze poza rozwijającym się, profesjonalnym wydawnictwem Pro Libris. Nie organizuje się spotkań literackich na żadnej z czterech naszych wyższych uczelni, w szkołach, bardzo rzadko lubuskiego literata zapraszają biblioteki. Z bibliotek powiatowych, miejskich i gminnych jedynie Biblioteka im. Eugeniusza Paukszty w Kargowej od lat współdziała z naszym środowiskiem. Nawet Biblioteka Miejska w Żarach, niestety, z braku funduszy w tym roku nie zorganizowała tradycyjnych majowych spotkań literackich. I to co zauważa Rudiak – bardzo mało młodzieży na imprezach literackich. Niemal zanikł tradycyjny studencki ruch literacko- -artystyczny. W jego miejsce, co można uznać za światło w tym tunelu, za novum ostatnich lat, na Uniwersytecie Zielonogórskim grono studentek i studentów, kierowane przez prof. Małgorzatę Mikołajczak, zajmuje się historią i problematyką literatury lubuskiej. Ocenia ją i upowszechnia poprzez wydawnictwa, wystąpienia na sesjach naukowych czy poprzez pisanie prac magisterskich. Taka działalność nawet w większych niż nasz ośrodkach nie zawsze jest praktykowana...
„Czy zatem nadchodzi kres twórczości literackiej w wykonaniu lubuskich pisarzy – zapytuje Robert Rudiak – Pewnie jakiś zmierzch napływa”. Jest to teza również bardzo ryzykowna. W twórczości, nie tylko literackiej, każdej, liczy się tylko i wyłącznie jakość. Tutaj ilość nie przechodzi w jakość, chyba że w tej ilości pojawi się wielki talent. A wielki talent to prawdziwa rzadkość i na jego pojawienie się nie mamy żadnego wpływu. Kto nie posiada autentycznego talentu literackiego, nie zostanie wybitnym pisarzem. Instytuty, szkoły pisarskie, warsztaty literackie uczą co najwyżej techniki, obróbki tekstu, który trzeba samemu w samotności napisać. Wyrzucić z siebie. Tu nikt nikomu, tak jak w wierszu Leśmiana, nie pomoże. Rudiak z pewnością ma rację, że w naszym komercyjnym społeczeństwie, gdzie główną wartością jest pieniądz, młodzi nie chcą podejmować trudu, który rzadko kończy się sukcesem. Ale należy wierzyć, że może nawet jutro także w naszym regionie pojawi się wysokiego lotu pisarski talent. I napisze te kilka stron, które pozostaną w literaturze.
Czas jest okrutny, bo bez naszej woli i przyzwolenia szybko upływa. Jest okrutny nie tylko dla nas, ludzi, ale również wobec naszych prac. Twórczość literacka starzeje się szczególnie szybko. Wiele książek jeszcze niedawno nagradzanych, tłumaczonych, dziś już nie jest do czytania. To literacka archeologia. Papierowy kurz. Biblioteki to także ogromne magazyny makulatury. Nie wstydźmy się do tego przyznać. Czesław Miłosz twierdził, że na pięciuset piszących w historii literatury zdoła się zapisać jeden. Sądzę, że i tak był bardzo wyrozumiały. Życie, i dlatego jest ono takie potężne, nie znosi próżni. Na miejsce jednych pisarzy natychmiast przychodzą inni, młodzi. Trudno sobie wyobrazić, żeby pisarstwo kiedykolwiek zanikło. Także to uprawiane w regionie lubuskim.

Janusz Koniusz