SOLANIN Film Festiwal Koniec pieprzenia w kinie

Z Konradem Paszkowskim, dyrektorem Solanin Film Festiwalu rozmawia Krzysztof Koziołek

Krzysztof Koziołek: Czwartą edycję Solanin Film Festiwalu promujecie dość kontrowersyjnym hasłem: „Koniec pieprzenia w kinie. Czas posolić”. Czy to oznacza, że wszystko, co komercyjne i produkowane pod przeciętnego widza, czyli krótko mówiąc mdłe, jest gorsze od kina offowego?

Konrad Paszkowski: Już przy trzeciej edycji festiwalu zaczęliśmy mocną kampanię promocyjną, a ponieważ to jest dobre hasło, trafiające do odbiorcy, będziemy się go trzymać. Jednak nie jest to hasło oficjalne, oficjalnym wciąż jest „Off to moc!”. A jeśli chodzi o komercję, to wiadomo, że off stawiamy w niejakiej kontrze do kina komercyjnego, co nie znaczy, że całkowicie je przekreślamy. Kino komercyjne ma zapewnić rozrywkę i jeśli tę swoją podstawową funkcję spełnia, jest dobrze. Ale czasami jest ono tworzone bezmyślnie, bez większych refleksji. Problem w tym, że jest masowe i musi się podobać wszystkim, a tym samym musi być łagodne w odbiorze i nie może podejmować kontrowersyjnych tematów.

Jednak czasami kino offowe jest trudne dla zwykłego widza i nie mam tu na myśli chociażby problemów niektórych aktorów amatorów z dykcją, czego czasami byłem świadkiem. Myślę o tym, że zdarzają się takie filmy niezależne, które trzeba obejrzeć dwa, trzy razy, żeby załapać, co twórcy chcieli przekazać.

Powiedzmy sobie szczerze, dopiero podczas trzeciej edycji, kiedy zgłoszono do konkursu 121 filmów i była szansa na porządną selekcję, mogliśmy sobie pozwolić na zakwalifikowanie filmów bez błędów technicznych czy fabularnych. Ale trzeba pamiętać, że kino niezależne dzieli się na amatorskie i profesjonalne. Są nawet offowe studia filmowe, które kręcą filmy trafiające potem na festiwale, a czasami kupowane nawet przez telewizje!

Jaki jest budżet waszego festiwalu?

Tegoroczny nie jest jeszcze znany (rozmawiamy w połowie kwietnia – wyj. aut.). W zeszłym roku udało nam się pozyskać 36 tys. zł.

I za taką kwotę zrobiliście kawał porządnej imprezy. Ale to chyba też dzięki temu, że zaangażowało się w nią wiele osób, które robiły to społecznie?

W zeszłym roku pierwszy raz zorganizowaliśmy wolontariat. Otworzyliśmy się też na ludzi z zewnątrz, jak chociażby z nowosolskiego Liceum Ogólnokształcącego, mających 16, 17, 18 lat. Chcemy ich przyciągnąć do offu...

Celujecie w najlepszy target? 16-18 lat...

To dobry wiek na inicjatywy twórcze i społeczne (śmiech).

W ciągu trzech edycji festiwalu udało wam się ściągnąć do Nowej Soli takie gwiazdy polskiego kina jak choćby Krzysztof Kierszniowski, Bartłomiej Topa, Magdalena Różczka, Arkadiusz Jakubik czy Grzegorz Lipiec. To trudne zadanie?

Wydaje mi się, że impreza jest już na tyle dobra, że nie mamy trudności z zaproszeniem takich ludzi do jury. Właściwie jedynym problemem są sprawy logistyki: dni zdjęciowe czy praca w teatrze. Jeśli komuś pasuje termin, to raczej nam nie odmawia (śmiech).

Kiedy zaczynaliście w 2009 r., wierzyliście, że SFF stanie się imprezą cykliczną?

Wtedy to trudno powiedzieć, że w ogóle wierzyliśmy (śmiech). Pierwsza edycja trwała półtora dnia. Druga już 4 dni, były też imprezy towarzyszące. A trzecia edycja to, jak mówimy, był już poważny festiwal, na potęgę! W końcu drugim dyrektorem festiwalu jest Grzegorz Potęga... Przyjechało do nas około 50 twórców z całej Polski. W tym roku planujemy „fighting”, czyli otwarte obrady jury. Jurorzy każdemu twórcy wypunktują, co zrobił źle...

Publiczność też będzie miała wstęp na „fighting”, czy tylko twórcy filmu?
Myślę, że wszyscy...

I ostatnie pytanie, a raczej prośba o nieco komercyjne podejście do tematu: jak byś zachęcił do odwiedzenia Nowej Soli tych, którzy w kinie offowym nie gustują?

Warto zmierzyć się z tym kinem, warto się tego kina nie bać. Off jest coraz mniej amatorski, a coraz częściej podejmuje ważne i kontrowersyjne tematy, których brakuje w kinie komercyjnym i w telewizji. I to właśnie w tym jest nasza moc! Bo off robią ludzie, którzy nie liczą na zyski, sławę i bogactwo.