Afirmacja zdychania

Tym tytułem, będącym cytatem z poezji łodzianina Piotra Macierzyńskiego, chcę zacząć odpowiedź na „artykuł” Roberta Rudiaka Stan lubuskiej literatury w pierwszej dekadzie XXI wieku, czyli diagnozy i prognozy nie bez powodu, a do samego Macierzyńskiego jeszcze wrócić, by przedstawić punkt widzenia płynącego „obok nurtu”, a jednak od lat przyglądając mu się bacznie i z perspektywy wychowawcy młodych twórców kultury. Dla odmiany ja sarkazmu sobie nie odmówię, choć realizm postaram się zachować jak największy, nie pomijając bliskiego mi tematu dialogu kultury wysokiej i niskiej.
Kim jest twórca literatury regionalnej? To taki niedzisiejszy człowiek, którego wielkość mierzy się przynależnością do związków twórczych, do których mało kto chce należeć, i które nie są już dla prawie nikogo prestiżowe, oraz ilością niezwykle niskonakładowych dzieł, których choćby ze względu na ową niskonakładowość prawie nikt nie czyta. A jednak parnas literatów lubuskich, których zresztą pan Rudiak wymienia dziesiątkami, jest tak gęsty, że młody człowiek nie będzie próbował się przez niego przebijać, choćby przez grzeczność.
Przynależność do związków twórczych dla młodych ludzi jest bez znaczenia. Kiedy chcą poczuć „stado”, logują się na forum poetyckim. Zresztą wbrew pozorom, młodzi twórcy dużo czytają i wiedzą, doskonale więc zdają sobie sprawę, że nie ma mowy o elitarności i to, co od dziesięcioleci podaje się za kawior, jest zwykłym bigosem. Jeśli na przykład ZLP firmuje swoim logo wtórność wtórności, jaką są przerażające „kryształowe myśli” Anny Marii Szewczuk, to o żadnej elicie, ba!, żadnej nawet kontroli tego, co się wydaje, nie ma tam mowy. Dziwne, że jeszcze nikt nie wpadł na stworzenie Lubuskiego Forum Poetyckiego – średnia wieku naszych pisarzy gwałtownie by spadła. ZLP i SPP stały się swoistymi, literackimi Uniwersytetami Trzeciego Wieku, choć w innych regionach działają przy ich oddziałach koła młodych. Pytanie: czy w Zielonej Górze lub Gorzowie ktokolwiek takie koła próbował w ostatnim dziesięcioleciu stworzyć? Czy ktokolwiek z członków rzeczonych szacownych organizacji podjął wysiłek poprowadzenia raz do roku literackich warsztatów dla młodzieży? W końcu członków jest tylu, że młodych zajmowałoby się częściej niż raz w miesiącu. To wśród nich znaleźliby się przyszli członkowie, zapewniający organizacjom coś więcej niż stan spoczynku. Przy okazji warto chyba sprostować, że kondycja Gorzowskiego RSTK jest zupełnie niezła, zwłaszcza że zaliczeni przez pana Rudiaka do literackiej młodzieży, Karol Graczyk i Beata Patrycja Klary, są jego członkami.
Około roku 2000 taką próbę dialogu z młodzieżą podjęło zielonogórskie Stowarzyszenie Jeszcze Żywych Poetów, tworząc Uniwersytet Poezji – idea szczytna, młodych mnóstwo. I ja tam byłam, jako „zielona”, obiecująca dwudziestoparolatka, zaproszona przez Katarzynę Jarosz-Rabiej. Młodych niestety co spotkanie ubywało, bo nie mieli prawa głosu, nie czytali swoich tekstów, nie mogli słuchać rad starszych kolegów po piórze, słuchali za to wykładów będących entuzjastycznymi peanami na wzajemną cześć członków i przyjaciół Stowarzyszenia. Na ostatnich wykładach nie ostał się prawie nikt z młodych. I nikt z funkcjonowania projektu, który był wielką szansą stworzenia grupy młodych literatów lubuskich, nie wyniósł nic dobrego, no może tylko ja – mojego prywatnego męża. Ale jednak to jest jedyna droga, wychodzenie do młodych i ich szukanie – sami nie przyjdą. Chyba że na to, co ich naprawdę interesuje. Na ostatnim spotkaniu autorskim kontrowersyjnego Piotra Macierzyńskiego w Nowej Soli młodych było w bród, średnią wieku chyba najbardziej zawyżał Edward Gramont. Ale to jest kolejna zupełnie zarośnięta ścieżka – nie zaprasza się na spotkania autorskie twórców, którzy interesują młodych, są w głównym nurcie tego, co się dzieje w polskiej najnowszej literaturze – choćby: Macierzyński, Roszkowski, Podlipiak, Rytelewska – to nie są twórcy, którzy kosztują tysiące. A zresztą niech będzie górna półka – Kochany Pro Librisie, zaproście na spotkanie autorskie Podsiadłę, Świetlickiego – i wtedy zobaczymy, jaka będzie średnia wieku na sali.
Czas Uniwersytetu Poezji kojarzy mi się jeszcze z jednym, co może zobrazować i dzisiejszą sytuację, kiedy właśnie w roku 2000 z tomikiem złożonym wyłącznie z tekstów nagradzanych wcześniej na ogólnopolskich konkursach literackich zapukałam w sprawie ich wydania do biblioteki wojewódzkiej – tomik dostał do zrecenzowania Czesław Sobkowiak – zrecenzował bardzo dobrze i usłyszałam, że owszem mogą wydać, jeśli znajdę sobie na to wydanie pieniądze. I pamiętam swoją panikę – panikę bezrobotnej absolwentki studiów wyższych – znaczy: „jak mam znaleźć, skąd, samemu za własny tomik zapłacić, to po co wy mi potrzebni jesteście, to głupie”, i poszłam, a tomik wyszedł pięć lat później jako grand prix w konkursie literackim na drugim końcu Polski, za to tu dostał wyróżnienie wśród najlepszych debiutów Lubuskiego Wawrzynu. Wtedy, już w Sulechowie, prowadziłam warsztaty literackie dla młodzieży, co robię do dziś, może żeby oszczędzić kilku zdolnym młodym ludziom przerabiania mojej ścieżki. Kilkoro z nich to autorzy radiowych książek poetyckich, kilkoro – laureaci ogólnopolskich konkursów literackich. Najstarsi sami prowadzą literackie i recytatorskie warsztaty dla młodszych. Tak że zapewniam pana, Panie Robercie, że młodych nie brakuje, trzeba im tylko poświęcić trochę czasu. Wystarczy sięgnąć choćby po twórczość młodych grup literackich, prowadzonych przez Ewę Andrzejewską w Domu Harcerza. Oczywiście że nie funkcjonują oni jak historyczne grupy literackie, nie mają manifestów itp., ale to jest pokolenie nowych czasów żyjące w świecie globalnej sieci. Literaturę uprawiają na swój własny sposób, czerpią garściami z sieci krajowych konkursów literackich, bo to jedyna strefa, gdzie za swoją twórczość są gratyfikowani pieniężnie. I mają rację: człowiek utalentowany ma prawo zarabiać na tym, co robi dobrze. Zresztą w szarej strefie konkursowej, strefie „literackiej prostytucji”, jak ją nazwała nobliwa lubuska autorka kilkunastu tomów poezji, funkcjonują od lat tacy autorzy jak: Czesław Markiewicz, Katarzyna Zychla, Bolek Wierzbicki, Karol Graczyk, Beata Patrycja Klary i ja sama. Z tej prozaicznej przyczyny, że kultura jak Pan Bóg zakłada, że jej dzieci jak ptaki niebieskie same się wyżywią, a jednak świat uparcie domaga się za wszystko pieniędzy. Tylko za regionalną, niszową literaturę jakoś niewielu chce płacić. Dlatego przed Katarzyną Zychlą z powodzeniem wydającą książki „ogólnopolskie” dla dorosłych i dzieci w wydawnictwie Skrzat chylę czoła.
Ubywa lubuskich wydawnictw. Pamiętam ostatnie numery „Lubuskiego Nadodrza” – pisane przez autorów absolutnie z pominięciem istnienia czytelnika, „sobie i wierszówce” doskonale niestrawne. Karol Graczyk tworzy pismo internetowe „PKP-zin”, które ma jedną zaletę, jasny przekaz skierowany do odbiorcy – prezentujemy sztukę. To jest droga na przyszłość. Pismo internetowe, „E-sencja” dociera w jednej chwili do czterdziestu tysięcy abonentów, kto w takim nakładzie wyda tomik poezji? Ubywa lokalnych książek. Może to i lepiej, dotacje samorządowe na wydawnictwa od lat funkcjonują jak Fundacja Mam Marzenie – nikt nie weryfikuje, czy dofinansowana książka to dzieło, czy zapiski emerytowanego grafomana. Tu właśnie leży problem. Nad wydawnictwami bardzo niskiej jakości dla najbliżej rodziny i znajomych, które własnym sumptem – bardzo proszę, ale za społeczne pieniądze – może niekoniecznie. Problemem jest to, że w organizacjach otrzymujących dotacje średnia wieku to wiek emerytalny. Czy konieczna jest produkcja corocznie nowego tomu poezji przez wiekowych posiadaczy lubuskiego parnasu przez zasiedzenie? Niekonieczna – wszak nie wydaje się regionalnej literatury dla pieniędzy, więc stanowczo lepiej postawić na jakość niż ilość. Montaigne stworzył jedno a wielkie dzieło. Nie zgadzam się jednak z pana Rudiaka teorią o spadku potencji twórczej z wiekiem, wszak Wiesław Myśliwski wydał wybitny Traktat o łuskaniu fasoli, mając 74 lata, a I jak woda płynie, genialna proza Marguerite Yourcenar ukazała się, gdy autorka miała 79 lat. Chodzi po prostu o zdrową równowagę w kulturze. Koło historii i tak się po nas przetoczy i będzie na nim siedział nastolatek ze smartfonem, ale nie przetoczy się donikąd. Kultura i sztuka to nie stado gęsi, nie ulega migracji czy wymarciu; nie ma sensu mierzyć jej przy pomocy narzędzi statystycznych, ona wyłącznie ewaluuje. Zmiany są nieuniknione, a ich kierunek wprawdzie od nas również, ale nie wyłącznie zależy. Ja jestem spokojna. Może ubywa lubuskich twórców i publikacji, cóż widocznie nie potrzeba w tym momencie ich tak wielu. Prawo sytego świata konsumpcji. Twórcy się pojawią, gdy będą potrzebni.

Małgorzata Stachowiak-Schreyner