Jerzy Chłodnicki (1943-2013)

Poeta, tłumacz i animator kultury

altMówił o sobie, że z urodzenia i charakteru jest krakusem, wszak przyszedł na świat w Limanowej i związał się z małopolskim ruchem młodzieży wiejskiej. Potem przeniósł się do podlubelskich Gardzienic, gdzie był wykładowcą w uniwersytecie ludowym. Stamtąd w połowie lat 70. ubiegłego wieku trochę na prośbę Związku Młodzieży Wiejskiej, trochę z własnej woli Gardzienice zamienił na podsulechowską Klenicę, gdzie od 1957 roku był Lubuski Uniwersytet Ludowy. Jego żona została dyrektorką placówki, on wykładowcą i zaraz włączył się w życie kulturalne gminy Bojadła i lubuskiej młodzieży wiejskiej.
Klenicki pałac, który zajmował uniwersytet, miał szczęście do osobowości utrwalonych w historii. Powstałej w drugiej połowie XIX w. letniej rezydencji Radziwiłłów z linii poznańsko-berlińskiej nie drasnęła żadna wojna i nie ograbili jej szabrownicy. Tradycja mówi, że pałac, kościół i w ogóle wieś ochroniła uznana za cudowną figura Matki Bożej Klenickiej, od potopu szwedzkiego przechowywana w Otyniu, najpierw w kościele zamkowym, dziś parafialnym. Dobra klenickie bowiem należały do księżnej żagańskiej Doroty Talleyrand-Périgod, a opiekę duchową nad ludnością sprawowali tam otyńscy jezuici. Co jakiś czas odzywają się głosy, żeby cudowna figura wróciła na swoje pierwotne miejsce. Na razie raz w roku posążek w uroczystej procesji odwiedza Klenicę. Tego Jurek dowiedział się dopiero jako kleniczanin. Dowiedział się też, że ojciec wybitnej pisarki Olgi Tokarczuk był wykładowcą w klenickim uniwersytecie, a ona jako dziecko biegała po pałacowych pokojach, potem chodziła do liceum w Sulechowie, a jesienią zbierała złociste liście spadające z drzew w przypałacowym parku.
W klenickim uniwersytecie ludowym przede wszystkim dokształcały się gospodynie klubów kultury, prowadzonych przez Ruch i spółdzielczość. Jurek był jednym z tych, którzy podpowiadali im, co zrobić, żeby życie na wsi nie ograniczało się do pracy w polu i zagrodzie. Dlatego napisał poradnik dla działaczy klubowych Poznajemy się w zabawie, starając się, żeby przynajmniej część zawartych w nim podpowiedzi słuchacze zrealizowali podczas zajęć w uniwersytecie. Napisał też przewodnik Teatr telewizji w klubie. Prawdę mówiąc, to w tamtym czasie klenicki uniwersytet był wzorcowym ośrodkiem kultury, promieniującym nie tylko na gminę Bojadła, ale i na cały region, a nawet na województwa ościenne.
Jako poeta Jurek zadebiutował w krakowskich czasach. Swoje wiersze ogłaszał niemal we wszystkich czasopismach kulturalnych i młodzieżowych, jakie ukazywały się w Polsce w drugiej połowie XX w. W 1975 roku Wydawnictwo Lubelskie wypuściło jego pierwszy zbiorek wierszy W dziewannie, ilustrowany przez, wtedy zielonogórzanina, Witolda Michorzewskiego, późniejszego wykładowcę w Instytucie Sztuk Pięknych Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Zielonej Górze, dziś profesora Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. W 1976 roku w wydawnictwie Lubuskiego Towarzystwa Kultury ukazał się zbiorek Galaktyka („nasi ojcowie my i nasze dzieci w jednym okręcie płyniemy/ wymijając rafy mielizny w oceanie naszych gwiazd”). Pojedyncze wiersze drukował w antologiach i almanachach wydawanych w całym kraju.
Jurek miał naprawdę wielu przyjaciół wśród poetów i pisarzy w Krakowie, Lublinie, Warszawie, Zielonej Górze. Lubił wspominać, czym go podjął Tadeusz Nowak, autor kultowej powieści A jak królem, a jak katem będziesz. O czym rozmawiał z Edwardem Stachurą, wtedy primus inter pares wśród pisarzy i poetów. Ile kieliszków wypił z dr. Piotrem Kuncewiczem. Jak zapraszał dr. Jacka Kajtocha do odwiedzenia Ziemi Lubuskiej. Co mu powiedział Wiesław Myśliwski, co Tadeusz Konwicki, co Julian Kawalec, co Marian Pilot.
Pod koniec lat 70. wyjechał do Szwecji, gdzie jako stypendysta tamtejszych uniwersytetów ludowych trochę się dokształcał, trochę dzielił się swoim doświadczeniem jako wykładowcy i uczył się języka szwedzkiego. Jak wspominał, zaprzyjaźnił się w kilkoma czołowymi autorami powieści i zbiorów wierszy, co zaowocowało przekładem jego utworów na język Håkana Lindquista. To jeden plus. Był i drugi: Jurek nauczył się szwedzkiego w mowie i piśmie na tyle, że po powrocie do Klenicy tłumaczył wiersze poetów szwedzkich na polski i drukował je w czasopismach literackich. Doskonalił swoje umiejętności lingwistyczne, czytał prasę szwedzką i upowszechniał wiedzę o ojczyźnie Alfreda Nobla. Z biegiem lat poznał ten język tak dobrze, że w Towarzystwie Wiedzy Powszechnej miał grupkę swoich uczniów.
W połowie lat 80. jego żona została dyrektorką Biura Wystaw Artystycznych w Zielonej Górze. Wtedy rodzina zamieniła mieszkanie pałacowe na trzy pokoje w zielonogórskim bloku. Jurek związał się z „Dziennikiem Ludowym” i innymi tytułami wydawanymi przez ruch ludowy, także z zielonogórskim „Nadodrzem”, gdzie drukował felietony w cyklu „Orkanowe myślenie”. Redagując młodzieżową „Winnicę”, wpadł na pomysł, żeby najlepszych młodych twórców lubuskich nagradzać Zielonym Gronem. Kolejną redakcją na jego dziennikarskiej drodze była „Gazeta Lubuska”. Potem założył wydawnictwo książkowe. Pracował też w firmie wydającej encyklopedię biograficzną Who ist who.
Zmarł w Zielonej Górze. Jego prochy spoczywają na nowym cmentarzu przy ul. Wrocławskiej.

Alfred Siatecki