Nieparzystość. Wspomnienie o Annie Tokarskiej

Są takie spotkania, na podstawie których budujemy swój obraz o kimś. Często są to właśnie te pozostawiające owo słynne pierwsze wrażenie, od którego już nie da się uciec. Pozostaje bowiem punktem odniesienia dla następnych spotkań i późniejszych wrażeń, które – jak to się zdarza – trzeba korygować. W przypadku Ani Tokarskiej moje pierwsze wrażenie mnie nie zawiodło. Przeciwnie – każde następne spotkanie wzmacniało we mnie obraz, który się we mnie zrodził.
Jak to bywa, szczegółowe okoliczności tego spotkania zatarły się w niepamięci. Dość powiedzieć, że miało ono miejsce przed ponad 25 laty, gdy byłem początkującym studentem Wyższego Seminarium Duchownego w Gościkowie – Paradyżu. Ania – byliśmy potem na „ty” – przyjechała z jakimiś aktorami, którzy prezentowali w naszej seminaryjnej auli (dziś zamienionej na salę sportową) coś na kształt montażu słowno-muzycznego – jak to się wówczas mówiło. Nie wiem, o czym ten montaż był. Być może – jak to wówczas było – o tematyce patriotycznej, były to bowiem lata 80. ubiegłego wieku, czas w Polsce gorący, przedniepodległościowy.
Z aktorami przyjechała właśnie ona. Pamiętam, że siadła na schodach prowadzących na scenę, wplotła palce w swoją charakterystyczną grzywkę i powiedziała: „W prawdziwym teatrze rozdaje się programy…”. Tym razem programów nie było. Ania wygłosiła słowo wstępne. Ta wypowiedziana wtedy fraza na długo pozostała hasłem wywoławczym naszego seminaryjnego teatru, który dumnie zwał się Paradyską Sceną Religijną „Logos”. Ania stała się szybko naszym łącznikiem z „prawdziwym” światem teatralnym.
Mieszkała w Zielonej Górze, należała do parafii pw. Matki Bożej Częstochowskiej, która wówczas rozpoczynała swój niezależny żywot po wyłączeniu się od parafii pw. św. Jadwigi. Mało kto dzisiaj pamięta, że prowadziła aktywne „życie kościelne”. Pomagała w przykościelnej księgarni, brała czynny udział w grupie Odnowy w Duchu Świętym. Jej ówczesny spowiednik nie potwierdzi, jak głębokie prowadziła życie duchowe, bo nie może, ale potwierdza to wystarczająco jej poezja, słowo bowiem nie rodzi się na ugorze. To ona też zapewne pośredniczyła między nami a parafią w pomyśle wystawienia w kościele pw. Matki Bożej Ślepców M. Maeterlincka. Już nie pamiętam, co to była za okazja, ale niewykluczone, że były to Dni Kultury Chrześcijańskiej.
Anię Tokarską odnalazłem potem po latach, gdy zamieszkałem w Zielonej Górze. Kiedy i w jakich okolicznościach – nie pamiętam. Być może na którejś premierze w Teatrze Lubuskim. Wszystkie nasze spotkania tam się właśnie odbywały – w teatrze. Najpierw u niej, wysoko na poddaszu. W świecie przynależnym przede wszystkim do niej, choć – jak pamiętam – bywało, że pokój dzieliła jeszcze z kimś innym. Jako że w pobliżu było archiwum, żartowała, że po śmierci powróci do teatru jako duch archiwistki. Może dobrze byłoby sprawdzić, czy coś po nocach stuka.
„Załatwiała” mi wejściówki na spektakle, o czym pewno ówczesny dyrektor, Andrzej Buck, wiedział i oko przymykał. Czekała na mnie w przejściu między wejściem a foyer, nie do końca ufając kasie. I przeprowadzała dalej. Zawsze nosiła przy sobie małą torebkę czy coś na kształt większej portmonetki, w której miała cukierki, różne cukierki. Mówiła wówczas: „Niech się Wielebny poczęstuje”. I Wielebny się częstował. I brał na zaś.
Mój obraz Ani z tego czasu składa się – niczym kolaż – z takich właśnie różnego rodzaju odprysków wspomnień. Zdarzało się, że dzwoniłem do niej wieczorem. Nie wiem, skąd się nam to wzięło, ale zawsze zaczynałem tak samo: „Halo, halo, tu ptasie radio…”. W trakcie rozmowy bawiła się słowami, frazą, stylem, a ja próbowałem nieudolnie dostosować się do konwencji. Często wspominała – pamiętam – swoją świnkę morską. Szczegół, wydawać by się mogło, banalny, a to właśnie pamiętam, choć zapewne rozmawialiśmy o wielu kwestiach. Widocznie była do niej przywiązana.
Wtedy poznałem też Anię Tokarską poetkę. To musiało być gdzieś około roku 2000, może rok wcześniej. Byłem wtedy duszpasterzem akademickim przy parafii Najświętszego Zbawiciela. Wówczas to duszpasterstwo nazwaliśmy „Piwnicą”, gdyż spotykało się w dolnym kościele. Tam właśnie zaprosiłem Anię na spotkanie ze studentami. Czytała wiersze. Mówiła o swej poetyckiej wrażliwości. Nie chciała – jak pewno wszyscy poeci – odpowiedzieć na pytanie, skąd się biorą wiersze. Z tamtego piwnicznego spotkania mam pamiątkę – tomik Moje wiersze posiwiały z dedykacją: „Księdzu Andrzejowi z serdecznym DZIĘKUJĘ za dzisiejszy wieczór – Anna Tokarska”.
Wróciłem do tego tomiku po latach, gdy dowiedziałem się o jej śmierci. Uświadomiłem sobie, że od chwili odejścia na emeryturę widzieliśmy się chyba tylko raz. Zniknęła gdzieś za horyzontem mego życia. I pomyślałem o tym z poczuciem winy. Że za bardzo nam wystarcza świadomość, że ktoś jest. Że się na tej świadomości zatrzymujemy, zapominając o konieczności jej potwierdzania przez rozmowę, spotkanie, poszukanie siebie nawzajem. I wtedy pocieszyła mnie sama Ania swoim wierszem, w którym napisała, że „któregoś dnia/ zastanę siebie w domu”. Kiedy powiedziano mi, jakie były ostatnie lata, miesiące i dni Ani, pomyślałem, że ten wiersz sprzed laty był w jakimś sensie prorocki. Pisała przecież o sobie, o tym, co ma nadejść w jej życiu. Tak, odchodziła od nas, ale jednocześnie coraz bardziej była u siebie, „zastawała siebie w domu”. Jako księdzu wolno mi mieć nadzieję, że zastała siebie w tym domu, o którym powiedziano, że jest w nim „mieszkań wiele”.
Od Ani „kupiłem” jedno słowo, które tak bardzo dobrze określa i jej poezję, i ją samą. To słowo „nieparzystość”. Kupiłem je, bo – pozwolę sobie na dość nieskromną autodeklarację – pomaga mi w interpretacji samego siebie. W jednym z wierszy Ania pisała: „oglądano/ mnie uważnie/ wreszcie ktoś powiedział/ jesteś nieparzysta”. Ta „nieparzystość” ma sobie wszystko: inność, osobność, osobliwość, indywidualność, wolność, niezależność, ale także samotność i odrębność. Ania była „nieparzysta”, ale to nie była nieparzystość braku. Nie, nie o takiej nieparzystości myślę, która potrzebuje pary do doskonałości. Myślę o takiej nieparzystości, która ma odwagę bycia wbrew modom, stylom, konwenansom. I właśnie dlatego tęsknię za Tobą, Aniu. Bo tak mało dziś nieparzystości.

ks. Andrzej Draguła