Kocie ucieczki

Opowieść o Tokarskiej wypada zacząć od kota. To było piękne i nieufne czarno-biało-rude zwierzę płci żeńskiej. Na imię miała dosyć śmiesznie: Balbina. Piszę o niej w czasie przeszłym, bo to kocie życie do tego stopnia intensywnie przenikało codzienność pani Ani, że po śmierci poetki całkiem możliwie, że i kot przepadł na którymś ze strychów placu Słowiańskiego. Nie umiem myśleć o Tokarskiej bez kota, ale kot bez niej wydaje się po trzykroć absurdalny.
Przyznać się muszę, że wyjątkowo nie lubiłam tej okazałej kotki. Jakiś rok temu uciekła przez uchylone drzwi. Wtedy pierwszy raz zrozumiałam, że muszę ją odnaleźć, bo w przeciwnym wypadku ucieknie i Tokarska. Chodziłam wokoło kamienicy i po parku, nawołując Balbinę. Nic z tego. Zostawiłam uchylone drzwi i czekałam. Po jakiejś godzinie kot zamiauczał przy drzwiach Tokarskiej. Odetchnęłam. Innym razem kot uciekł na strych i moim obowiązkiem było sprowadzić go do mieszkania właścicielki. Oczywiście bezskutecznie. Kiedy tylko zostałam sam na sam z Balbiną, czułam się nieswojo. Kot prychał na mnie za każdym razem, kiedy się do niego zbliżałam. Nie wiem, co teraz się z nim dzieje. Może obraża się na uciążliwą nieobecność właścicielki.
alt
Był pewnie jakiś jesienny wieczór, kiedy wybrałam się (z Januszem Łastowieckim) na spotkanie z panią Anią. Zapraszała nas od czasu do czasu na urocze pogawędki. Siadaliśmy w kuchni na błękitnych, starych krzesłach. W tle słychać było muzykę klasyczną, ale mniej znaną, nie rozpoznałam nigdy autora (całkiem prawdopodobne, że nie było żadnej muzyki, że to tylko igrały ze sobą niezapisane wiersze). Nie lubiła mówić o sobie, za to chętnie koncentrowała się na szczegółach. Kiedyś nagrałam z Januszem rozmowę, podczas której opowiadała nam m.in. o tym, jak zamieszkała z kotem:
– Ona się mną musi zajmować. Jest dużo młodsza. Ma chyba około pięć lat. Nie wiem, ile miała lat, kiedy ją przygarnęłam. Nie przyniosła żadnych papierów (śmiech). A to byłoby ładne z jej strony. Została zdjęta z drzewa. Sąsiad dał jej mleko na korytarzu i na tym się skończyło. Któregoś dnia przyszłam do domu po mszy wieczornej, otworzyłam drzwi kamienicy, a kot ruszył natychmiast po schodach na górę i stanął przy moich drzwiach. Zaczęłam przemawiać do niej. Po chwili patrzę… Nie ma kota, nie ma mieszkania, nie wiem, czego jeszcze nie ma (śmiech). Wchodzę do mieszkania, a ona leży na moim łóżku. I tak została.
Mam wrażenie, że Balbina mogła mieć ze sto lat w chwili, gdy ściągnięto ją z drzewa. Czekała na dobry moment, na jakąś ponadprzeciętną wrażliwość. Anna Tokarska była moją sąsiadką przez sześć lat (przyszłam do tej kamienicy niemal równolegle z kotem). Lubiłam mijać ją na korytarzu, wymieniałyśmy wtedy kilka subtelnych zdań na temat pogody, konstrukcji schodów lub nielogiczności klucza. Nic specjalnego. Poza tym, że każde z tych przypadkowych spotkań zmieniało rzeczywistość w poezję… lub cukierki (jednego cały czas archiwizuję).
Mam wrażenie, że pani Ania uciekła w koci sposób, nikt nie zauważył, kiedy i gdzie. Wystarczy pootwierać wszystkie drzwi i czekać, aż wróci. Napisałam kiedyś krótki wiersz. Zadedykowałam Tokarskiej, ale nigdy jej nie pokazałam. Myślę, że to dobry czas.
alt
  lęk
                    Annie Tokarskiej

  na ulicy ciemno
  spotkałam poetkę
  kupowała róże w środku dnia
  nie zapytałam co słychać
  bo kot przyglądał się nazbyt lękliwie
  powrót do siebie
  miał coś z umierania


Mirosława Szott