Spotkanie z Anną Tokarską

Nie mogę odnaleźć na półkach swojej biblioteki tamtego tomiku, dzięki któremu po raz pierwszy spotkałam się z Anną Tokarską. A były w nim, w ładnie wydanym albumie, zbierającym najpiękniejsze wiersze polskich poetek współczesnych, jej erotyki. Była Halina Poświatowska, Wisława Szymborska, Małgorzata Hillar, Urszula Kozioł. I była Tokarska. Z tymi wierszami, pochłanianymi w przerwach między lekturą podręcznika scs-u i łaciny, czytanymi na zmianę z tekstami Szymborskiej i Kozioł, kojarzy mi się okres studiów we Wrocławiu.
Potem wróciłam do Zielonej Góry, w której wszystko było niewrocławskie, obce. Zaczęłam pisać pracę o Urszuli Kozioł, publikować pierwsze artykuły, wśród nich recenzje zanoszone do redakcji „Lubuskiego Informatora Kulturalnego” (szkoda, że dziś już się nie ukazuje). Za sprawą jednej z takich recenzji spotkałam Tokarską. Pracowała jako kierownik literacki w Teatrze Lubuskim, zajmowała się „Informatorem” i bardzo życzliwie przyjęła mnie jako krytyka. Stanęłam wtedy oko w oko, twarz w twarz z autorką wiersza, który znałam już prawie na pamięć:
 
   altGdyby nie to
   że stopy zanurzyli w ogniu
   stając się podstawą ofiarnego stosu
   który ich pochłonął
   na czas jednej nocy

   gdyby nie to
   że teraz odchodzą od siebie
   jak dym kulejący nad polem jałowym
   sennie i bez znaczenia
   a ocalałe drzewa
   których jeszcze nie wycięto w pień
   ronią nad nimi rude liście
   i powietrze poranne pełne jest jesieni

   gdyby nie to
   można by powiedzieć
   że nic się nie stało
   że oto
   szczęśliwie zaczęli jeszcze jeden dzień
   swojego życia

   gdyby nie to –
 
***
Później spotykałam Tokarską jeszcze wiele razy. Mijałyśmy się z uśmiechem na zielonogórskim deptaku, zdarzało nam się wymieniać jakieś niezobowiązujące zdania. Przychodziła na Lubuskie Czwartki Literackie i wtedy nasze mikrodialogi krążyły wokół pisarzy i książek. Prowadziłam także jej ostatni wieczór, inaugurujący Salon Poezji w Bibliotece im. Cypriana Norwida. Bardzo nie lubiła i nie chciała występować publicznie. Miała, pamiętam, wielką tremę, gdy razem z panią Barbarą Konarską musiała mówić (przed takim mówieniem mocno się broniła) o swojej poezji.
Czy ją znałam? Znałam jej uśmiech – nieśmiały, lekko figlarny uśmiech młodej dziewczyny. Pamiętam jej uważne, życzliwe spojrzenie. Zawsze jednak miałam nieodparte odczucie, i mam je do dzisiaj, że w naszych rozmowach to, co istotne, działo się między słowami czy raczej poza nimi. Jej słowa tak jak wiersze zdawały się odstępować miejsce czemuś ważniejszemu. Może zasłaniały? Myślę, że kiedy ma się, tak jak ona miała, dużą świadomość języka (i świata) i kiedy w parze z tym idzie wrażliwość, trudno wypowiadać się za pomocą kropek, zdaniami okrągłymi. W takich wypadkach lepsza jest składnia zapytania. Więc ona była dla mnie, taką ją pamiętam, w znakach zapytania, wielokropkach, półtonach. Wyciszona, milknąca w półsłowa, otwarta na możliwe ciągi dalsze, na zdziwienie. I przez to równoczesne „bycie i nie-bycie” zawsze nieco oddalona, istniejąca obok, niepochwytna – jak w wierszu, który pamiętam jeszcze z tamtego albumu:

   więc już nas tropią
   już gonią
   pogonie
   po naszych
   jeszcze nie wyziębłych śladach
   o, jak szukają
   gdzieżeśmy ukryli
   tę naszą bliskość
   co tak ich uwiera
   jak drzazga w palcu
   jak odprysk szkła w oku.

   Wiec chodzą za mną
   tacy załzawieni
   w starej żałobie
   w kirach wyrudziałych

   tak chcą mi zajrzeć w oczy przymrużone
   jakby wiedzieli że pod powiekami
   portret twój niosę
   cały w śmiechu
   nagi
 
***
Zdecydowanie lepiej znałam podmiot liryczny jej wierszy. Pisząc o nim, nazwałam niegdyś Tokarską najlepszą z lubuskich poetek i choć brzmiało to (pewnie i teraz zabrzmi) dosyć pryncypialnie, gotowa jestem dzisiaj powtórzyć tę opinię. I jeszcze dodać, że pisane przez nią wiersze były najlepszą cząstką twórczości lubuskiej – być może dlatego, że wcale „lubuskie” nie były? Właściwie mogłyby powstawać wszędzie. Były nie z ducha miejsca, lecz z ducha Poezji, z „suwerennego państwa obłoków”, w którym udaje się zamieszkać nielicznym. Więc za jej sprawą Zielona Góra była „krakowska” (tak jak krakowskie są wiersze Szymborskiej), „warszawska” (tak jak warszawska byłaby Poświatowska, Hillar), najbardziej jednak – nie tylko ze względu na mój sentyment do tego miasta – „wrocławska”.
Wierszom Tokarskiej najbliżej do poezji Kozioł – tej z Pestek deszczu i tomów takich, jak W rytmie korzeni, Smuga i promień, Lista obecności. Jest to bowiem poezja kobieca w najlepszym wydaniu, utkana z wrażliwości, czułości, przeczucia. Tymi wierszami – pozwolę sobie przywołać swe wcześniejsze słowa (Głos ściszony – poezja Anny Tokarskiej, „Pro Libris” 2004, nr 3/4) – rządzi dyskrecja, wstrzemięźliwość uczuć i relacyjność, rozumiana jako otwarcie i wychylenie ku drugiej osobie (bo w dialogu dopełnia się istnienie podmiotu). Spotkanie „ja”–„ty” wyznacza tu przestrzeń intymną, a zarazem odtwarza wzorzec egzystencji. Ważny jest przy tym zapis tego, co ulotne, co przebiega na styku snu i jawy. Bohaterem numer jeden tych utworów jest – z dzisiejszej perspektywy widać to jeszcze wyraźniej – doznanie bólu, które występuje także pod imieniem smutku, tęsknoty. Inspiracją poetyckiej refleksji Tokarskiej są straty: rozstania, odejścia, rezygnacje i klęski – z nich, zdaje się twierdzić poetka, utkane jest życie. Z nich też – paradoksalnie – rodzi się poezja. Bo ból jest tylko „pozornie za duży”; można go przecież zrównoważyć słowem. Być może także z tego powodu sfera autotematyczna, a więc wiersze o wierszach, jest tutaj tak ważna. W tym obszarze mogą być ponawiane akty przekraczania i przezwyciężania cierpienia, tu – poprzez swoistą celebrację – dokonuje się zgoda na rozstanie, na przemijalność i starość. Tu wreszcie jest miejsce na trudną afirmację. Prywatne końce świata, narodziny i śmierci zostają nazwane i oswojone; metonimie czasu – przebrane w poetyckie stroje, tak jak w tym wierszu, w którym poetka napisze: „Moje wiersze posiwiały [...] stare są/ dlatego tak garną się do mnie”. Łagodna melancholia Tokarskiej, która nieraz zbliża się do granicy sentymentu, nie przekracza jej jednak; podwyższona fraza zatrzymuje się na progu patosu. I nawet najbardziej wyeksploatowane liryczne rekwizyty, takie jak kamień, ptak, róża – pojawiają się tu bez koturnowej ostentacji. Ta poezja, dodam na koniec, potrafi przenikać szarość i codzienność, zabarwiać ją doznaniem epifanii, przeczuciem drugiej strony świata – tej, do której nazwania potrzebne jest właśnie poetyckie słowo.
alt
***
Na ostatnie spotkanie autorskie, to, które odbyło się w zielonogórskiej Bibliotece Norwida, Anna Tokarska przygotowała nowy wiersz – utwór nieukończony, fragment, którego nie potrafiła domknąć jakąś puentą. Ów liryczny okruch, ślad zmagań z oporną materią języka, ale też – coraz trudniejszej walki z czasem, starością, cierpieniem, pozostanie dla mnie – dosłownie i w przenośni – ostatnim słowem poezji Tokarskiej. Pozostanie też metaforą spotkania – z prawie mi nieznaną, chociaż poznaną najwcześniej, lubuską Poetką.

Małgorzata Mikołajczak