Jutrznia ptasia

altNajwięcej mogę powiedzieć o głosie Pani Ani. Jednego z jesiennych wieczorów 2010 roku poszedłem do niej z Mirką. Pani Ania nie czuła się swobodnie przy mikrofonie. Wiedziałem, że muszę pilnować ciszy, by nic nie zmąciło żywych słów poetki. To był bowiem głos prowadzony na bardzo niskich rejestrach. W tych dolinach dźwiękowych znajdowały się przepaście. Gdyby nie nagrany tego wieczoru jej głos, nigdy nie wiedziałbym o istnieniu wąwozów, rozwidleń, archipelagów i korytarzy w poezji. Ja, człowiek z Dźwięku. Tak właśnie powinien zaczynać się wstęp do „geografii poetyckiej głosu”.
Gdybyśmy nie nagrali głosu Pani Ani, nie dowiedziałbym się nigdy, jak można zbudować w domu drogę nad otwarte morze, poczuć muśnięcie piasku, płatka róży. Tej dziewczęcej świeżości i precyzji półtonów nikt mi nie wymaże z nagrania. Głos poety nagrany na taśmie przypomina mi złapanego w siatkę motyla. Wiersz zapisany to tylko potencja, parabola motylowego lotu. Osobisty sekretarz Pani Ani, kotka o imieniu Balbina starała nam się skutecznie utrudnić nagranie. Kocie westchnienia słychać w zarejestrowanym materiale tak wyraźnie, że nie można się ich było pozbyć na etapie montażu. Są jak „piknięcia” zabezpieczające materiał dźwiękowy przed kopiowaniem. Słuchając kolejny raz kocich skamleń, w tle głosu poetki: „chłodna obecność klęski/ już mnie nawet zdobi/ taka na wynos na podziw na sprzedaż”, wiem już: Balbina miała w tym swój gombrowiczowski plan.
Jeden z reżyserów zapytany niegdyś: czy zrobi kolejny film, odpowiedział: „Nie. Mam nadzieję, że tak sprytnie zastawiłem na siebie pułapkę, w którą wpadłem, że się z niej nie wydostanę”. Myślę, że Pani Ania zamknęła się w mieszkaniu z napisem: „nie mogę z niego wyjść” i zrobiła to w pełni świadoma. Teraz jest już tam coraz częściej.
Głos Anny Tokarskiej nie odszedł. Balbiny tym bardziej. Myślę, że właściwy teatr głosów dopiero przed nimi. Ogłosi go zapewne „jutrznia ptasia” z jednego zasłyszanego wiersza.

Janusz Łastowiecki