Odpowiedź

Przyznam, że z mieszanymi uczuciami przeczytałem tekst Roberta Rudiaka o słabnącej kondycji lubuskiego środowiska literackiego. Bo czemu niby ma służyć? Diagnoza ogólna może i nie jest pozbawiona jakichś racji, można z wieloma konstatacjami się zgodzić, ale to raczej każdy z nas widzi. Rzeczywistość okołoliteracka się zmienia i na nowo trzeba na nią reagować, sobie z nią radzić. Jeśli powstanie wielkie dzieło, to mimo trudności na pewno zostanie wydane. Ale czy takowe powstanie, to już inna rzecz. Oczywiście instytucje powołane do określonej roli nie zawsze należycie ją pełnią, z jakichś powodów. Pisarz może się temu dziwić i nad tym ubolewać, bo jego sytuacja ulega pogorszeniu. A poza tym jesteśmy dość głęboką prowincją, przeciętnością, i ta dyskusja to trochę jak mieszanie w szklance herbaty, a od tego jak wiadomo herbata słodka się nie zrobi. Więc i te wyliczenia liczbowe nie robią najlepszego wrażenia. Już lepiej poczytać paszkwilancki Mój alfabet Zenona Łukasiewicza, który obnaża niektóre przyczyny lokalnej mizerii. W numerologii wyliczenia są podstawą, w pisaniu o literaturze mogą dać fałszywy obraz. No bo co ma tu do rzeczy np. wiek pisarza? Czy gdyby młodzi się pojawili tłumnie, to znaczyłoby, że jest dobrze? Że będą programy, ruchy pokoleniowe? Już ten czas za nami. Nic by nie znaczyło, poza tym, że są następcy, którzy podejmą próbę literacką, a ta niekoniecznie musi wnieść coś nowego, poza faktem socjologicznym, statystycznym, poza zaistnieniem kilku nowych nazwisk. O socjologię w literaturze jednak nie chodzi. Takie stawianie na młodych samo w sobie nie jest złe, trzeba dawać szansę, promować, stosować na początek kryteria ulgowe, ale to jeszcze nie załatwia sprawy żywotności literackiego środowiska. I nie może być argumentem przeciw „starym”. Zresztą młodzi pojawiają się. Odpowiem Rudiakowi. Przez wiele lat Wydawnictwo „And” drukowało niemal wyłącznie młodych, debiutantów, często autorów wyszukanych najpierw przez Czesława Markiewicza, systematycznie promującego swoje literackie znaleziska i wynalazki, w „Radiowych Książkach Poetyckich”, o których, jak słyszałem, głoszono same superlatywy. No i co, gdzie są dzisiaj ci twórcy? Poeci. Pojawili się, czy poszli dalej? Może jedno, dwa nazwiska dałoby się przywołać. I pewnie będą przywołane. Po innych śladu nie ma. Oczywiście nie zarzucam niczego Markiewiczowi, robił, co mógł, nadal robi, a poetyckie audycje radiowe są jak najbardziej potrzebne. Dalej. Jaki wysiłek i obfity dorobek edytorski jest udziałem Stowarzyszenia Jeszcze Żywych Poetów, z którego też w zasadzie nic nie wynika dla żywotności, bo są to publikacje w ograniczonym stopniu spełniające wymogi literackie. Czasami dwa, trzy wiersze daje się zaakceptować. Bywa, że więcej, lecz bardzo rzadko. Generalnie nikt z tego grona nie traktuje literackiego zajęcia poważnie. Na ogół jest to uprawianie raczej literackiego hobby, powielanie jakichś utartych już wzorów. Jest ilość, nie ma jakości. Tak się manifestuje pewna normalność, że są różne poziomy i różne kategorie twórczości, np. ostatnio popularne zrobiło się malowanie, wszędzie to widać. Cóż więcej. Na usprawiedliwienie tego stanu rzeczy dodam od razu, że tak jest w całej Polsce. Wszyscy piszą (dzieci, młodzież szkolna, emeryci, renciści, policjanci, więźniowie) i jakimś sposobem wydają swoje zbiorki w oparciu o lokalne i prywatne wsparcia finansowe. Dla kilku odbiorców. Wszędzie są tego typu piszący. Czy to pisarze? Oczywiście nikomu nie można zabronić pisania i wydawania. Gdzieś musi znajdować upust wrażliwość, sentymentalizm, nadmiar wolnego czasu i potrzeba towarzyskich kontaktów. Wypicia kawy, zjedzenia ciasteczka, zapłacenia składek członkowskich. Przed laty, pamiętam to, ambicją Joli Pytel (obnosiła się z tym) było powołanym przez siebie Stowarzyszeniem zagrozić miejscowemu ZLP, zdominować, zmarginalizować oddział literatów. Poza tym odżegnująca się onegdaj od ZLP Pytel, dzisiaj jest jego zasłużoną członkinią, niepomna swoich buńczucznych deklaracji. I nie mam o to pretensji. Niech jest. Bo przynajmniej w oddziale jakichś kryteriów kwalifikujących jeszcze się przestrzega. Ale w czym rzecz. W łatwiźnie zaistnienia. Z miesiąca na miesiąc, a to nie służy poziomowi wypowiadanego słowa. To służy zawłaszczaniu publiki czytelniczej i skromniutkich finansów publicznych na potrzeby amatorów. Nie starcza już dla innych, no bo: „już wydaliśmy w tym roku na takie a takie tytuły”. Generalnie nie martwiłbym się zanadto istnieniem lub nieistnieniem młodego pokolenia. Przyjdzie czas i młodzi się pojawią. Moim zdaniem w naszym środowisku, czy raczej regionie, fakt poważnego wieku sporej grupy pisarzy może jeszcze nie przesądza, że lada moment powstaną wybitne dzieła, ale na pewno ci wiekowi autorzy coś gwarantują – są w stanie napisać utwory dojrzalsze, bogatsze w refleksje, wyposażone w konsekwencję artystyczną. I to bym jednak cenił, a nie postponował takowych doświadczonych osób. Nie można ciągle zachwycać się pierwocinami debiutantów. Przynajmniej tyle. Robert Rudiak przyjął dość wygodną dla siebie pozycję diagnostyka, który za nic nie odpowiada, a przecież działając w miejscowym Zarządzie przynajmniej za funkcjonowanie literackie jakoś jest odpowiedzialny. Dobrze posługiwać się liczbami, to bezpieczne, wygodne, niby-obiektywne. Chętnie jednak bym przeczytał, że ma pretensje o to i o to, wyliczając, co trzeba i kogo trzeba, że coś chciał wraz z kolegami, ale nie udało się. Niczego takiego w tym obszernym tekście nie ma. A kiepsko chyba jest rzeczywiście z powodów nie tylko braku natarcia młodych, ale i zwyczajnej pauperyzacji. Nie można liczyć np. na należyte pieniądze w dorocznej nagrodzie za najlepszą książkę (myślę o Wawrzynie), która ambicjonalnie by motywowała do pracy, bo czymże jest wysokość takowej w wysokości średniej miesięcznej płacy? Gorzów jakby wyżej swoich twórców wyceniał. Niczego miejscowa nagroda w życiu pisarza w zasadzie nie załatwia, poza jednodniową satysfakcją. I krótkim odnotowaniem w prasie. Jeśli w ogóle. Czynnik finansowy nie motywuje, gdy idzie o samo wydawanie książek. Weszły ograniczenia. Dotacji nie ma. W gazecie nikt o miejscowej książce nie napisze. Więc w szerszym wymiarze nikt o pisarzu nic nie wie nawet w regionie. Na jakich więc liczyć czytelników. Biblioteki powiatowe kiedyś zapraszały na spotkania, dzisiaj się skończyło. I nie zawsze chodzi o brak kilku złotych dla autora, tylko po prostu nie chce się (poza wyjątkami) ponad etatowy zakres obowiązków cokolwiek robić. A poza tym może nie jest aż tak źle? Dzisiaj właśnie oglądałem (nie czytałem dokładniej) zbiorek pewnej poetki, bogato kolorowymi ilustracjami zdobiony, którego wydanie kosztowało, bagatela, 4 tysiące złotych. Pieniądze się jednak gdzieś znalazły. Ale poważnie. Szkoda, że nie pokaże pisarza żaden reportaż zdjęciowy, telewizyjny, prasowy, a przecież można by było. Wędkarzy zaś się ceni, bo taaaką rybę ktoś złowił i można ją sfotografować. Nie ma też na miejscu wartościującej krytyki literackiej, bo komu to potrzebne, choć sporo osób z miejscowej polonistyki recenzje pisze. Pisze, a potem zarzuca to zajęcie, po skończonych studiach. Nie zawsze oczywiście da się znaleźć rzetelne, mądre recenzje, do których można byłoby się jakoś odnieść. Na to potrzeba recenzującemu odwagi i wiedzy. A to już wyższy kurs jazdy. Po co w takiej sytuacji pisać? – słyszę tu i ówdzie. Odnoszę wrażenie, że nie stwarza się należycie przychylnego dla pisarza klimatu. O taki klimat, przyjazny twórcom, upominał się swojego czasu mocno Zdzisław Morawski, co było ważne. Dzisiaj, czy kwestia mniej istotna? Nie stosuje się kryteriów. Zastępowane są prywatą. Interesami. Naiwnością jest wierzyć, że zapanuje należyty ład. Jeszcze nie tak dawno były spotkania autorskie z symbolicznymi choćby honorariami. Teraz są gratisowe. Podobno nie można płacić. Czy aby na pewno? Po dziesiątkach lat pracy na własny rachunek, po napisaniu kilkunastu książek najlepiej, by autor jeszcze wszystko sam sobie pozałatwiał. Ale idąc do apteki po lekarstwa lub po chleb do sklepu, nie może sprzedawczyni powiedzieć, że należy się gratisowo. Apelować w tej sytuacji o poczucie lokalnego patriotyzmu byłoby na miejscu, nie od wczoraj tu powstają książki, ukształtowała się tradycja, ale ktoś musi mieć przynajmniej dobrą wolę i to szanować. Wtedy może i literackie sprawy wyglądałyby inaczej. A wyglądałyby inaczej i nie musiałby Rudiak przeprowadzać takiego remanentu, również wtedy, gdyby przynajmniej od czasu do czasu dochodziło do otwartego sporu o wartości, o światopogląd, o zasady. Dzieła, w co wierzę, właśnie w takich warunkach mają większą szansę powstawać. W końcu przydałoby się spełnienie, a nie jedynie debiutancka zapowiedź.

Czesław Sobkowiak